niedziela, 14 października 2012

Kopysno - Nie takie sielskie życie


Najbardziej malowniczo położona wieś w regionie przemyskim. Trzy i pół kilometra pod górę od najbliższego kawałka asfaltu. Wieś bez wodociągów, gazu, bez kanalizacji, bez telewizji i Internetu.  2 zamieszkałe domy, stara cerkiew, kilka rozwalających się chałup i zapomniany cmentarz. Oto Kopysno, wieś sięgająca swoją barwną historią przynajmniej do początku XIV w. W XX w wysiedlona, spalona, wymarła. Na koniec przywrócona do życia przez kilku „twardzieli z pasją”.

Kopysno -zaledwie 30 km od Przemyśla . Już nie daleko za rogatkami miasta zmienia się krajobraz i droga. Najpierw szosą przez Rybotycze, ostatni sklep, szkoła i kościół. Zjeżdżam z asfaltu i starym volkswagenem wspinam się stromą i wyboistą  drogą gruntową, przez głębokie kałuże i nierówności, poprzeczne uskoki, na których cudem ze nie tracę kół .
Mam szczęście, grzeje słońce i kałuże po nocnym deszczu schną w oczach. Trudno mi uwierzyć, że gdzieś tam na końcu tej drogi, jest wieś, żyją ludzie. Jest przydrożna kapliczka, z wiekową figurką św. Jana. Kapliczkę wybudowali mieszkańcy Kopysna w 1848 roku na pamiątkę zniesienia pańszczyzny.
Przydrożny krzyż na rozstaju łączy zapomniane drogi. Tę od Rybotycz, kompletnie  nieprzejezdną drogą przez Brylińce w stronę Przemyśla, oraz równie zapomnianą drogę do Koniuszy. Tu dla przyjezdnych zaczyna się przygoda z Kopysnem, tu dla wygnanych mieszkańców kończył się świat jaki znali. Kopysno przed II wojną światową liczyło 770 mieszkańców, w większości grekokatolików, choć były tam też rodziny polskie i żydowskie. Po wojnie w ramach akcji „Wisła” większość mieszkańców wysiedlono. Następnie wieś została spalona, pozostali tylko nieliczni mieszkańcy oraz kilka drewnianych chałup. Wieś powoli wymierała, aż całkiem zagasło w niej życie.

Ślady dawnej wsi

Jeszcze parę metrów i  znajduje się w sercu starej wsi, w której kiedyś tętniło życie. I choć mało już przetrwało śladów po starych zabudowaniach, to wg. spisu powszechnego z 1921r. był tu dwór i  104 domy. Była szkoła, cerkiew, sklep, karczma, dwie kuźnie, dwie szewskie pracownie. Dziś rosną tu krzaki, baczny obserwator zauważyć może wystające fragmenty starych zabudowań, miejsca ze śladami fundamentów.
Kieruje się w stronę cerkwi jest ona niemym świadkiem tragicznych losów wsi. Z miejscowością związane są ściśle losy rodu Kopystyńskich. Ich najbardziej znany przedstawiciel Michał Kopystyński władyka (prawosławny biskup) przemyski. Został wyklęty ze swego kościoła za ostrą krytykę i przeciwstawianie się postanowieniom unii brzeskiej, która łączyła prawosławie z rzymsko-katolicyzmem . Umarł w 1610 roku, został pochowany prawdopodobnie na „Horbysku” w Kopyśnie, lub właśnie we wspomnianej wcześniej cerkwi.
Dookoła cerkwi stary zarośnięty cmentarz. W rogu - XIX wieczna dzwonnica. Wygląda dumnie choć dziś sypie się z niej tynk i brakuje na niej dzwonów. Dziś  cerkiew służy za rzymsko katolicki kościół filialny, dla parafii w Rybotyczach. Nabożeństwa są tam odprawiane tylko kilka razy do roku, zwykle w czasie świąt.
Czerwonym szlakiem podążamy na szczyt Kopystańki najwyżej położonego punktu widokowego na pogórzu przemyskim. Przed nami roztacza się przepiękna panorama z daleka widoczne wzgórza Kalwarii Pacławskiej. Widać Przemyśl, elektrownie wiatrowe w Żurawicy, Reczpol, okolice Birczy, Kalwarię Pacławską, okolice Arłamowa, oraz całkiem spory kawałek Ukrainy. Na szczycie krzyż postawiony na pamiątkę pielgrzymki Jana Pawła II do Przemyśla i Sanoka. Krzyż stanowi jednocześnie stację odbywającej się co roku, a przechodzącej przez Kopysno drogi krzyżowej.
W drodze do wsi, po drodze mijam stare grodzisko nazywane przez okolicznych mieszkańców zamczyskiem. Wg. badań archeologicznych grodzisko to pochodzi prawdopodobnie z X-XII wieku. Dziś niewiele można tam zobaczyć z wyjątkiem fosy, ale kiedyś podobno stał tu tętniący życiem obronny gród, świadczyć ma o tym duża liczba znalezionych wykopalisk np. naczyń oraz same rozmiary grodziska.
Miejscowa legenda głosi że pod owym „zamczyskiem” znajduje się tunel prowadzący do samych Rybotycz. Legend związanych z Kopysnem jest więcej: o studni bez dna w której słychać dzwony, o świetlistej łunie wychodzącej z miejsca prawdopodobnego pochówku biskupa Michała Kopystyńskiego i znikająca w kapliczce, podobno też po Kopystyńskich lasach czasem przechadza się sam diabeł.

Twardziel z tajemniczą przeszłością

Schodzę przez łąkę do wsi. Przy drodze mężczyzna spaceruje z kilkuletnią dziewczynka i małym kundelkiem. To jeden z dwóch mieszkańców Kopysna- Grzegorz Tomaszewski. Pan Grzegorz zazdrośnie strzeże swej przeszłości. Zdradza tylko że ma 42 lata, pochodzi z Sopotu przyjechał do Kopysna w 1995r i z kilku letnią przerwą mieszka tam do dzisiaj. Kiedy przyjechał miał na głowie irokeza, a na nogach glany i spodnie obcięte do połowi łydki. Był punkiem, a oprócz tego zapalonym ekologiem, Chciał oderwać się od miasta i zamieszkać gdzieś, na łonie dzikiej natury. Na początku próbował w Bieszczadach, potem odnalazł Kopysno, i tu został. Typ twardziela. Mieszkał  najpierw sam w szałasie, potem sprowadziła się do niego żona, ale niewytrzymała i odeszła, z druga było tak samo.
Jak mówi pan Grzegorz -to się tylko tak wydaje, przyjezdnym, że życie tu, to bajka, W rzeczywistości jest ciężko, nawet bardzo ciężko, ale trzeba sobie jakoś radzić. Żyje się skromnie, ale po swojemu. Ciężko, bo nie da się zrealizować swoich planów. Co robię?- Sadzę drzewka, ale bardzo dużo dzikiej zwierzyny podchodzi do domu i niszczy to co zasadzę. Małgosia wczoraj stado jeleni tutaj widziała. Zresztą ludzie czasem nie są lepsi: w zeszłym roku ktoś ukradł mi klacz- nazwałem ją Bianka jak moją trzecią córkę, to nie była sprawka żadnego wilka, psy by wyły, zresztą też inne konie by zareagowały, a tu nic, ktoś ukradł i tyle.
Co mi się tu spodobało i co mnie trzyma? To, że to jest zadupie, tzn. kiedyś było bardziej, dziś już mniej.  Coraz częściej starzy mieszkańcy, a właściwie ich potomkowie zaczynają interesować tą miejscowością.
Codzienne życie tu niesielskie. Teraz są wakacje i moja córka Małgosia jest ze mną- opowiada niespiesznie. Zima jest straszna  droga często nieprzejezdna, odśnieżana była może  kilka razy na przestrzeni ostatnich lat. Jak jest duży śnieg to bywa, że nawet końmi i saniami nie przejedzie, przypinam wtedy narty i zjeżdżam do Rybotycz po najpotrzebniejsze rzeczy.
Myślę żeby się stąd przenieść, ale nie do miasta, tylko, jak nie w Bieszczady to na tamten świat,(śmiech) chociaż …. zobaczymy. W Bieszczadach jest więcej tlenu do życiu. A poza tym-jest, jak jest, lata lecą, pieniędzy nie ma, kobiety też się jakoś nie garną do takiego życia. Ale jakoś żyć trzeba- kończy filozoficznie pan Grzegorz.
Po sąsiedzku duży dom, ogrodzenie, psy. To dom państwa Jakubów. Nie zastaliśmy właściciela -tylko pracownika który pilnuje domu i dokarmia psy. Właściciel tu nie mieszka, dojeżdża tylko.  

Sam z Borysem

Niedaleko jest dom pana Jana Łuczaka właściciela hodowli dzików i dziko-świń. Pan Jan przyjechał tu z Olsztyna w 1979 r, tu poznał swoją przyszłą żonę. Z miejscowością jest związany przez jej rodzinę. Teść pana Jana był przez lata jedynym mieszkańcem Kopysna, utrzymywał wieś przed kompletnym zdziczeniem, on też zaszczepił zięciowi miłość do Kopysna. Pan Jan obiecał teściowi, że po jego śmierci zajmie się „teściowizną”. I dotrzymuje słowa. Kiedy przyjechaliśmy pan Jan razem ze znajomym panem Ryszardem akurat zrobili sobie przerwę w pracy na polu. Usiedli pod drzewem przy stole, w cieniu, popijając wodę mineralną. Pan Jan wita się uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Zaprasza do stołu, gościnnie proponując, kawę, herbatę a nawet coś mocniejszego.
Jestem ciekawy jak się żyje na takim odludziu -Dajemy sobie rade,- kiwa głową. Ludzi tu niewielu więc sobie pomagamy. Z dojazdem to tak jak widać mam starego dżipa to zawsze przejadę. Innym autem było by ciężko. Teraz tu się za mną chce wybudować taki człowiek z Niemiec, to się będzie starał o naprawę drogi. Bo jak budowa, to przecież cementu i piasku na plecach nosić nie będzie. Chociaż Grzesiek, jak się budował to nosił, on jest twardy, kawał chłopa z niego, i faktycznie cement na placach z Rybotycz do siebie na działkę dźwigał- 3,5km(!). Chłop jest twardy i się nie poddaje. Wiele osób tu młodych, chciało spróbować swoich sił, ale nie dali rady.
Ani pogotowie ani straż nie ma tu nie dojedzie- Tu nikt nie choruje.- uspokaja pan Jan. A jak już zachoruje to tu blisko cmentarz. Straż tak samo niema co tu gasić. A pragnienie umiemy ugasić sami –śmieje się bo żart mu się udał.

