niedziela, 14 października 2012

Kopysno - Nie takie sielskie życie


Najbardziej malowniczo położona wieś w regionie przemyskim. Trzy i pół kilometra pod górę od najbliższego kawałka asfaltu. Wieś bez wodociągów, gazu, bez kanalizacji, bez telewizji i Internetu.  2 zamieszkałe domy, stara cerkiew, kilka rozwalających się chałup i zapomniany cmentarz. Oto Kopysno, wieś sięgająca swoją barwną historią przynajmniej do początku XIV w. W XX w wysiedlona, spalona, wymarła. Na koniec przywrócona do życia przez kilku „twardzieli z pasją”.

Kopysno -zaledwie 30 km od Przemyśla . Już nie daleko za rogatkami miasta zmienia się krajobraz i droga. Najpierw szosą przez Rybotycze, ostatni sklep, szkoła i kościół. Zjeżdżam z asfaltu i starym volkswagenem wspinam się stromą i wyboistą  drogą gruntową, przez głębokie kałuże i nierówności, poprzeczne uskoki, na których cudem ze nie tracę kół .
Mam szczęście, grzeje słońce i kałuże po nocnym deszczu schną w oczach. Trudno mi uwierzyć, że gdzieś tam na końcu tej drogi, jest wieś, żyją ludzie. Jest przydrożna kapliczka, z wiekową figurką św. Jana. Kapliczkę wybudowali mieszkańcy Kopysna w 1848 roku na pamiątkę zniesienia pańszczyzny.
Przydrożny krzyż na rozstaju łączy zapomniane drogi. Tę od Rybotycz, kompletnie  nieprzejezdną drogą przez Brylińce w stronę Przemyśla, oraz równie zapomnianą drogę do Koniuszy. Tu dla przyjezdnych zaczyna się przygoda z Kopysnem, tu dla wygnanych mieszkańców kończył się świat jaki znali. Kopysno przed II wojną światową liczyło 770 mieszkańców, w większości grekokatolików, choć były tam też rodziny polskie i żydowskie. Po wojnie w ramach akcji „Wisła” większość mieszkańców wysiedlono. Następnie wieś została spalona, pozostali tylko nieliczni mieszkańcy oraz kilka drewnianych chałup. Wieś powoli wymierała, aż całkiem zagasło w niej życie.

Ślady dawnej wsi

Jeszcze parę metrów i  znajduje się w sercu starej wsi, w której kiedyś tętniło życie. I choć mało już przetrwało śladów po starych zabudowaniach, to wg. spisu powszechnego z 1921r. był tu dwór i  104 domy. Była szkoła, cerkiew, sklep, karczma, dwie kuźnie, dwie szewskie pracownie. Dziś rosną tu krzaki, baczny obserwator zauważyć może wystające fragmenty starych zabudowań, miejsca ze śladami fundamentów.
Kieruje się w stronę cerkwi jest ona niemym świadkiem tragicznych losów wsi. Z miejscowością związane są ściśle losy rodu Kopystyńskich. Ich najbardziej znany przedstawiciel Michał Kopystyński władyka (prawosławny biskup) przemyski. Został wyklęty ze swego kościoła za ostrą krytykę i przeciwstawianie się postanowieniom unii brzeskiej, która łączyła prawosławie z rzymsko-katolicyzmem . Umarł w 1610 roku, został pochowany prawdopodobnie na „Horbysku” w Kopyśnie, lub właśnie we wspomnianej wcześniej cerkwi.
Dookoła cerkwi stary zarośnięty cmentarz. W rogu - XIX wieczna dzwonnica. Wygląda dumnie choć dziś sypie się z niej tynk i brakuje na niej dzwonów. Dziś  cerkiew służy za rzymsko katolicki kościół filialny, dla parafii w Rybotyczach. Nabożeństwa są tam odprawiane tylko kilka razy do roku, zwykle w czasie świąt.
Czerwonym szlakiem podążamy na szczyt Kopystańki najwyżej położonego punktu widokowego na pogórzu przemyskim. Przed nami roztacza się przepiękna panorama z daleka widoczne wzgórza Kalwarii Pacławskiej. Widać Przemyśl, elektrownie wiatrowe w Żurawicy, Reczpol, okolice Birczy, Kalwarię Pacławską, okolice Arłamowa, oraz całkiem spory kawałek Ukrainy. Na szczycie krzyż postawiony na pamiątkę pielgrzymki Jana Pawła II do Przemyśla i Sanoka. Krzyż stanowi jednocześnie stację odbywającej się co roku, a przechodzącej przez Kopysno drogi krzyżowej.
W drodze do wsi, po drodze mijam stare grodzisko nazywane przez okolicznych mieszkańców zamczyskiem. Wg. badań archeologicznych grodzisko to pochodzi prawdopodobnie z X-XII wieku. Dziś niewiele można tam zobaczyć z wyjątkiem fosy, ale kiedyś podobno stał tu tętniący życiem obronny gród, świadczyć ma o tym duża liczba znalezionych wykopalisk np. naczyń oraz same rozmiary grodziska.
Miejscowa legenda głosi że pod owym „zamczyskiem” znajduje się tunel prowadzący do samych Rybotycz. Legend związanych z Kopysnem jest więcej: o studni bez dna w której słychać dzwony, o świetlistej łunie wychodzącej z miejsca prawdopodobnego pochówku biskupa Michała Kopystyńskiego i znikająca w kapliczce, podobno też po Kopystyńskich lasach czasem przechadza się sam diabeł.

Twardziel z tajemniczą przeszłością

Schodzę przez łąkę do wsi. Przy drodze mężczyzna spaceruje z kilkuletnią dziewczynka i małym kundelkiem. To jeden z dwóch mieszkańców Kopysna- Grzegorz Tomaszewski. Pan Grzegorz zazdrośnie strzeże swej przeszłości. Zdradza tylko że ma 42 lata, pochodzi z Sopotu przyjechał do Kopysna w 1995r i z kilku letnią przerwą mieszka tam do dzisiaj. Kiedy przyjechał miał na głowie irokeza, a na nogach glany i spodnie obcięte do połowi łydki. Był punkiem, a oprócz tego zapalonym ekologiem, Chciał oderwać się od miasta i zamieszkać gdzieś, na łonie dzikiej natury. Na początku próbował w Bieszczadach, potem odnalazł Kopysno, i tu został. Typ twardziela. Mieszkał  najpierw sam w szałasie, potem sprowadziła się do niego żona, ale niewytrzymała i odeszła, z druga było tak samo.
Jak mówi pan Grzegorz -to się tylko tak wydaje, przyjezdnym, że życie tu, to bajka, W rzeczywistości jest ciężko, nawet bardzo ciężko, ale trzeba sobie jakoś radzić. Żyje się skromnie, ale po swojemu. Ciężko, bo nie da się zrealizować swoich planów. Co robię?- Sadzę drzewka, ale bardzo dużo dzikiej zwierzyny podchodzi do domu i niszczy to co zasadzę. Małgosia wczoraj stado jeleni tutaj widziała. Zresztą ludzie czasem nie są lepsi: w zeszłym roku ktoś ukradł mi klacz- nazwałem ją Bianka jak moją trzecią córkę, to nie była sprawka żadnego wilka, psy by wyły, zresztą też inne konie by zareagowały, a tu nic, ktoś ukradł i tyle.
Co mi się tu spodobało i co mnie trzyma? To, że to jest zadupie, tzn. kiedyś było bardziej, dziś już mniej.  Coraz częściej starzy mieszkańcy, a właściwie ich potomkowie zaczynają interesować tą miejscowością.
Codzienne życie tu niesielskie. Teraz są wakacje i moja córka Małgosia jest ze mną- opowiada niespiesznie. Zima jest straszna  droga często nieprzejezdna, odśnieżana była może  kilka razy na przestrzeni ostatnich lat. Jak jest duży śnieg to bywa, że nawet końmi i saniami nie przejedzie, przypinam wtedy narty i zjeżdżam do Rybotycz po najpotrzebniejsze rzeczy.
Myślę żeby się stąd przenieść, ale nie do miasta, tylko, jak nie w Bieszczady to na tamten świat,(śmiech) chociaż …. zobaczymy. W Bieszczadach jest więcej tlenu do życiu. A poza tym-jest, jak jest, lata lecą, pieniędzy nie ma, kobiety też się jakoś nie garną do takiego życia. Ale jakoś żyć trzeba- kończy filozoficznie pan Grzegorz.
Po sąsiedzku duży dom, ogrodzenie, psy. To dom państwa Jakubów. Nie zastaliśmy właściciela -tylko pracownika który pilnuje domu i dokarmia psy. Właściciel tu nie mieszka, dojeżdża tylko.  