Wroga przeciągnąć na swoja stronę

Kiedyś było tu inaczej, tu była duża wieś 148 numerów. Przyjeżdżają tu czasem potomkowie byłych mieszkańców, zwykle na wszystkich świętych, czasem dużo ludzi przyjeżdża. Zwykle wtedy ksiądz odprawia w cerkwi nabożeństwo. Dużo nowych osób wykupiło tu sobie działki. Ja mam co tu robić, roboty mi tu nie brakuje. Tu jest takie trochę survivalowe życie, mięczaki się tu nie nadają. Po podwórku chodzą dziko-świnie. Gładkie i łaciate –skąd pomysł na hodowlę- zagaduje.
Od początku jak tu mieszkam to hoduję dziki, mój teść wcześniej zajmował się rolnictwem, i zawsze się użerał z dzikami, które niszczyły mu uprawy. A ja pomyślałem sobie, że niema co z nimi walczyć tylko trzeba wroga przeciągnąć na swoją stronę. I tak hoduje dziki, staram się by czuły się u mnie jak na wolności. Co jednak niesie ze sobą pewne zagrożenia, bo parę lat temu ktoś ukradł mi 4 sztuki.       
Nie myślał pan żeby tu jakiejś agroturystyki otworzyć, przecież to idealne miejsce- podtrzymuję popołudniowa pogawędkę.
-Wie pan ja już nie, gdybym miał 30 lat to bym się ani chwili nie zastanawiał: agroturystyka, powiększenie hodowli. Ale ja już nie mam zdrowia .. Już musze sobie na tyłku siąść i myśleć realnie, żeby ktoś z młodych się kwapił to tak, chciałbym żeby któreś z moich dzieci chciało się tym zająć, ale oni są po studiach, powyjeżdżali. Oglądamy z panem Janem jego hodowlę, niektóre z dzików wyglądają bardziej jak niedźwiedzie. -Borys to mój ukochany dzik- mówi –Je mi chleb prosto z ręki. Jest wierny jak pies,  potrafi być groźniejszy od psa i śpi czujniej niż pies. Nie jestem tu sam dotrzymuje mi towarzystwa.
Żegnam się z panem Janem i z Borysem.  Po wyboistej drodze kołysząc się na niemiłosiernie głębokich koleinach powoli toczę się w stronę Przemyśla. Opuszczam Kopysno, wieś jak z obrazka, i choć życie tu niesielskie to dziwnie zapada ona w pamięć i serce.
                                                                                                                                                                                                                                                                             Kamil Zarański 




(Opublikowane na łamach Gazety Przemyskiej)

Prof. Henryk Jordan



Naukowiec, lekarz, społecznik, propagator praw dziecka do ruchu i rekreacji. Dziś głównie kojarzony z tzw. ogródkami jordanowskimi. Mało kto wie, że ten zasłużony w tak wielu dziedzinach człowiek urodził się i spędził dzieciństwo w Przemyślu.

Choć zasługi dr. Jordana można by wymieniać długo, najbardziej zasłynął jako wielki społecznik i obrońca praw dzieci. Lwią część swojego życia poświęcił kwestiom zdrowia i wychowania. Gdyby nie on niemielibyśmy dziś placów zabaw, przyszkolnych boisk, ani lekcji wychowania fizycznego w dzisiejszym kształcie. Człowiek ten propagował zdrowy styl życia, ruch na świeżym powietrzu oraz ćwiczenia fizyczne. Utworzył pierwszy w Europie tzw. Park jordanowski nieodpłatnie otwarty dla dzieci,  na terenie którego znajdowały się: boiska, korty tenisowe, pływalnia, sala gimnastyczna, liczne przyrządy gimnastyczne, bieżnie, place zabaw, ogród warzywny, a także mleczarnia i stołówka w której dzieci mogły się posilić. Zajęcia w ogrodzie jordanowskim były zorganizowane i nadzorowane przez nauczycieli i lekarzy.
Ogród Jordanowski jaki powstał w Krakowie stał się chlubą i wizytówką miasta. Szybko też inicjatywa znalazła naśladowców w innych miastach m.in.: we Lwowie, Tarnopolu, Nowym Sączu, Warszawie i Jarosławiu.
Profesor Henryk Jordan był delegatem do Rady Szkolnej Krajowej, dzięki czemu miał wpływ na szkolnictwo na terenie całej ówczesnej Galicji. Do jego inicjatyw należało między innymi wydłużenie czasu przerw między lekcyjnych z 5 do 15 i 30 minut, aby dzieci miały czas na zabawę i ruch. Powstawały przyszkolne boiska, do szkół wprowadzano lekcje wychowania fizycznego na świeżym powietrzu. Rozpowszechnił wiele dyscyplin sportu popularnych do dzisiaj. Niewielu dziś zdaje sobie z tego sprawę, ale rozpowszechnienie piłki nożnej w Polsce, także zawdzięczamy prof. Jordanowi. Na boisku na terenie parku jordanowskiego w Krakowie. Rozgrywano pierwsze mecze piłki nożnej w tym mieście. Za jego sprawą rozegrano  także pierwszy w Polsce mecz pomiędzy miastami. 6 czerwca 1903 roku w Krakowie miały miejsce rozgrywki pomiędzy drużynami ze Lwowa  i z Krakowa. Po tym wydarzeniu w Krakowie nowe drużyny piłkarskie zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. 

Niełatwe dzieciństwo i młodość

Henryk Jordan urodził się w 1842 roku w Przemyślu. Jego ojciec Bonifacy Jordan, był prywatnym nauczycielem. Prawdopodobnie właśnie z domu Henryk wyniósł zainteresowanie sprawami wychowania. Ojciec umarł mu przedwcześnie, zostawiając młodego Henryka wraz z matką,  w biedzie. Matka Henryka miała na imię Salomea, z domu Wędrychowska,  utrzymywała się z prowadzenia pensjonatów dla dziewcząt. H. Jordan, był zdolnym i bardzo inteligentnym dzieckiem. Zainteresowanie nauką rozbudził w nim jego nauczyciel, o nazwisku Trusz. Chłopiec bardzo wcześnie musiał sam zacząć zarabiać, na  potrzeby swoje i swojej matki, udzielał korepetycji. Pierwsze lata nauki w gimnazjum, spędził w  Tarnopolu. Nie zagrzali tam jednak długo miejsca, do wyższych klas gimnazjum Henryk Jordan uczęszczał już do szkoły w Tarnowie. Tam jednak miał problemy z  jej ukończeniem. Powodem było to, że zaangażował się w ruchy wolnościowe poprzedzające styczniowe powstanie. Groziło mu relegowanie z Tarnowskiego gimnazjum. Został zmuszony do czasowego opuszczenia Galicji. Matce Henryka udało się na szczęście załatwić dla niego miejsce w gimnazjum w Trieście. Co było zaskakujące udało mu się ukończyć je z wyróżnieniem. 31 lipca 1863 roku zdał maturę  w języku włoskim, pomimo iż nigdy wcześniej się go nie uczył. Po ukończeniu szkoły podjął studia medyczne w Wiedniu. Niestety matki chłopca nie było stać na utrzymanie i opłacenie jego studiów.  Po kilku miesiącach Henryk Jordan przybył do Krakowa, gdzie kontynuował studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po czterech latach nauki, przed złożeniem końcowego egzaminu medycznego, trudności finansowe, oraz chęć poznania świata wzięły górę nad kontynuacją nauki. Wyruszył w podróż, do USA.

Amerykański sen 145 lat temu

Kiedy trafił do Nowego Jorku był rok 1867, polscy imigranci nie mieli wtedy przed sobą wielkich możliwości. Jednak Henryk Jordan dzięki swojej życiowej energii, oraz umiejętności szybkiego przystosowywania się do nowych warunków i okoliczności, poradził sobie w stanach nadspodziewanie dobrze. Choć spędził w USA niecałe 2 lata, udało mu się odnieść kilka sukcesów, o których inni imigranci mogli tylko marzyć.
            W Nowym Jorku zrobił specjalizacje lekarską w zakresie ginekologii. Ucząc się zarabiał na życie grą na fortepianie w restauracji, oraz w zakładzie gimnastycznym dla dziewcząt. Tam właśnie po raz pierwszy zetknął się z rozwiniętym już wówczas w Ameryce programem zorganizowanych ćwiczeń fizycznych dla młodzieży, który w tym czasie w Polsce, jak i w większości Europy praktycznie nie istniał. Sam, w USA intensywnie uprawiał sport (piłkę nożną, boks, biegi, skoki i jachting). Zaczął dostrzegać znaczenie harmonii w rozwoju umysłowym i fizycznym. Uważał, że  „tęgie mózgi i silne ramiona” powinny iść ze sobą w parze. Niedługo później rozpoczął w Nowym Jorku własną praktykę ginekologiczno-położniczą. Jako lekarz był bardzo ceniony przez nowojorczyków. Jego reputacja pozwoliła mu otworzyć ciesząca się dobrą renomą w Nowym Jorku, szkołę dla położnych. Dzięki swojemu pobytowi w Ameryce zyskał doświadczenie lekarskie, kilka nowych pomysłów, oraz znaczną niezależność finansową. Jednak tęsknota za ojczyzną nie pozwoliła mu pozostać za oceanem.

Powrót do korzeni

W 1869 r Henryk Jordan wraca do Polski, gdzie osiada w Krakowie. Rok później przystępuje do końcowych egzaminów na UJ i otrzymuje dyplom doktora medycyny. Podejmuje studia specjalizacyjne we Wiedniu, dzięki którym otrzymuje stanowisko asystenta w Katedrze ginekologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na uczelni pracuje przez 4 lata. Pracę tę kończy bardzo pochlebną notą rekomendacyjną.
Niedługo potem dr. Henryk Jordan otwiera w Krakowie własną praktykę ginekologiczno-położniczą. Tu także szybko zdobywa renomę i dobre imię. Pomaga wielu biednym kobietom nierzadko lecząc je, za darmo. Sława jego niedługo wybiega poza Kraków roztaczając się  szerokim kręgiem po całej Galicji, a jakiś czas później dociera na dwór cesarski do Wiednia. Dr. Henryk Jordan z swoją opinią specjalisty, zostaje lekarzem Izabelli Habsburg żony arcyksięcia Fryderyka. Przemyślanin był często wzywany do porodów na dwór cesarski. Nazywano go „Bocianem Habsburgów”. Zdobył wielkie zaufanie pary arcyksiążęcej. W dowód wdzięczności za swoją posługę, otrzymał od cesarza Franciszka Józefa I, tytuł radcy dworu, a także Order Żelaznej Korony III klasy. To wszystko pozwoliło Henrykowi Jordanowi zyskać jeszcze większa sławę i zgromadzić całkiem pokaźny majątek, którym chętnie i szczodrze dzielił się z potrzebującymi.

Szukając zapomnienia

W 1874 roku trzydziestodwuletni dr. Henryk Jordan wziął ślub z Marią z domu Gebhardt. Rok później Maria urodziła mu syna, jak się później miało okazać było to ich jedyne dziecko. Doktorowi Jordanowi niestety nie było dane długo cieszyć się szczęściem rodzinnym. W 1881 jego 6 letni synek umarł, a żona zapadła na ciężką, nieuleczalną jak na owe czasy chorobę. Henryk szukając zapomnienia po tragicznych wydarzeniach, poświęcił się jeszcze bardziej pracy naukowej, oraz działalności społecznej.
Niedługo później uzyskał habilitacje i rozpoczął pracę dydaktyczną na UJ. W tym samym czasie został po raz pierwszy wybrany do rady miasta Krakowa. Obowiązki radnego pełnił zresztą aż do swojej śmierci. Jako wykładowca zaskarbił sobie sympatię studentów życzliwością i troskliwością. Zdarzało się, że pomagał najbiedniejszym studentom opłacając za nich czesne. Jako lekarz starał się nie tylko leczyć, ale też zapobiegać chorobom, publikując broszury i organizując pogadanki skierowane głównie do najuboższych, w których przestrzegał przed chorobami i uczył jak im skutecznie zapobiegać. W 1895 otrzymał tytuł profesora zwyczajnego i powierzono mu kierowanie katedrą położnictwa i ginekologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadząc Klinikę uniwersytecką usilnie dążył do jej unowocześniania i modernizacji, niektóre zmiany fundował z własnej kieszeni. Wydawał wiele prac naukowych, szeroko cenionych przez środowisko lekarskie w Polsce. W centrum jego zainteresowania jako naukowca leżał wpływ higieny na zdrowotność społeczeństwa polskiego.

Pierwszy „ogródek Jordanowski”

W 1889 roku z inicjatywy H. Jordana powstał w Krakowie Park gier i zabaw, nazwany później przez krakowian Parkiem im. H. Jordana. Był to pierwszy tego typu obiekt w Europie, zawierał w sobie kompleksowy zestaw atrakcji dla dzieci i młodzieży pozwalający im na ruch i zdrowy rozwój. Dużą część kosztów związanych z funkcjonowaniem parku pokrywał z własnej kieszeni. Nie bał się poświęceń, jak mawiał „wielkich rzeczy nie dokona się małym kosztem”.  W ślad za krakowskim parkiem powstawały następne. Prof. Jordan często osobiście organizował dzieciom czas. Wygłaszał także pogadanki historyczne, uświadamiając patriotycznie młodzież.
Zaangażowany był w pomoc biednym, utworzył program przyznawania tanich mieszkań dla ubogich robotników. Odmówił objęcia funkcji prezydenta Krakowa. W 1902 roku został delegatem Krakowa do Rady Szkolnej Krajowej która obradowała we Lwowie. W 1906 roku został powołany do Najwyższej Rady Sanitarnej we Wiedniu. Niestety podczas jednego z pierwszych jej posiedzeń, doznał ataku dusznicy sercowej, Po powrocie do Krakowa jego stan zdrowia pogorszył się, i prof. Henryk Jordan zmarł 18 maja 1907 roku. Pochowany został w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
  
Co pozostało nam po Jordanie?

Przemyślanin Prof. Henryk Jordan wyprowadził blade i przygarbione dzieci z zadymionych, dusznych i ciasnych kamienic na powietrze, wpoił im ducha sportu i rekreacji. Czy dziś jednak pamiętamy co chciał nam przekazać? Ogród jordanowski w Krakowie daleki jest od dawnej świetności, mniej jest tam atrakcji, mniej też jest dzieci. Na naszych osiedlach zardzewiałe i niebezpieczne place zabaw, straszą gdzieś pomiędzy blokami, zdewastowane i polikwidowane: boiska, korty, pływalnie i inne obiekty sportowe, przerwy w szkołach skrócone na powrót do 5 min. W 1971 roku było w Polsce 1865 ogródków Jordanowskich a korzystało z nich niemal 200 tysięcy dzieci. W roku 1997 było ich  już tylko 20. Dziś nie jest dużo lepiej. Coraz więcej polskich dzieci wróciło do spędzania czasu w domu, tym razem przed ekrany telewizorów i komputerów, na powrót stają się blade, i przygarbione. Młodzież coraz mniej uprawia sportu, nie mając się gdzie wyżyć jest za to coraz bardziej agresywna. Kije baseballowe, które, o ironio, sprowadził do Polski H. Jordan dziś nie służą do gry w palanta, tylko do rozbijania głów. W Przemyślu w mieście w którym urodził się prof. Jordan mało kto o nim pamięta. Czy zatem odrobiliśmy lekcje profesora Jordana? Pytanie to pozostawię bez odpowiedzi.

                                                                                                         
...Kiedyś byliśmy dziećmi i pewnie do dziś pamiętamy, ile radości dawały nam zabawy na placach zabaw i boiskach. Dziś prowadzimy tam swoje dzieci, widząc uśmiech na ich twarzach wspomnijmy czasem o człowieku, któremu to zawdzięczamy...

                                                                                                                  Kamil Zarański 
                
                                                                                           (Opublikowane na łamach Gazety Przemyskiej)

Z Przemyśla do Hollywood



Jego imperium rozciąga się od Holywood do Bolywood, od Morza Martwego, aż po Nepal. Jest jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Zaczynał od zera, dziś jest znanym i poważanym wytwórca kolorowych kosmetyków. Wybrany człowiekiem roku 2012 przez Polską Radę Biznesu. Przemyślanin - Wojciech Inglot, prezes firmy Inglot Cosmetics opowiada o swojej firmie, jej niełatwych początkach,  o Przemyślu jego oczami oraz o samym sobie. 

Jak w Przemyślu otwiera się firmę, która tak dobrze radzi sobie na międzynarodowym rynku?

Ona się otworzyła wieki temu, to już prawie 25 lat. Robiliśmy cały czas swoje, staraliśmy się rosnąć sensownie, w sposób niewysilony, bez jakichś tam szaleństw. I zbudowaliśmy przez pierwsze powiedzmy 18 lat naszego istnienia ogromny potencjał:  produkcyjny, badawczy i marketingowy. No i przede wszystkim ten nasz koncept z którym wystartowaliśmy na początku 2000 roku, czyli własne sklepy i własne stoiska. On się wydał na tyle interesujący dla rozmaitych ludzi na całym świecie, że wszyscy go chcieli i co najważniejsze dalej chcą mieć. W sumie nasza obecność poza Polską to jest zaledwie 6 lat. W tej chwili jesteśmy w 25 krajach, na 6 kontynentach i tych rynków nam przybywa. Nie ma nas jeszcze w Chinach

Czy to znaczy, że ma pan już więcej sklepów firmowych za granicą niż w Polsce?

Liczba ta się zrównoważyła. Sklepy za granicą generują zdecydowanie więcej przychodów niż te w Polsce. I myślę, że w ciągu dwóch następnych lat proporcja ilości sklepów będzie w okolicach 70 do 30, a może nawet 80 do 20. W Polsce mamy sytuację dość stabilną, więc otwieramy niewiele nowych sklepów. Jak powstaną jakieś interesujące centra czy inne ciekawe miejsca to tam się pojawiamy. Czasem słabsze miejsca zamykamy, tak że liczba sklepów utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Natomiast, liczba sklepów za granicą przyrasta w bardzo szybkim tempie.

"Nasz człowiek" w świecie mody i urody, w Hollywood i Bollywood. Ciężko jest się wybić, odbić z Przemyśla w świat? Jak pan wspomina  początki swojej działalności? Było ciężko?

Nasze początki to były inne czasy. Wtedy, jak się miało nienajgorszy produkt, to było go łatwiej sprzedać, ale trudniej było go wyprodukować. Na różnych etapach produkcji, np. w zakresie surowców trzeba było sobie radzić, importować, np. przez Pewex itp. Prościej było ze zbytem. Dzisiaj nie ma problemu z surowcami, urządzeniami, maszynami, sprzętem badawczym, jedyny problem jaki może się pojawić to pieniądze. Cała sztuka  polega dziś na tym, żeby się odróżnić od konkurencji jakością, ceną, konceptem i modelem sprzedaży. Nam się to na szczęście udało, głównie jeśli chodzi o pomysł i model sprzedaży. Konkurujemy też ceną, mimo że na Zachodzie jesteśmy dwa razy drożsi niż w Polsce. Myślę, że nasza kombinacja: ceny, jakości, sposobu podania jest na tyle interesująca, że broni się, nawet na najtrudniejszych rynkach. Począwszy od Nowego Jorku przez Sydney, po New Delhi, skończywszy na Nepalu.

Nawet w Nepalu?

Tak, to jest franczyza - coś w rodzaju sklepu w sklepie - ale jesteśmy obecnie także w Nepalu.  

Skąd wziął pan odwagę, na starcie?

Na starcie człowiek nie ma odwagi. Liczy się  pomysł i potrzeba działania. Budowaliśmy tę firmę od zera, od jednej osoby, w dwóch pokojach wynajętego w półsurowym stanie domu. Nigdy nie rzucaliśmy się na szalone rzeczy, o których dziś jest głośno. Nie chcieliśmy być cudotwórcami, magicznymi złotymi dziećmi, które budują wielkie firmy za cudze pieniądze, po czym z głośnym hukiem upadają. Polski tzw. młody kapitalizm wybrukowany jest trupami takich pomysłów i ludzi, którzy zaczynali z wielkim trzaskiem i kończyli z wielkim trzaskiem, albo po cichu. Generalnie, jaki szybki był ich początek, tak szybki był też ich koniec.

Kto był dla pana inspiracją? Czy może ktoś z pana rodziny już wcześniej próbował swoich sił w biznesie?

Nie, nikt z rodziny nie prowadził wcześniej swojego biznesu. Podczas studiów udało mi się zwiedzić kilka krajów, udało mi się przeczytać kilka ciekawych historii. Taką największą inspiracją byli ludzie z branży kosmetycznej  i życiorysy ludzi, którzy startowali z niczego i udało im się zbudować multi-miliardowe imperia. Zabrało im to czasem jedno, czasem dwa pokolenia, czasem jeszcze dłużej, ale dokonali swego.

Trudno się wybić z Przemyśla? Czy nie ma to znaczenia gdzie się mieszka, a liczy się pomysł na biznes?

I trudno, i nie trudno. Przemyśl prawdopodobnie nie byłby łatwy, gdyby działalność polegać miała na tym, że tu jesteśmy, tu pracujemy, tu mieszkamy i tu zarabiamy. Przemyśl jest daleko od miejsc, gdzie coś się dzieje, gdzie jest dużo akcji, i stąd też odradzano mi lokalizowanie fabryki kosmetycznej w Przemyślu.
To się miało nigdy nie udać, ale się udało. Przemyśl – małe miasto na końcu Polski, daleko od centrum, od Warszawy, gdzie jest największe zainteresowanie nowościami, jest duża konkurencja, ale i duże szanse. Wydawało się to niemożliwe... Ale Przemyśl ma  też swoje zalety, jest tu spokojniej, czasem trudniej, czasem łatwiej. Jest tu wielu ludzi cennych, którzy nie chcą z różnych względów opuszczać miasta. Pokończyli dobre szkoły, ale nie zawsze mogą się tutaj odnaleźć, więc dajemy im szansę. Na pewno minusem jest dojazd, do każdego wyjazdu służbowego, trzeba sobie doliczyć kilka godzin i to jest uciążliwe, jeśli często się wyjeżdża, tak jak wielu moich pracowników.

Czy czuje się pan związany emocjonalnie z Przemyślem?

Tak,  tu się urodziłem, wychowałem do czasu kiedy poszedłem na studia, tu szczęśliwie mieszkałem. W Przemyślu mieszka większość mojej rodziny: siostra, brat, mama. Więc na pewno jestem związany z tym miastem emocjonalnie. Zresztą myślę, że udało mi się dla niego niemało zrobić - czy to będąc radnym miejskim, czy  przewodniczącym rady miasta. Wspierałem i wspieram rozmaite ciekawe pomysły. W dalszym ciągu  fundujemy najlepszym chemikom z mojego II LO nagrody, i ci ludzie robią potem wartościowe studia.
Ostatnio otrzymałem egzemplarz pracy doktorskiej robionej na Uniwersytecie w Kopenhadze, od pierwszego laureata nagrody mojego imienia.. Nie tak dawno odbierając tytuł człowieka roku od Polskiej Rady Biznesu i telewizji TVN otrzymałem nagrodę w wysokości 100 tyś zł, którą przekazałem na podręczniki dla dzieciaków.
Wspieramy, o czym ja zwykle nie "huczę", i nie robimy z tego wielkiego halo, bo to z potrzeby serca, poza tym uważam, że tak trzeba. Poprzez rzeczy, które robimy i robię, widać, że mój związek emocjonalny z Przemyślem jest, i to bardzo mocny. Przemyski adres ląduje w torebkach pań na całym świecie. Ponad 95% kosmetyków produkujemy w Przemyślu. W tej chwili w przemyskiej firmie pracuje ok. 400 osób.

Zebrał pan już dość pokaźny kapitał,  na co przeznacza pan zarobione pieniądze, w co pan inwestuje?