Sam z Borysem

Niedaleko jest dom pana Jana Łuczaka właściciela hodowli dzików i dziko-świń. Pan Jan przyjechał tu z Olsztyna w 1979 r, tu poznał swoją przyszłą żonę. Z miejscowością jest związany przez jej rodzinę. Teść pana Jana był przez lata jedynym mieszkańcem Kopysna, utrzymywał wieś przed kompletnym zdziczeniem, on też zaszczepił zięciowi miłość do Kopysna. Pan Jan obiecał teściowi, że po jego śmierci zajmie się „teściowizną”. I dotrzymuje słowa. Kiedy przyjechaliśmy pan Jan razem ze znajomym panem Ryszardem akurat zrobili sobie przerwę w pracy na polu. Usiedli pod drzewem przy stole, w cieniu, popijając wodę mineralną. Pan Jan wita się uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Zaprasza do stołu, gościnnie proponując, kawę, herbatę a nawet coś mocniejszego.
Jestem ciekawy jak się żyje na takim odludziu -Dajemy sobie rade,- kiwa głową. Ludzi tu niewielu więc sobie pomagamy. Z dojazdem to tak jak widać mam starego dżipa to zawsze przejadę. Innym autem było by ciężko. Teraz tu się za mną chce wybudować taki człowiek z Niemiec, to się będzie starał o naprawę drogi. Bo jak budowa, to przecież cementu i piasku na plecach nosić nie będzie. Chociaż Grzesiek, jak się budował to nosił, on jest twardy, kawał chłopa z niego, i faktycznie cement na placach z Rybotycz do siebie na działkę dźwigał- 3,5km(!). Chłop jest twardy i się nie poddaje. Wiele osób tu młodych, chciało spróbować swoich sił, ale nie dali rady.
Ani pogotowie ani straż nie ma tu nie dojedzie- Tu nikt nie choruje.- uspokaja pan Jan. A jak już zachoruje to tu blisko cmentarz. Straż tak samo niema co tu gasić. A pragnienie umiemy ugasić sami –śmieje się bo żart mu się udał.

Wroga przeciągnąć na swoja stronę

Kiedyś było tu inaczej, tu była duża wieś 148 numerów. Przyjeżdżają tu czasem potomkowie byłych mieszkańców, zwykle na wszystkich świętych, czasem dużo ludzi przyjeżdża. Zwykle wtedy ksiądz odprawia w cerkwi nabożeństwo. Dużo nowych osób wykupiło tu sobie działki. Ja mam co tu robić, roboty mi tu nie brakuje. Tu jest takie trochę survivalowe życie, mięczaki się tu nie nadają. Po podwórku chodzą dziko-świnie. Gładkie i łaciate –skąd pomysł na hodowlę- zagaduje.
Od początku jak tu mieszkam to hoduję dziki, mój teść wcześniej zajmował się rolnictwem, i zawsze się użerał z dzikami, które niszczyły mu uprawy. A ja pomyślałem sobie, że niema co z nimi walczyć tylko trzeba wroga przeciągnąć na swoją stronę. I tak hoduje dziki, staram się by czuły się u mnie jak na wolności. Co jednak niesie ze sobą pewne zagrożenia, bo parę lat temu ktoś ukradł mi 4 sztuki.       
Nie myślał pan żeby tu jakiejś agroturystyki otworzyć, przecież to idealne miejsce- podtrzymuję popołudniowa pogawędkę.
-Wie pan ja już nie, gdybym miał 30 lat to bym się ani chwili nie zastanawiał: agroturystyka, powiększenie hodowli. Ale ja już nie mam zdrowia .. Już musze sobie na tyłku siąść i myśleć realnie, żeby ktoś z młodych się kwapił to tak, chciałbym żeby któreś z moich dzieci chciało się tym zająć, ale oni są po studiach, powyjeżdżali. Oglądamy z panem Janem jego hodowlę, niektóre z dzików wyglądają bardziej jak niedźwiedzie. -Borys to mój ukochany dzik- mówi –Je mi chleb prosto z ręki. Jest wierny jak pies,  potrafi być groźniejszy od psa i śpi czujniej niż pies. Nie jestem tu sam dotrzymuje mi towarzystwa.
Żegnam się z panem Janem i z Borysem.  Po wyboistej drodze kołysząc się na niemiłosiernie głębokich koleinach powoli toczę się w stronę Przemyśla. Opuszczam Kopysno, wieś jak z obrazka, i choć życie tu niesielskie to dziwnie zapada ona w pamięć i serce.
                                                                                                                                                                                                                                                                             Kamil Zarański 




(Opublikowane na łamach Gazety Przemyskiej)

Prof. Henryk Jordan



Naukowiec, lekarz, społecznik, propagator praw dziecka do ruchu i rekreacji. Dziś głównie kojarzony z tzw. ogródkami jordanowskimi. Mało kto wie, że ten zasłużony w tak wielu dziedzinach człowiek urodził się i spędził dzieciństwo w Przemyślu.