Cały czas inwestuje w rozwój firmy - w nowe technologie, nowe maszyny. Nie inwestujemy w giełdę. Nie wspieramy cudzych biznesów, skoro mamy jeszcze tak wiele rozmaitych rzeczy, które możemy zrobić sami u siebie. Jesteśmy w tej chwili jedną z nielicznych firm w Polsce, które posiadają certyfikat GMP (Good Manufacture Practise). Jesteśmy z tego bardzo dumni - lokalny team, lokalna załoga wyśrubowała tak standardy produkcji, na niebotyczny wręcz poziom. Dziś wiele międzynarodowych marek dużo by dało, żebyśmy dla nich produkowali. Zdobycie certyfiktu GMP zajęło nam 2 lata. Musieliśmy spełnić drakońskie normy. Nie musimy się posiłkować kredytami bankowymi. Możemy błyskawicznie reagować, na to co dzieje się na rynku. Nie musimy przedstawiać żadnych business planów. Jesteśmy w stanie działać bardzo szybko, to nam daje szybkość na rynku, która jest dziś bardzo cenna.  

Co pan robi w wolnym czasie? Jakieś hobby?

Mam  nawet kilka. Największym, takim na którego realizacji mogę się skoncentrować jest gotowanie. Właściwie ma ono wiele wspólnego z chemią. Trzeba mieć podobna wyobraźnie - z paru pozornie nie pasujących do siebie rzeczy można zrobić coś ciekawego. Poza tym, moim hobby jest bez wątpienia muzyka, szczególnie Jazz. Staram się co roku zapraszać do Przemyśla jakąś gwiazdę sceny Jazzowej. Lubię też tenis, co prawda rzadziej teraz gram, częściej oglądam, ale znam się osobiście z tenisistkami polskiego pochodzenia w Stanach, np. Karoliną Woźniacki. Co roku organizujemy w Nowym Jorku imprezę z dziewczynami przed otwarciem US Open.

Czy pieniądze dają szczęście?

Na pewno nie same pieniądze, ale sensowne ich wydawanie może dawać szczęście. Zawsze traktowałem pieniądze jako produkt uboczny rozmaitych działań. Może to brzmieć prawdziwie lub nie, ale one się nigdy dla mnie nie liczyły. Liczą się jedynie jako narzędzie do realizacji celów, ale nie jako cel sam w sobie. Zresztą, myślę, że widać to po mnie - jestem człowiekiem „wyluzowanym” i ostatnią rzeczą jest u mnie chęć pokazywania, że je mam (pieniądze).   

Jak ocenia pan perspektywy dla Przemyśla w najbliższej i nieco dalszej przyszłości?

To zależy od tego jaki Przemyśl obierze kurs. Bolączką tego miasta, jest to, że nigdy nieudało mu się, przyciągnąć żadnych poważnych inwestorów. Tak miało być, ale się tak nie stało. Mamy w firmie regularnie gości z całego świata, są to ludzie niebiedni, którzy też kawałek świata widzieli, i są zachwyceni tym miastem. Ale myślę, że sama turystyka to za mało.
 Przemyśl potrzebuje dużo lepszej bazy rekreacyjnej. Turystyka plus rekreacja - to może dać efekty w takim mieście. To jest przecudne miasto i mówię to bez żadnego ściemniania. Ale są pewne rzeczy które aż rażą. Chociażby to, że nie ma żadnej fajnej ścieżki rowerowej wzdłuż Sanu - to jest żenujące. Nie każdy będzie chciał jeździć po lasach czy fortach. Zrobienie jednym ciurkiem ścieżki o długości 3 km to nie jest żadna wielka inwestycja a na jej braku Przemyśl traci. I takich przykładów jest więcej. Szanse na inwestycje przemysłowe w Przemyślu są bardzo słabe. Przemyśl nie ma historii przemysłowej, tego czegoś, co by zachęcało i pokazywało, że tu można i warto zrobić interes. Moim zdaniem nie jest słuszne przedstawianie Przemyśla, jako tylko i wyłącznie miasta dzwonów i fajek. Przy całej mojej sympatii dla fajczarstwa i podziwu dla ludwisarstwa to zawężanie całej charakterystyki miasta, do tych dwóch, jednak trochę, archaicznych dziedzin jest moim zdaniem błędem. Albo przynajmniej niewykorzystaniem okazji.
Dużym plusem Przemyśla jest to, że wiele rzeczy jest tutaj tańszych niż  gdziekolwiek indziej, np. koszty czynszu, wynajmu, dzierżawy, gruntów, koszty życia. Większość osób, które narzeka na mieszkanie w Przemyślu, narzeka na dojazd - pociągi to „lepiej nie mówić”, samochód tak samo. Ja sam raczej jeżdżę nocą, żeby nie stać w korkach.
Ludzie są przyzwyczajeni do dobrego dojazdu i szansa, że będzie można dojechać do lotniska w takim czasie, jaki zajmuje to w większości dużych miast w Europie i na świecie jest dla Przemyśla znacząca. To jest coś, czego niewolno nam przeoczyć, o tym już się powinno mówić. Dziś z Jasionki można polecieć do Frankfurtu, skąd można się dostać w praktycznie każde miejsce. Ja sam mając mieszanie w Warszawie bywam tam 5 razy rzadziej, tylko wtedy, gdy naprawdę musze. Lufthansa lata już z Rzeszowa. Wole dojechać tam w godzinę, niż tłuc się do Warszawy.
O tym miasto już teraz powinno mówić, i to głośniej niż o tym, że Przemyśl to miasto Wojaka Szwejka - to nie jest dobra reklama. Problem polega na tym, że tego nikt nie rozumie na świecie, Przemyśl jest dumny z tego i ja też, to jest fajne a nawet jajcarskie. Natomiast tego na świecie, ani nawet w Europie nikt nie zrozumie, może z wyjątkiem Czechów. Więc wydawanie pieniędzy na taką reklamę to jest kompletny bezsens.

Jakie rady miałby pan dla początkujących przedsiębiorców?

Nic nie zastąpi pracy, prawdziwe sukcesy wymagają: czasu, wiedzy i uporu, cholernego uporu. Jeśli siłą napędową, motywacją i celem jest pieniądz to, to nie zadziała, one muszą być traktowane jako produkt uboczny. Jeśli ktoś ma dobry pomysł, to będą z niego pieniądze, ale nie mogą one być celem biznesowym. Najważniejsza jest koncepcja, model i produkt czy usługa, to co chcemy zaoferować komuś. Bardzo ważna jest edukacja, trzeba pamiętać, że każdego dnia na świecie prawdopodobnie paręset tysięcy ludzi zakłada jakiś swój biznes, wierząc, że oni zdobędą jak nie swój kraj, nie swoje miasto to świat. I są w stanie tyrać od dnia do nocy i uczyć się nocami, aby dojść do celu.
Przewagi cywilizacyjne, które mieliśmy za chwilę w ogóle przestaną się liczyć. Dziś wiedzę może zdobywać każdy, nawet w zapadłej wiosce w Nepalu. Dziś odległość od nauki, od największej biblioteki świata jest jak od klawiatury komputera. Więc jeśli ktoś naprawdę chce się uczyć, to nie musi wywalać pieniędzy, mieszkać w Oxfordzie czy w Bostonie żeby chodzić na Harvard. Z wyjątkiem kilku kierunków wymagających badań i laboratoriów, to cała masa różnych dziedzin wiedzy może być opanowana za pośrednictwem Internetu. Wystarczy głowa, chęci i upór.

Jakie są pana dalsze plany w zakresie rozwoju firmy. Będą nowe inwestycje?

Nie próbujemy robić planów dalszych niż na 2 lata. To co się dzieje na świecie, jest wielką niewiadomą. Chcemy być na tyle zróżnicowani, aby być przygotowanym na różne ewentualności, aby nas nic nie zaskoczyło. Nie ma już właściwie miejsc, o których bym marzył - jesteśmy od Holywood po Bolywood, naszych kosmetyków używają gwiazdy typu Britney Spears.
Chcemy mieć najnowocześniejszą fabrykę na świecie, chcemy mieć najlepszy w świecie team. Dla mnie to jest frajda, ja tego nie traktuje, jako pracy - mogę nie mieć urlopu i zwykle nie mam, bo nie odczuwam takiej potrzeby. Tak naprawdę jestem szczęściarzem - robię co lubię i jeszcze na tym zarabiam. Nie mam żadnych specjalnych marzeń, które miałyby zmienić moje życie. Będę szczęśliwy jeśli Opatrzność da mi zdrowie i możliwości, abym się rozwijał dalej w tym kierunku co teraz.

Kamil Zarański

(opublikowane na łamach   Gazety Przemyskiej)

sobota, 6 października 2012

Polski Edison z pod Mościsk



          Jakże o wielu naszych krajanch zapominamy, pomimo iż mamy się nierzadko kim pochwalić. Jednym z nich jest z pewnością Jan Szczepanik urodzony w Rudnikach koło Mościsk,  w swoim czasie uważany za jednego z największych wynalazców na świecie, Przyjaźnił się z Markiem Twainem, Kazimierzem Przerwą Tetmajerem, był uhonorowany wysokimi odznaczeniami państwowymi przez króla Hiszpanii, cara Rosji doceniany przez cesarza Austro-Węgier. Dziś mało kto wie, że był związany z Przemyślem.


Jan Szczepanik nazywany polskim Edisonem był jednym z największych wynalazców swoich czasów, twórca między innymi takich wynalazków jak kamizelka kuloodporna  czy teletroskop, urodził się 13 czerwca 1872 w Rudnikach pod Mościskami, dziś to Ukraina, niegdyś bliskie otoczenie Przemyśla. Pochodził z biednej rodziny, był nieślubnym synem Marianny, córki rolników spod Krosna. Wcześnie osierocony, wychowany został przez swoją ciotkę Salomeę oraz Wawrzyńca Gradowiczów którzy zabrali go do siebie do Krosna. Tam Jan spędził młodość, tam też skończył szkołę ludową. Następnie trafił do Gimnazjum do Jasła, gdzie o dziwo miał problemy z jego ukończeniem. Jak sam wspominał w swoim ostatnim wywiadzie udzielonym na kilka tygodni przed śmiercią- […] Miałem problemy z greką. Potworny język. Za nic w świecie nie mogłem opanować jej zasad. Miałem też konflikt z profesorem od przyrody[…] Mało brakowało a nie ukończył bym gimnazjum.- W końcu udało się jednak przyszłemu geniuszowi. Następną szkołą do jakiej uczęszczał było seminarium nauczycielskie w Krakowie. Został nauczycielem fizyki, uczył w swoich rodzinnych Rudnikach.  Jak sam o sobie mówił- Chyba nie byłem nie byłem najlepszym nauczycielem[…] Miałem głowę zaprzątniętą czym innym[…] Czasem na lekcjach zapominałem się i zaczynałem robić obliczenia na tablicy. Chyba uważano mnie za dziwaka.
Młody nauczyciel na początku zainteresował się tkactwem, w stosunkowo niedługim czasie udało mu się udoskonalić maszynę tkacką do tego stopnia, że czas potrzebny do produkcji gobelinów zmalał z 5 tygodni do zaledwie pół godziny, a koszt produkcji za sprawą  innowacji Szczepanika zmniejszył się stu krotnie(!) Choć nie bez początkowych problemów, ale wynalazek swój udało mu się rozpromować, i Szczepanik zarobił na tym niemały majątek. Z prowincjonalnej szkoły w Rudnikach trafił do Wiednia, gdzie dorobił się okazałej pracowni. Wraz z inwestorem Ludwikiem Kleinbergiem założyli Societe des inventions Jan Szczepanik & Cie. Początkowo firma przynosiła ogromne zyski a sam Szczepanik zdobył między narodową sławę. Galicyjski geniusz, jak go określano nie osiadł jednak na laurach. W dalszym ciągu pracował nad nowymi wynalazkami. W 1899 Jan Szczepanik został powołany do CK wojska, jednak z powodu iż jego interes kwitł w najlepsze, udało mu się skorzystać ze specjalnego zwolnienia ze służby, dla najbardziej uzdolnionych naukowców i wynalazców. W tym czasie Szczepanik zna się już dobrze z Markiem Twainem, który to w jednym ze swoich artykułów opisuje perypetie wynalazcy zmagającego się z obowiązkiem służby wojskowej. Jak pisze Twain: Władze nie chciały zabrać młodego mężczyzny z jego wielkiego laboratorium, gdzie popychał całą ludzkość na drodze ku powodzeniu i podbojom naukowym […] na trzy lata w czasie pokoju, w trakcie których zadawałby pustemu powietrzu cios swoim bagnetem. Ale takie było prawo i cóż mieli począć[…] władze pracowały tak długo aż znalazły gdzieś zapomniane prawo które dostarczyło lukę[…] Szczepanik zostaje ocalony od wojska, ale ponownie zostaje nauczycielem[…] Musi powracać do swojej wioski(Rudniki przyp.KZ) co dwa miesiące i uczyć w swojej szkole przez pół dnia[…] 
Rok później w 1900 roku, kiedy interesy Szczepanika i Kleinberga mają się nieco gorzej i nie może on już liczyć na wpływowe znajomości, wynalazca dostaje powołanie do wojska i zostaje wysłany na służbę do Twierdzy Przemyśl. A więc nie daleko jego rodzinnego domu. W  Przemyślu jak sam twierdzi poznał lokalną śmietankę towarzyską, tu też zapoznał najpierw swojego przyszłego teścia, a następnie swoja przyszłą żonę Wandę Dzikowską w której podobno zakochał się od pierwszego wejrzenia. Kiedy jego wybranka przeniosła się wraz z rodziną do Tarnowa Szczepanik podążył za nią i tym samym zamieszkali w Tarnowie gdzie w 1902 roku wzięli ślub. Wrócili jeszcze do Wiednia na kilka lat, gdzie urodził się ich pierwszy syn Andrzej, ale niedługo potem z powodu kłopotów finansowych wrócili do Tarnowa. Jak to komentował sam Szczepanik: -Moda na Gobeliny powoli mijała, a pracownie i fabryki trzeba było z czegoś utrzymać. Para dochowała się 5 dzieci. W Tarnowie Jan skupił się, na badaniach nad barwna fotografią,  w której to dziedzinie udało mu się poczynić istotne kroki w przód. Jego pracę nad fotografią przerwała na jakiś czas tragedia rodzinna, jego pierworodny syn Andrzej utopił się w studni.
Kiedy Szczepanik wrócił do pracy, jego uwagę tym razem przykuł Film barwny, skonstruował kilka kamer rejestrujących w kolorze spośród których jedna stanowiła istotny przełom w tamtym czasie, prześcigała bowiem pod względem jakości amerykańskie kamery Technicolor, które były wtedy światowym hitem. Niestety produkt Szczepanika był o wiele droższy od amerykańskiej kamery, tak więc mimo wysokich ocen nie zdobył wielu kupców. Szczepanik konstruował także projektory do wyświetlania kolorowych filmów. Filmy nagrywane i wyświetlane wtedy przez Szczepanika poruszały świat jakością i realizmem i barwą.
Jednak jednym z jego najgłośniejszych wynalazków była tkanina kuloodporna. Wynalazca stworzył materiał uszyty z wielu warstw, które hamowały pocisk zatrzymując go  w swoich splotach, liczne publiczne testy udowodniły że tkanina Szczepanika, jest w stanie zatrzymać pocisk który przebija się z łatwością, przez grube sosnowe deski, a także przez blachę żelazną.
Nazwisko Szczepanika obiegło świat po raz kolejny, gdy jego tkanina kuloodporna uratowała życie królowi Hiszpanii Alfonsowi XIII. Materiał Szczepanika  którym wyłożono karocę króla zatrzymał pocisk zamachowca który niechybnie uśmiercił by władcę gdyby nie wynalazek „Galicyjskiego Geniusza”. Król Hiszpanii odznaczył Szczepanika orderem hiszpańskim „Izabelli Katolickiej” a więc najwyższym odznaczeniem państwowym. Za odznaczeniem tym szło w parze także szlachectwo osobiste, osoby odznaczonej, tak więc Jan Szczepanik został  uznany oficjalnie szlachcicem z nadania króla Hiszpanii. Kuloodporną tkaninę zamawiał u Szczepanika także ówczesny car Rosji Mikołaj II. Który również chciał uhonorować polskiego wynalazcę, tym razem orderem św. Anny. Jan Szczepanik odmówił jednak z pobudek patriotycznych. Car jednak podarował mu bardzo drogi złoty zegarek wysadzany brylantami, oraz cenną złota broszkę.
Z kolei z punktu widzenia naukowego, chyba najważniejszym wynalazkiem Szczepanika, był teletroskop, a więc urządzenie do przesyłania obrazu kablem, na duże odległości. Do dzisiaj telewizja bazuje na rozwiązaniach które Polak użył wtedy w swoim wynalazku. A trzeba zaznaczyć, że Szczepanik opatentował teletroskop w Anglii w 1897 roku a więc na długo przed powstaniem telewizji. Wynalazek ten jednak dał teoretyczne podstawy do jej powstania.
Jan Szczepanik umarł 18 kwietnia 1926 roku w Tarnowie. Tam też został pochowany.  Chłopiec z biednej galicyjskiej wsi jaką były wtedy Rudniki, przeszedł do historii, jako jeden z ważniejszych wynalazców swojej epoki, jego nazwisko znane było w całej Europie jeśli nie na całym świecie. W pamięci swojej córki  Marii Zboińskiej zapisał się jako, często zamyślony, -zawsze z papierosem, bo szalenie dużo palił, z papierosem i ze spuszczoną głową bo on wtedy myślał- wspominała pani Maria- miał bardzo dużo ubrań turystycznych i wizytowych[…] ale chodził tylko w jednym bo go to nic nie obchodziło. Takim w oczach swojej córki był galicyjski geniusz.
                                                                                                                                     kjz

(Opublikowano na łamach Gazety Przemyskiej)                                            

Pnikut. Polska wieś na Ukrainie


      Dziś często jesteśmy świadkami debaty, gdzie kończy, a gdzie zaczyna się Polska. Dla jednych Polska, to polityka, dla innych geografia, jeszcze dla innych biurokracja. Wbrew im wszystkim chcę dziś przedstawić państwu Pnikut –wieś która jest dowodem na to, że Polska może być wszędzie tam gdzie noszą ją w sercach Polacy.

       Wieś Pnikut leży ok 30 km w linii prostej od Przemyśla. Dziś to rejon Mościski, Obwód Lwowski, Ukraina. Niegdyś bliska okolica przemyśla, bezpośrednio związana z nim: historią, tradycją, kulturą i więzami rodzinnymi mieszkańców. Dziś pomiędzy tymi miejscowościami znajduje się granica. Aby pojechać z Przemyśla do Pnikuta, lub z Pnikuta do Przemyśla trzeba mieć paszport , czasem wizę, trzeba też odstać swoje w kolejce na którymś z przejść granicznych, trzeba się tłumaczyć: po co, gdzie, na jak długo, co ze sobą wieziemy. Polityka niema jednak władzy zwierzchniej nad kulturą, nigdy jej niemiała, jak i nad uczuciami ludzkimi, nigdy nikomu nieudało się w pełni zapanować. W Pnikucie choć politycznie rzecz biorąc Polski niema już od 73 lat. Wciąż jednak słychać język polski na ulicach, w święta państwowe widać polskie flagi, w kościele, w szkole w umysłach i na ustach mieszkańców wciąż pełno jest polski. Do dziś większość mieszkańców Pnikuta czuje się Polakami. Choć nie jest im łatwo, to jednak od nich moglibyśmy się uczyć patriotyzmu.
      Podróż swoją zaczynamy na przejściu granicznym w Krościenku, bo tam szybciej, łatwiej i przyjemniej możemy przedostać się na drugą stronę granicy. Po niespełna 1,5 godziny jesteśmy już na Ukrainie. Postanowiliśmy pojechać przez Dobromil. Choć drogi są tam w tragicznym stanie, naprawdę warto chociażby dla widoków jakie mijamy po drodze. Tu w okolicach Dobromila są piękne lasy, pagórki oraz wsie, takie jakich w Polsce próżno już dzisiaj szukać. Po około 2,5 godziny jesteśmy na miejscu w Pnikucie. Kto bywał tam i zna stan dróg w tamtym rejonie ten nie zdziwi się dlaczego zajęło nam to aż tak długo.
W dolinie pomiędzy pofałdowanymi pagórkami leży Pnikut. Wokół łąki, pastwiska, lasy a także liczne jeziorka i oczka wodne w upalne dni chętnie odwiedzane przez mieszkańców. We wsi dwa sklepy szkoła, piekarnia, poradziecki pomnik oraz wybijające się dumnie ponad inne zabudowania wieże: kościoła rzymskokatolickiego oraz cerkwi prawosławnej. Przez środek wsi przechodzi droga powiatowa relacji Sambor –Mościska, od niej odchodzą boczne wokół których Pnikut rozlewa się po dolinie. Środkiem doliny płynie potok zwany przez miejscowych „Siecza” lub też „Podwolszczyna”.
      Zatrzymujemy się na plebani, gdzie proboszcz ks. Stanisław Węgrzyński użyczył nam przytulny  kąt do spania. Ks. Węgrzyński pełni posługę kapłańską w Pnikucie od 19 lat, od 17 jest proboszczem tamtejszej parafii. Pochodzi z Bieszczad, zanim trafił do Pnikuta był kapłanem diecezji przemyskiej. Zapytaliśmy proboszcza czym różni się posługa kapłańska w takiej parafii jak Pnikut od posługi pełnionej w parafiach w Polsce:  - W kwestii formalnej, różnice są niewielkie, wszystkie nabożeństwa odprawiane są w języku polskim, nauczanie , oraz działalność społeczna kościoła nie odbiega  od pełnionej w innych parafiach. Natomiast tutaj ludzie podchodzą bardziej poważnie do spraw wiary, są bardziej aktywni w życiu parafii. Nikt ich do niczego nie zmusza, sami są chętni, codziennie uczestniczą w mszach świętych, młodzież dobrowolnie przychodzi na katechezy, chociaż nie są one obowiązkowe, nie odbywają się w szkole, tylko w salce parafialnej ,  i nie w czasie lekcyjnym, a po lekcjach. Nigdy też niebyło problemów z dyscypliną na katechezach, tu mieszkańcy szanują kościół i sprawy wiary, między innymi dlatego bo mają w pamięci ile kosztowało ich wysiłku odzyskanie kościoła dla wiernych-. Pnikut był pierwszą miejscowością w całym ZSRR, w której komunistyczne władze oddały kościół do dyspozycji wiernych, było to w 1987 roku. Przyczyniły się do tego lata starań, próśb wniosków, delegacji do: Lwowa, Kijowa i Moskwy. Wszystko to mieszkańcy robili sami z własnej inicjatywy i za własne pieniądze. Wcześniej przez 30 lat pomimo represji ze strony sowieckiej władzy nie oddali kluczy do kościoła, sami, bez księdza zbierali się w nim, modlili się wspólnie i śpiewali. Władze nałożyły na mieszkańców ogromny podatek za kościół, cała wieś składała się i płaciła go wspólnie, aby nie odebrano im budynku kościelnego.