Choć zasługi dr. Jordana można by wymieniać długo, najbardziej zasłynął jako wielki społecznik i obrońca praw dzieci. Lwią część swojego życia poświęcił kwestiom zdrowia i wychowania. Gdyby nie on niemielibyśmy dziś placów zabaw, przyszkolnych boisk, ani lekcji wychowania fizycznego w dzisiejszym kształcie. Człowiek ten propagował zdrowy styl życia, ruch na świeżym powietrzu oraz ćwiczenia fizyczne. Utworzył pierwszy w Europie tzw. Park jordanowski nieodpłatnie otwarty dla dzieci,  na terenie którego znajdowały się: boiska, korty tenisowe, pływalnia, sala gimnastyczna, liczne przyrządy gimnastyczne, bieżnie, place zabaw, ogród warzywny, a także mleczarnia i stołówka w której dzieci mogły się posilić. Zajęcia w ogrodzie jordanowskim były zorganizowane i nadzorowane przez nauczycieli i lekarzy.
Ogród Jordanowski jaki powstał w Krakowie stał się chlubą i wizytówką miasta. Szybko też inicjatywa znalazła naśladowców w innych miastach m.in.: we Lwowie, Tarnopolu, Nowym Sączu, Warszawie i Jarosławiu.
Profesor Henryk Jordan był delegatem do Rady Szkolnej Krajowej, dzięki czemu miał wpływ na szkolnictwo na terenie całej ówczesnej Galicji. Do jego inicjatyw należało między innymi wydłużenie czasu przerw między lekcyjnych z 5 do 15 i 30 minut, aby dzieci miały czas na zabawę i ruch. Powstawały przyszkolne boiska, do szkół wprowadzano lekcje wychowania fizycznego na świeżym powietrzu. Rozpowszechnił wiele dyscyplin sportu popularnych do dzisiaj. Niewielu dziś zdaje sobie z tego sprawę, ale rozpowszechnienie piłki nożnej w Polsce, także zawdzięczamy prof. Jordanowi. Na boisku na terenie parku jordanowskiego w Krakowie. Rozgrywano pierwsze mecze piłki nożnej w tym mieście. Za jego sprawą rozegrano  także pierwszy w Polsce mecz pomiędzy miastami. 6 czerwca 1903 roku w Krakowie miały miejsce rozgrywki pomiędzy drużynami ze Lwowa  i z Krakowa. Po tym wydarzeniu w Krakowie nowe drużyny piłkarskie zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. 

Niełatwe dzieciństwo i młodość

Henryk Jordan urodził się w 1842 roku w Przemyślu. Jego ojciec Bonifacy Jordan, był prywatnym nauczycielem. Prawdopodobnie właśnie z domu Henryk wyniósł zainteresowanie sprawami wychowania. Ojciec umarł mu przedwcześnie, zostawiając młodego Henryka wraz z matką,  w biedzie. Matka Henryka miała na imię Salomea, z domu Wędrychowska,  utrzymywała się z prowadzenia pensjonatów dla dziewcząt. H. Jordan, był zdolnym i bardzo inteligentnym dzieckiem. Zainteresowanie nauką rozbudził w nim jego nauczyciel, o nazwisku Trusz. Chłopiec bardzo wcześnie musiał sam zacząć zarabiać, na  potrzeby swoje i swojej matki, udzielał korepetycji. Pierwsze lata nauki w gimnazjum, spędził w  Tarnopolu. Nie zagrzali tam jednak długo miejsca, do wyższych klas gimnazjum Henryk Jordan uczęszczał już do szkoły w Tarnowie. Tam jednak miał problemy z  jej ukończeniem. Powodem było to, że zaangażował się w ruchy wolnościowe poprzedzające styczniowe powstanie. Groziło mu relegowanie z Tarnowskiego gimnazjum. Został zmuszony do czasowego opuszczenia Galicji. Matce Henryka udało się na szczęście załatwić dla niego miejsce w gimnazjum w Trieście. Co było zaskakujące udało mu się ukończyć je z wyróżnieniem. 31 lipca 1863 roku zdał maturę  w języku włoskim, pomimo iż nigdy wcześniej się go nie uczył. Po ukończeniu szkoły podjął studia medyczne w Wiedniu. Niestety matki chłopca nie było stać na utrzymanie i opłacenie jego studiów.  Po kilku miesiącach Henryk Jordan przybył do Krakowa, gdzie kontynuował studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po czterech latach nauki, przed złożeniem końcowego egzaminu medycznego, trudności finansowe, oraz chęć poznania świata wzięły górę nad kontynuacją nauki. Wyruszył w podróż, do USA.

Amerykański sen 145 lat temu

Kiedy trafił do Nowego Jorku był rok 1867, polscy imigranci nie mieli wtedy przed sobą wielkich możliwości. Jednak Henryk Jordan dzięki swojej życiowej energii, oraz umiejętności szybkiego przystosowywania się do nowych warunków i okoliczności, poradził sobie w stanach nadspodziewanie dobrze. Choć spędził w USA niecałe 2 lata, udało mu się odnieść kilka sukcesów, o których inni imigranci mogli tylko marzyć.
            W Nowym Jorku zrobił specjalizacje lekarską w zakresie ginekologii. Ucząc się zarabiał na życie grą na fortepianie w restauracji, oraz w zakładzie gimnastycznym dla dziewcząt. Tam właśnie po raz pierwszy zetknął się z rozwiniętym już wówczas w Ameryce programem zorganizowanych ćwiczeń fizycznych dla młodzieży, który w tym czasie w Polsce, jak i w większości Europy praktycznie nie istniał. Sam, w USA intensywnie uprawiał sport (piłkę nożną, boks, biegi, skoki i jachting). Zaczął dostrzegać znaczenie harmonii w rozwoju umysłowym i fizycznym. Uważał, że  „tęgie mózgi i silne ramiona” powinny iść ze sobą w parze. Niedługo później rozpoczął w Nowym Jorku własną praktykę ginekologiczno-położniczą. Jako lekarz był bardzo ceniony przez nowojorczyków. Jego reputacja pozwoliła mu otworzyć ciesząca się dobrą renomą w Nowym Jorku, szkołę dla położnych. Dzięki swojemu pobytowi w Ameryce zyskał doświadczenie lekarskie, kilka nowych pomysłów, oraz znaczną niezależność finansową. Jednak tęsknota za ojczyzną nie pozwoliła mu pozostać za oceanem.

Powrót do korzeni

W 1869 r Henryk Jordan wraca do Polski, gdzie osiada w Krakowie. Rok później przystępuje do końcowych egzaminów na UJ i otrzymuje dyplom doktora medycyny. Podejmuje studia specjalizacyjne we Wiedniu, dzięki którym otrzymuje stanowisko asystenta w Katedrze ginekologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na uczelni pracuje przez 4 lata. Pracę tę kończy bardzo pochlebną notą rekomendacyjną.
Niedługo potem dr. Henryk Jordan otwiera w Krakowie własną praktykę ginekologiczno-położniczą. Tu także szybko zdobywa renomę i dobre imię. Pomaga wielu biednym kobietom nierzadko lecząc je, za darmo. Sława jego niedługo wybiega poza Kraków roztaczając się  szerokim kręgiem po całej Galicji, a jakiś czas później dociera na dwór cesarski do Wiednia. Dr. Henryk Jordan z swoją opinią specjalisty, zostaje lekarzem Izabelli Habsburg żony arcyksięcia Fryderyka. Przemyślanin był często wzywany do porodów na dwór cesarski. Nazywano go „Bocianem Habsburgów”. Zdobył wielkie zaufanie pary arcyksiążęcej. W dowód wdzięczności za swoją posługę, otrzymał od cesarza Franciszka Józefa I, tytuł radcy dworu, a także Order Żelaznej Korony III klasy. To wszystko pozwoliło Henrykowi Jordanowi zyskać jeszcze większa sławę i zgromadzić całkiem pokaźny majątek, którym chętnie i szczodrze dzielił się z potrzebującymi.