Relacje dobro/zło sąsiedzkie

     Wyszliśmy na wieś, aby porozmawiać z mieszkańcami, gdziekolwiek byliśmy, i z kimkolwiek nie rozmawialiśmy witano nas uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Pnikuczanie są bardzo gościnni i rozmowni. Wszyscy z którymi rozmawialiśmy, świetnie posługiwali się językiem polskim, z charakterystyczną wymierająca już w  Polsce „Lwowską Gwarą”. 
Przed II wojną światową w Pnikucie mieszkali praktycznie sami Polacy, po wojnie sytuacja ta uległa zmianie , wiele osób wyjechało do polski jako repatrianci, do Pnikuta zaczęli przyjeżdżać nowi osadnicy zwykle Ukraińskiej narodowości. Dziś jak deklarują mieszkańcy w Pnikucie jest w dalszym ciągu więcej Polaków jak Ukraińców, przy czym te liczby coraz bardziej zbliżają się do siebie. Sąsiednie wsie od wieków zamieszkiwane były głównie przez Ukraińców. Toteż niełatwe czasem stosunki Polsko-Ukraińskie znalazły i tu odbicie. Dziś jak określają mieszkańcy, są one dobre. Zapytaliśmy starszej pani, Zofii Wiącek, Polki, wieloletniej mieszkanki Pnikuta jak dziś Polacy żyją ze swoimi ukraińskimi sąsiadami. –Bardzo dobrze, jak na dzień dzisiejszy. Chodzą sobie pomagają, nawzajem jak potrzeba. Na weselach się nie bija, na dyskotekach też nie.  Jak było 650 lecie Pnikuta, to ja ułożyłam taką piosenkę[…]:
Dzisiaj do Pnikuta goście się zjechali żeby jubileusz odświętować z nami
Niech żyje wolność, wolność i swoboda i niech żyje Pnikut a w Pnikucie zgoda.
Nasza piękna młodzież bezpiecznie się czuje, czasem i brat bratu zęby porachuje
W następny dzień z rana już piją na zdrowie , Polak z Ukraińcem razem leżą w rowie.”- humorystycznie podsumowała pani Zofia Wiącek.
Wiktor Dorosz wiceprezes Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemii Lwowskiej oddział w Pnikucie, również uważa stosunki pomiędzy sąsiadami różnej narodowości za dobre. –Jak twierdzi nie wszędzie na Ukrainie tak jest, Polacy są różnie traktowani, w różnych miejscach, ale w Pnikucie pod tym względem jest naprawdę w porządku-.
Ks. Stanisław Węgrzyński określa aktualne stosunki polsko ukraińskie jako dobre, choć jak mówi zdarzają się przypadki dyskryminowania Polaków. Stanowią one jednak Rzadkość. Konflikty między mieszkańcami Pnikuta będącymi różnej narodowości zazwyczaj mają całkiem inne podłoże, jak twierdzi proboszcz- Czasem jeśli się zdarzy, że komuś kura wejdzie w grządkę, to się zacznie od kury, a skończy na polityce.-ale jak twierdzi proboszcz sprzeczki te nie mają większego znaczenia.
Tu nie mówi się o pojednaniu, o pojednaniu mówi się w telewizji, tu ono się dokonało. W Pnikucie Polacy z Ukraińcami żyją w zgodzie  z dnia na dzień. Owszem zdarzają się czasem osoby, które prezentując nacjonalistyczne poglądy zatruwają ducha wzajemnego współistnienia. Są one jednak zazwyczaj w sposób naturalny odsuwane i marginalizowane przez społeczność Pnikuta. Ogromną rolę w podtrzymywaniu dobrych stosunków w miejscowości odgrywają duchowni obydwu Pnikuckich świątyń. Kapłani obydwu obrządków wspólnie obchodzą święta, biorą wspólnie udział w obchodach rocznic, ważnych dla   miejscowości. To ważne, by zgoda była podparta autorytetem kościoła i cerkwi.


Dumni i świadomi

     Polacy w Pnikucie są zorganizowani i świadomi swojej historii. W Pnikucie działa oddział Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, skupiającego w swoich szeregach większość Polskich  mieszkańców miejscowości. Wokół TKPZL, a także wokół parafii Rzymsko-katolickiej w Pnikucie dochodzi do wielu inicjatyw, organizowane są obchody Polskich świąt państwowych, rocznic ważnych dla wsi wydarzeń. Wiele inicjatyw wypływa także ze strony Stanisława Żółkiewicz, znanego przemyślanina, byłego wicewojewody przemyskiego, który urodził się i wychował w Pnikucie, jest on bezpośrednio zaangażowany w życie pnikuckiej społeczności oraz w pomoc jej członkom w organizacji różnych przedsięwzięć zarówno kulturalnych jak i społecznych. Jest między innymi inicjatorem odremontowania nagrobków zasłużonych pnikuczan. Stanisław Żółkiewicz niejednokrotnie podkreśla miejsce swojego urodzenia i jest z niego dumny. Jednak nie tylko on, mieszkańcy Pnikuta znają dobrze swoją historię, nie tylko osoby starsze, ale także dzieci i młodzież. Tradycje patriotyczne przekazywane są tu w domu z ojca na syna, z dziadka na wnuka. Tak tez przetrwała pamięć o ważnych wydarzeniach historycznych dotyczących miejscowości oraz o miejscach ważnych z historycznego punktu widzenia. A historię Pnikut  ma za sobą taką iż niejedno miasto mogło by pozazdrościć.

Krótki szkic historyczny

Pierwsza wzmianka o Pnikucie pochodzi z 1359 roku. Już w 1385 odnajdujemy zaś wzmiankę o kościele rzymskokatolickim w tej miejscowości, co stanowiło w owym czasie na tych ziemiach raczej ewenement. Przyczyną tego jest prawdopodobnie fakt iż właścicielem wsi była kapituła biskupów Przemyskich. W 1648 na Pnikut napadają Kozacy, zabijają księdza przy ołtarzu, a drewniany kościół wraz z zgromadzonymi w nim ludźmi palą. W 1672 mieszkańcy Pnikuta biorą udział w pogromie tatarów, którzy wcześniej napadli na Przemyśl, a któremu  to pogromowi dowodził o. Krystyn Szykowski.  Po tych wydarzeniach w pod-pnikuckim lesie, w miejscu pochowania obrońców i Przemyśla i Pnikuta, powstaje tak zwana kalwaryjka będąca celem procesji aż do dnia dzisiejszego. Pierwsza wojna światowa powoduje poważne zniszczenia w Pnikucie. Okres między wojenny to czas rozwoju i wzrostu liczebności mieszkańców, powstają liczne organizacje społeczno-wychowawcze , jak i polityczne , w Pnikucie. Pnikut staje się prężnie działającym ośrodkiem „Ludowców”.  W 1921 w Pnikucie żyło 1453 Polaków oraz 10 żydów. W trakcie II Wojny światowej front 4 krotnie przechodzi przez miejscowość, czyniąc straty nie tylko w dobytku ale i w ludziach. W Pnikucie działa mocno ruch oporu prowadzący akcje dywersyjne w stosunku do Niemców oraz akcje odwetowe w stosunku do Ukraińskich nacjonalistów. W Pnikucie odbierane są zrzuty broni, amunicji i prowiantu dla powstańców, zrzuty przeprowadzają brytyjskie samoloty. Po wojnie w ramach ustaleń Jałtańskich Pnikut znalazł się po drugiej stronie granicy, w ZSRR, mają miejsce prześladowania ze strony władz radzieckich, na Polakach szczególnie tych związanych z podziemiem demokratycznym. W trakcie obydwu fal repatriacji wiele Pnikuckich rodzin wyjechało głownie na Śląsk i w okolice Przemyśla. Do 1987 roku trwały zmagania z władzami o odzyskanie kościoła na potrzeby wiernych. W 1991 Związek Radziecki upada , Pnikut znajduje się w niepodległej Ukrainie.     

Więzy krwi i historii



 W trakcie repatriacji wiele osób wyjeżdżających z Pnikuta wybrało sobie na nowy dom właśnie Przemyśl. Dziś kiedy przechadzamy się po Pnikucie często możemy napotkać samochody o przemyskich tablicach rejestracyjnych. Wielu mieszkańców Przemyśla pochodzi z Pnikuta, wielu ma tam do dziś rodzinę. Pnikuczanie podobnie postrzegają Przemyśl, jest to im miasto bliskie. Starsi spośród nich pamiętają jeszcze czasy kiedy jeździło się do Przemyśla na Targ. Jak opowiada pan Stanisław Żółkiewicz , -Przemyśl był zawsze bliski Pnikutowi , to było to miasto do którego jeździło się coś załatwić, zrobić jakieś poważniejsze zakupy, Lwów, był niedostępny, był zbyt duży i odległy.  Mieszkańcy Pnikuta postrzegali Przemyśl jako swoje miasto.
Ważne jest aby dziś pomimo iż historia potoczyła się tak a nie inaczej dla tej jakże barwnej i ciekawej miejscowości, aby więzy łączące Pnikut z naszym miastem nie osłabły. Aby Pnikucznie przyjeżdżając tu czuli się nadal jak u siebie, jeśli nie z uwagi na stare czasy to na fakt iż Przemyśl jest jedną z naprawdę niewielu ostoi  kresów na ziemiach polskich. Pnikut zaś, to mała część polski która gdzieś na zakręcie historii, wypadła  poza nawias Polskiej państwowości, ale nie poza nawias ojczyzny.

                                                                                                                                              kjz
                                                                                                                               
(Opublikowano na łamach Gazety Przemyskiej)

( foto Kamil Sagan)

Trzy perły, czyli bardzo luźny w formie reportaż z krótkiej podróży po Ukrainie




   

Burza nad Lwowem
Swoją podróż zaczynam z Przemyśla, ale nie będę pisał o mieście w którym się wychowałem, za dużo by trzeba było powiedzieć, więc nie powiem nic. Do granicy jadę busem kursującym non stop pomiędzy Przemyślem a przejściem granicznym w medyce. Busy te cieszą się niesłychanym powodzeniem, nie jednak z racji atrakcji turystycznych na Ukrainie. Na Ukrainę nikt tu nie patrzy w ten sposób, jest ona po prostu źródłem dochodu dla ogromnej rzeszy ludzi w każdym wieku i  o różnym wykształceniu. Razem, równo, stłoczeni jak sardynki, trudnią się mrówczym przemytem tańszych ukraińskich papierosów i alkoholu.
Kolejka przy wejściu na ukraińską stronę nie jest dziś aż taka duża (zielone świątki), wiec po ok 20/25 minutach dochodzę do odprawy paszportowej gdzie budzę zaciekawienie celniczki faktem, że wybieram się gdzieś dalej a niżeli przygraniczne Szeginie. Prawdziwych turystów oni widzą tu raczej rzadko. Tak więc jestem na Ukrainie -krainie wielu mitów, to co mnie interesuję, to ich weryfikacja twarzą w twarz oraz  prawdziwy obraz Galicji  "po tej drugiej stronie": ślady polskości, dawnych; twierdz, księstw, królestw, stref wpływów, faktyczny kształt tej barwnej mozaiki.
Dwieście metrów od zejścia z pasa podchodzi do mnie dwóch „złoto-zębnych” facetów, pytają się mnie -gdzie się wybieram, mówię, że do Lwowa. Proponują mi taksówkę, odpowiadam, że nie mam tyle pieniędzy, na co jeden z nich mówi "niedużo ,tylko 100zł" z uśmiecham dziękuje, i pytam się gdzie stoją busy do Lwowa, na co słyszę że z busami ciężko...
Hmmm
…Idę zatem dalej, sto metrów od nich jest przystanek, i dwa busy do Lwowa, cena biletu to 14 hrywien czyli w przeliczeniu na polską walutę ok. 7 zł….no tak, ciężko.
Wsiadając pytam kierowcy kiedy odjazd, staram się mówić po ukraińsku, ale szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia o tym języku, mieszam słowa polskie, ukraińskie i rosyjskie, czym wzbudzam pewne zainteresowanie w busie, ruszamy. Bus klekocze wpadając w coraz to nowe dziury. Widok za oknem to na razie zwykła wieś, niczym nieróżniąca się od polskiej, ale w miarę, jak oddalamy się od granicy okolica biednieje. Tu już zaczyna się uwidaczniać kontrast, pomiędzy mały domkami i tymi „nie do końca małymi”, pomiędzy starymi ładami i wołgami a mercedesami i BMW serii siedem, przemykającymi obok "epileptycznego busa".
Po chwili poszerza się horyzont: pola, las, wsie (coraz biedniejsze). Zastanawiam się ile ten las musiał widzieć, przecież tu zawsze się coś działo: AK, UPA, OUN, Niemcy, armia czerwona, Węgrzy, Kozacy, Wołosi, Tatarzy, długo można by wymieniać.

Bus pręży się i wzmaga z każdą następną górką. Na poboczu co kawałek pojawiają się krzyże znicze i kwiaty, obrazek znany też z polski, ale tu mimo wszystko częstszy. Każdy z tych krzyży jest inny i opowiada inną historię. Są krzyże biedne, wyklepane z dwóch kawałków metalowego pręta, są drewniane, są także niemalże nagrobki. Stoją w różnych miejscach: przy ostrych zakrętach, przy wjeździe pod masywny betonowy wiadukt, na brzegu przydrożnego stawu, ale są i takie które stoją na kompletnie prostej drodze. Krzyż który najbardziej zapadł mi w pamięć, stał właśnie przy jej prostym odcinku, w miejscu gdzie nawet niebyło dziur. Srebrny, rzeźbiony krzyż na podstawie z czarnego marmuru na którym wypisane było imię i nazwisko, a powyżej przytwierdzony był połyskujący znaczek mercedesa...
Bus zjeżdża z głównej drogi na podrzędna "dróżkę" do Sądowej Wiszni, tu dopiero zaczyna się bieda. Małe przydrożne miasteczko złożone z kilku rozsypujących się kamieniczek i zaniedbanego rynku. Niegdyś miejsce sejmików wojewódzkich. Wygląda jakby niedługo miało się zapaść pod ziemie, jest jednak w nim coś pięknego i boleśnie szczerego. Wracamy na główną. Kawałek dalej na drogę wychodzi dwóch pijanych nastolatków ubranych w dresy, starają się zatrzymać busa, kierowca zwalania po czym omija ich szerokim łukiem i przyspieszając jedzie dalej. Na niebieskim dotąd niebie zaczynają się kłębić ciemne chmury -zbliżamy się do Lwowa...
Lwów /Lviv / Lvov/ Leopolis/ Lenberg, warianty są różne, w samym języku Ukraińskim są trzy. Tak jak wiele jest określeń tego miasta tak wiele jest i jego obliczy. Osadzony w trzynastym wieku przez Daniela Halickiego na cześć swojego syna Lwa. Jeden z głównych ośrodków kulturalnych niegdysiejszej Polski, chluba Ukrainy, punkt honoru dla wielu zdobywców, poligon wielu konfliktów.
            …wjeżdżamy powoli w strugach deszczu przy salwach błyskawic, właściwie tu zawsze była burza…
Droga nie przypomina już tej co przed chwilą, są trzy pasy, oświetlenie, ronda, po prawej stronie lotnisko. Wjazd do miasta nie ustępuje w niczym innym europejskim metropoliom. Przeciętne samochody, to już nie łady, coraz więcej widać "krążowników".
...przejeżdżamy przez pasmo blokowisk, przestaje padać.
Dojeżdżamy powoli do dworca- brukowana ulica, kostka brukowa jeszcze z czasów austriackich. Budynek dworca robi naprawdę duże wrażanie, jest wręcz monumentalny, niedawno musiał być odnawiany, bo jeszcze pachnie nowością a do najmłodszych nie należy. Niedaleko od niego pętla tramwajowa i dworzec autobusowy, kompletnie z innej bajki. rozkładające się w oczach tramwaje i autobusy a właściwie marszrutki, niema różnicy pomiędzy komunikacją miejską a między miastową, wszystkie autobusy są takie same.
Wysiadając z busa pytam kierowcy w którą stronę mam iść jeśli chcę dotrzeć do centrum. Nie odwracając się wskazuje mi ręką kierunek. Tak wiec idę "na azymut". Po chwili dochodzę do dużego skrzyżowania, na którym mija mnie tramwaj wymalowany w barwy ukraińskiej flagi, staram się odczytać napis na nim...
" Sześćdziesięciolecie UPA" hmmm...
Idę dalej, kluczę uliczkami, mijam ogromny kościół w trakcie remontu, skręcam w prawo, dochodzę na bazar, wrzawa, przekrzykujący się ludzie, na straganach wszystko, od mandarynek po sprzęt RTV. Idę stąd, po chwili jestem już na drodze, która ma mnie zaprowadzić na rynek (ul. S. Bandery)(!). Coraz piękniejsze kamieniczki, dużo zieleni, widać bogate budynki, skwery. Mijam trzy samochody zaparkowane na samym środku drogi- nie, droga nie jest wyłączona z ruchu. Kupuję w przydrożnym kiosku piwo, tu piwo można kupić wszędzie, i wszędzie można je wypić, niema zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych. Wchodzę już w ścisłe centrum miasta, ul. Mickiewicza. Dochodzę do centralnego punktu miasta, pomnika Adama Mickiewicza. Przysiadam w pobliskim parku otwieram piwo i rozkoszuje się atmosferą i piwem, naprawdę mają dobre piwo.
Chwilę później jestem już na rynku, trafiam na dwa koncerty na raz: jeden po wschodniej, drugi po zachodniej stronie ratusza. Po zachodniej ciągle zmieniają się wykonawcy i style: hip hop, pop, rock. Po wschodniej zaś jest koncert uczniów lwowskiej szkoły muzycznej, grają na instrumentach dętych repertuar dość konserwatywny, nawiązujący do ukraińskiej muzyki ludowej. Publiczność i na jednym i na drugim koncercie dość liczna właściwie trudno powiedzieć gdzie większa...
…ja siedzę po środku- od południowej strony, dobiegają mnie na zmianę dźwięki z prawej i lewej. Mocny elektroniczny beat wkrada się w wesołe melodie ludowych utworów, nie pasuje, nie wydaje się, żeby pasował a jednak po jakimś czasie można się przyzwyczaić i znaleźć w tym jakąś przedziwną całość ...może taka właśnie jest teraz Ukraina.





Przechadzam się jeszcze odwiedzając kilka knajp, typowo zachodnie, eleganckie, schludne, w jednej z nich mam trudności z dogadaniem się po polsku, ale już po angielsku niema najmniejszego problemu. Trochę mnie to zawsze śmieszyło, jeśli ludzie używający dwóch języków słowiańskich, żeby się porozumieć uciekają się do całkiem obcego, tak jakby musieli szukać wspólnego mianownika, aż tam, w mimo wszystko obcej nam kulturze. Ale cóż czasem widocznie trzeba. Jest już ciemno, wracam w stronę dworca, muszę się jeszcze  dzisiaj dostać do Iwano-Frankowska bądź też, jak kto woli Stanisławowa. Na dworcu mam trochę problem z porozumieniem się, ale napotkani ludzie są bardzo życzliwi i pomagają mi, żebym wsiadł do dobrego busa, niema mowy o jakiejś antypolskości z ich strony. Płace 27 hrywien i odjeżdżam telepiącym się busem po tej samej austriackiej kostce...

Trochę historii i luźnych spostrzeżeń.
Dojeżdżając do Iwano-Frankowska zgadałem się z 73 letnim Polakiem, który pochodzi spod mościsk, mijałem Mościska jadąc do Lwowa. Stanisław, bo tak miał na imię opowiada mi przyciszonym głosem, o tym, jak tu było kiedyś, jakie były relacje pomiędzy Polakami a Ukraińcami.
właściwie nikt nie wchodził sobie w drogę, żyliśmy w zgodzie, choć wielkiej miłości nigdy między nami nie było...
...były wsie polskie i wsie ukraińskie, ale były też mieszane. Zabawy  były  oddzielne dla Ukraińców i oddzielne dla Polaków, ale konfliktów raczej niebyło. Były nawet małżeństwa mieszane, ale wtedy, zwykle kobieta, musiała przyjąć obrządek męża. Problemy zaczęły się dopiero z początkiem II wojny światowej, czasy wcześniejsze Stanisław zna głównie z relacji ojca sam był za mały żeby to pamiętać. Dalsza część naszej rozmowy odbywa się na przystanku, podczas przerwy którą ogłosił kierowca.
... "jak przyszli Niemcy to Ukraińcy upatrywali się w nich wyzwolicieli. Mój stryj był przy tym jak do Sambora wjeżdżały oddziały niemieckie z gubernatorem na czele ...Ukraińcy witali ich chlebem i solą, na "urzędzie " wisiały obok siebie flaga ukraińska i hitlerowska" ...
…gubernator podszedł zerwał i podeptał ukraińską.
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta i Niemcy zaczęli wykorzystywać konflikty polsko-ukraińskie, podburzali nas przeciwko sobie przez co nie można było się skoncentrować na walce z prawdziwym okupantem. AK musiało bronić się przed UPA , UPA przed AK . Ukraińcy atakowali polskie wioski w odwecie nasi robili to samo z ich wioskami.
Wsiadamy z powrotem do busa i po jakimś czasie jesteśmy już w Iwano-Frankowsku. Ja idę na dworzec zorganizować sobie nocleg a Pan Stanisław w stronę centrum, żegnamy się. Odnajduje w budynku dworca noclegownie mam trochę problemy z dogadaniem się z recepcjonistką, ta po chwili odsyła mnie do wywieszonej  na ścianie kartki z cenami pokoi. (ha ha ha, to mały szczegół że mamy inny alfabet), więc ta kartka mi raczej za dużo nie pomaga, ale w końcu dogaduje się jakoś z recepcjonistką na cenę 62 hrywien, czuje się lekko oszukany bo na owym cenniku wszystkie liczby były mniejsze, w końcu liczby mamy takie same, ale  nie chce mi się już targować, tym bardziej, że jest już późno i jestem zmęczony a nie mam zielonego pojęcia gdzie mogę znaleźć jakiś inny nocleg. Warunki są słabe, przez całą noc słyszę jeżdżące dosłownie pod oknem pociągi, i skrzeczący z megafonu, znajdującego się pod moim oknem, głos spikerki zapowiadającej kolejne połączenia, toaleta jest przeznaczona tylko dla kaskaderów, a prysznic jest dodatkowo płatny, ale .. da się przeżyć. Mam telewizor w pokoju, włączam trafiam akurat na program o unii europejskiej ,mówią o zaletach i wadach akcesji, oraz o wymaganiach jakie musiałaby spełnić Ukraina żeby do niej przystąpić, potem trafiam na ukraińską wersje programu "Jak oni śpiewają" jest identyczna, nawet melodyjka na wstęp i wystrój wnętrza niczym się nie różnią. Potem natrafiam na jakiś koncert, oczywiście muzyki opartej na ludowej. Fascynujące jak ci ludzie są głęboko przywiązani do swojej kultury, tutaj inna muzyka naprawdę należy do rzadkości, wszędzie: w radiu, w telewizji jest muzyka ludowa, albo przynajmniej do niej nawiązująca, co prawda moim gustom muzycznym to raczej nie odpowiada, ale podoba mi się ich szacunek dla własnej kultury i pewne kontynuowanie tradycji, a nie wyrwane z kontekstu adoptowanie wszystkiego z zachodu.
Zauważam początek kultury hip-hopowej na Ukrainie, ciekawy jestem jak to się potoczy dalej może  w niedalekiej przyszłości okazać się to podatny grunt na tą muzykę z racji na strukturę społeczeństwa miejskiego na Ukrainie. Na razie zauważam, że duża część młodzieży przeżywa zafascynowanie mafią i środowiskiem przestępczym. Lwia część samochodów  którymi jeżdżą młodzi, ma przyciemniane wszystkie szyby, malowane są w ciemnych kolorach, co w przypadku rozlatującej się łady może wyglądać zabawnie, ale cóż u nas z "maluchów" staramy się robić "bolidy". Duża część nastolatków chodzi w skórzanych czarnych kurtkach i ciemnych okularach, naśladując tych z "trochę" lepszych "Czarnych Krążowników”. Których także w Ukraińskim Krajobrazie nie brakuje. Widoczne są na Ukrainie jeszcze środowiska punkowe które w Polsce wydaje się że już wyginęły, tam są jeszcze aktywne tak jak u nas powiedzmy pięć lat temu, sporadycznie widzi się także skinheadów ale naprawdę sporadycznie. Zwracam uwagę na ukraińską młodzieży nie przez przypadek uwidacznia ona bowiem wpływy kulturowe oraz pewne zaszłości a że są to ludzie młodzi w pewnym sensie te wpływy mogą nam pomóc sobie wyobrazić przyszłość Ukrainy.


Odgrzebując Stolicę Królestwa

Wstaje wcześnie, o godzinie piątej. O szóstej muszę już oddać klucz do recepcji. Piętnaście po szóstej wsiadam już w busa do Halicza. Przez całą drogę próbuje sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał napis Halicz zapisany cyrylicą, żebym wiedział gdzie mam wysiąść. Halicz jest jednak na tyle charakterystycznym miejscem, że nie mógłbym go pomylić. Już zbliżając się do miasta widać jedyną ocalała basztę na górze zamkowej. A nawet gdybym jej nie widział to podejrzewam że wyczułbym że to tu, historia tu aż kapie z powietrza…
...Wysiadam na przystanku i idę na stację benzynowa po coś do jedzenia, i zapytać się którędy do centrum, moje pytanie okazało się jednak idiotyczne,  ponieważ wyobrażałem sobie Halicz jako trochę większe miasteczko. Centrum jest za rogiem -uzmysławia mi z lekkim zdziwieniem sprzedawca na stacji.
Zaczynają się małe kamieniczki i rynek u podnóża góry. Na środku stoi pomnik Króla Daniela Halickiego. Kawałek dalej starsza kobieta słomianą miotełką uparcie odgarnia kurz zalegający grubą warstwą na płycie rynku w tym małym sennym miasteczku. Wygląda to iście jak syzyfowa praca, dawna potęga królestwa pokryła się pyłem wieków, klęsk, chorób, głodu i licznych wojen, które nigdy tego skrawka ziemi nie oszczędzały, niewiele już zostało, ale patrząc na tę staruszkę, na jej uparte ruchy, ma się wrażenie że jeszcze nie wszystko stracone. Sam król Daniel spogląda na nią dumnie z wysokiego postumentu, jakby doglądając pracy swojej ostatniej wiernej poddanej...
Patrząc na to prawie martwe miasteczko aż nie chce się wierzyć, że kiedyś zależały od niego losy ziem od Kijowa po Biecz a w samym Haliczu rezydował król z nadania papieskiego. Królestwo Halicji i Lodomerii zwane też Rusią Halicką lub Rusią Czerwoną było prężnym i walecznym organizmem państwowym jak na owe czasy, papież jednak po jakimś czasie cofa swoje nadanie praw królewskich bo Ruś Halicka nie podporządkowuje się jego zaleceniom, aby nie wdawać się w walkę z mongolską Złotą Ordą. Batu Chan podbija Halicz czyniąc Królestwo Halickie swoim lennikiem. Dopiero Kazimierz wielki odbija ziemię Halicka uniezależniając ją od chanatu.  Nie włącza jej jednak do polski, tylko sam ogłasza się królem Polski i Rusi Halickiej. Halicz był jedną z ważniejszych twierdz na tych terenach, oraz jedną z najtrudniejszych do zdobycia, z racji swojego niezwykłego położenia na górze zamkowej o bardzo stromych zboczach, oplecionej w dodatku od wschodniej strony zakolem Dniestru. Ta "legendarność" niestety przyczyniła się miedzy innymi czynnikami do ostatecznego upadku Halicza, był on bowiem łakomym kąskiem na tej ziemi, która w swojej historii zbyt wiele spokoju nie zaznała. Halicz przeżywał kolejne napady Tatarów, Węgrów powstania bojarów, ataki kozackie, aż w końcu został niemal doszczętnie zniszczony przez Turków osmańskich, oraz tatarów, po której to klęsce już nigdy nie podniósł się do dawnej świetności...
Przemykam przez zaspany rynek i wspinam się stromą drogą prowadzącą na górę zamkową, samo usytuowanie drogi ma walory pułapki, mogła bowiem być idealnie ostrzeliwana z fortecy na górze a będąc z obu stron zamknięta, przez dwa wzgórza utrudniające ucieczkę, stawiała potencjalnego intruza w nieciekawym położeniu. Wchodzę na górę, przechodzę przez głęboką fosę i staje obok jedynej ocalałej baszty która naprawdę nawet jako jedna robi wrażenie. Patrząc się z góry zamkowej trudno mi sobie wyobrazić jak ktoś mógł tę twierdzę podbić, musiał dysponować naprawdę duża przewagą i ogromnym arsenałem. Baszta jak i ocalały fragment muru są obecnie remontowane słyszałem, że jest w planie odbudowa całej twierdzy, w co niestety szczerze wątpię. Siadam koło baszty, przerwa na śniadanie i na piwo, nie żebym zwykle zaczynał dzień od piwa, ale widok wymaga uczczenia. Cała okolica jest stąd dosłownie jak na dłoni, podejrzewam że mogli stad policzyć swoich najeźdźców dwa dni wcześniej niż ci nieszczęśnicy dotarli do miasta. Jak widać niestety i to im nic nie dało. Schodzę  na dół po stoku na którym leży miasto, po drodze przechodzi się parkową alejką, kiedyś tu był zamek. Dochodzę z powrotem do rynku. Pod cerkwią znajduje się makieta twierdzy w dawnej świetności, zamurowało mnie, ta twierdza na górze okazuje się jedynie centralną częścią fortyfikacji, oprócz tego były jeszcze całe pierścienie fortyfikacji wokół miasta i w okolicznych wioskach i przysiółkach. Każda cerkiew i każdy kościół spełniały także rolę obronną. Po drugiej stronie Dniestru także znajdowała się część fortyfikacji. Ciężko mi to sobie wyobrazić, jak ktoś mógł to zdobyć. Patrząc na makietę mam wrażenie że pomyśleli o wszystkim, (brakuje jeszcze tylko Baterii przeciwlotniczej).
Wracam na przystanek muszę się dostać z powrotem do Iwano-Frankowska. Autobus długo nie przyjeżdża, ale zatrzymuje się jakaś prywatna stara furgonetka ktoś rzuca pytanie do kierowcy "na Frankiwsk?" kierowca kiwa głową, po czym do furgonetki upycha się kto tylko może bez nawet tradycyjnego dzień dobry. Trochę w życiu zrobiłem kilometrów jeżdżąc autostopem ale, tu widocznie wygląda to trochę inaczej. Nie mógłbym jednak przecież nie skorzystać z nowego doświadczenia więc upycham się w furgonetce jako ostatni siadając na podłodze  opierając się  plecami o drzwi a dokładniej rzecz ujmując o klamkę, wiec w każdej chwili mogłem wypaść ale z tego zdaje sobie sprawę dopiero po dojechaniu na miejsce…


Rak Miasta

Idę główną ulicą niegdysiejszego Stanisławowa, od strony bramy Lwowskiej. Niestety miasto jest zaniedbane i wygląda jak  przemysłowa metropolia a nie jak galicyjska perła...
 ... mija mnie autobus wydający z siebie takie dźwięki że odskakuje na bok, po rzucie oka na niego stwierdzam że to chyba coś w stylu przedśmiertnego charczenia...
Stanisławów został założony przez Andrzeja Potockiego na miejscu małej wsi Zabłotów. Miał duże znaczenie strategiczne dla ówczesnej Rzeczypospolitej. Niedługo po zbudowaniu grodu otoczono go najpierw grubą palisadą a później murem i fosą. Były dwie bramy do miasta i jedna furta zwana ormiańską, bramy ubezpieczone były wieżami obronnymi, niestety tak, jak w kilku innych miastach galicyjskich Austriacy zaraz po przejęciu nad nimi kontroli zaczęli rozbierać mury, bramy i zasypywać fosy, przez co owe miasta straciły dużo ze swojego uroku. W przypadku Stanisławowa dzieła dopełnił socrealizm, i w tej chwili możemy sobie tylko wyobrażać jak piękny musiał kiedyś być.
Choć wiele tu jeszcze pozostało zielonych parków i zacienionych alejek, dużo jednopiętrowych klimatycznych kamieniczek, to jednak widać że coś tu się stało…  Idę dalej w stronę rynku, coraz częściej pojawiają się stare kamienice, jednak nadal więcej jest dookoła socrealizmu który gryzie w oczy, nie daję się pogodzić z duchem tego miasta, duchem którego da się jeszcze wyczuć w zacienionych zaułkach, ale jest on wyraźnie w defensywie.  Piękne kamienice giną w natłoku kwadratowo szarej rzeczywistości. Doszedłem do rynku tu jest już całkiem przyjemnie, ogromny rozłożysty plac otoczony starą architekturą, o dziwo wszystkie budynki są tu niskie (jednopiętrowe) ale pasują do siebie i tworzą klimat otwartej przestrzeni , tak jakby wcale nie ograniczały płaszczyzny placu, jakby ona wymykała się gdzieś ponad nimi i łączyła się z płaszczyzną nieba. Obok rynku jest duży zielony park, z zacienionymi alejkami i fontanną. Nie wszystko jednak pasuje bo oto jest coś co stanowi tu kwintesencje złego smaku- ratusz. Ustawiony na środku zabytkowego rynku, socrealistyczny kwadratowy gniot, o ordynarnym kształcie, jest jakby sercem socrealistycznego raka w tym mieście. Powiem szczerze wygląda jakby ktoś go wybudował tutaj złośliwie.
Po chwili schodzę z głównej płyty rynku, zapuszczam się w uliczki starego miasta  i znów zaczynam czuć ten stary Stanisławów wokół mnie. Cieniste skwery, urokliwe parki, alejki, place, w bocznych uliczkach piękne kamienice z obfitymi zdobieniami. Aż chciałoby się cofnąć czas, żeby zobaczyć jak Stanisławów wyglądał wtedy zanim popełniono na nim tą urbanistyczną zbrodnie.
...Przysiadam jeszcze na chwile w  parku po czym ruszam na dworzec żeby dostać się z powrotem do Polski, która wyjechała stąd już dawno, choć jej cień błąka się jeszcze po wschodniej Galicji…
                                                                                                                      kjz 
 (foto Kamil Sagan)