Szukając zapomnienia

W 1874 roku trzydziestodwuletni dr. Henryk Jordan wziął ślub z Marią z domu Gebhardt. Rok później Maria urodziła mu syna, jak się później miało okazać było to ich jedyne dziecko. Doktorowi Jordanowi niestety nie było dane długo cieszyć się szczęściem rodzinnym. W 1881 jego 6 letni synek umarł, a żona zapadła na ciężką, nieuleczalną jak na owe czasy chorobę. Henryk szukając zapomnienia po tragicznych wydarzeniach, poświęcił się jeszcze bardziej pracy naukowej, oraz działalności społecznej.
Niedługo później uzyskał habilitacje i rozpoczął pracę dydaktyczną na UJ. W tym samym czasie został po raz pierwszy wybrany do rady miasta Krakowa. Obowiązki radnego pełnił zresztą aż do swojej śmierci. Jako wykładowca zaskarbił sobie sympatię studentów życzliwością i troskliwością. Zdarzało się, że pomagał najbiedniejszym studentom opłacając za nich czesne. Jako lekarz starał się nie tylko leczyć, ale też zapobiegać chorobom, publikując broszury i organizując pogadanki skierowane głównie do najuboższych, w których przestrzegał przed chorobami i uczył jak im skutecznie zapobiegać. W 1895 otrzymał tytuł profesora zwyczajnego i powierzono mu kierowanie katedrą położnictwa i ginekologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadząc Klinikę uniwersytecką usilnie dążył do jej unowocześniania i modernizacji, niektóre zmiany fundował z własnej kieszeni. Wydawał wiele prac naukowych, szeroko cenionych przez środowisko lekarskie w Polsce. W centrum jego zainteresowania jako naukowca leżał wpływ higieny na zdrowotność społeczeństwa polskiego.

Pierwszy „ogródek Jordanowski”

W 1889 roku z inicjatywy H. Jordana powstał w Krakowie Park gier i zabaw, nazwany później przez krakowian Parkiem im. H. Jordana. Był to pierwszy tego typu obiekt w Europie, zawierał w sobie kompleksowy zestaw atrakcji dla dzieci i młodzieży pozwalający im na ruch i zdrowy rozwój. Dużą część kosztów związanych z funkcjonowaniem parku pokrywał z własnej kieszeni. Nie bał się poświęceń, jak mawiał „wielkich rzeczy nie dokona się małym kosztem”.  W ślad za krakowskim parkiem powstawały następne. Prof. Jordan często osobiście organizował dzieciom czas. Wygłaszał także pogadanki historyczne, uświadamiając patriotycznie młodzież.
Zaangażowany był w pomoc biednym, utworzył program przyznawania tanich mieszkań dla ubogich robotników. Odmówił objęcia funkcji prezydenta Krakowa. W 1902 roku został delegatem Krakowa do Rady Szkolnej Krajowej która obradowała we Lwowie. W 1906 roku został powołany do Najwyższej Rady Sanitarnej we Wiedniu. Niestety podczas jednego z pierwszych jej posiedzeń, doznał ataku dusznicy sercowej, Po powrocie do Krakowa jego stan zdrowia pogorszył się, i prof. Henryk Jordan zmarł 18 maja 1907 roku. Pochowany został w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
  
Co pozostało nam po Jordanie?

Przemyślanin Prof. Henryk Jordan wyprowadził blade i przygarbione dzieci z zadymionych, dusznych i ciasnych kamienic na powietrze, wpoił im ducha sportu i rekreacji. Czy dziś jednak pamiętamy co chciał nam przekazać? Ogród jordanowski w Krakowie daleki jest od dawnej świetności, mniej jest tam atrakcji, mniej też jest dzieci. Na naszych osiedlach zardzewiałe i niebezpieczne place zabaw, straszą gdzieś pomiędzy blokami, zdewastowane i polikwidowane: boiska, korty, pływalnie i inne obiekty sportowe, przerwy w szkołach skrócone na powrót do 5 min. W 1971 roku było w Polsce 1865 ogródków Jordanowskich a korzystało z nich niemal 200 tysięcy dzieci. W roku 1997 było ich  już tylko 20. Dziś nie jest dużo lepiej. Coraz więcej polskich dzieci wróciło do spędzania czasu w domu, tym razem przed ekrany telewizorów i komputerów, na powrót stają się blade, i przygarbione. Młodzież coraz mniej uprawia sportu, nie mając się gdzie wyżyć jest za to coraz bardziej agresywna. Kije baseballowe, które, o ironio, sprowadził do Polski H. Jordan dziś nie służą do gry w palanta, tylko do rozbijania głów. W Przemyślu w mieście w którym urodził się prof. Jordan mało kto o nim pamięta. Czy zatem odrobiliśmy lekcje profesora Jordana? Pytanie to pozostawię bez odpowiedzi.

                                                                                                         
...Kiedyś byliśmy dziećmi i pewnie do dziś pamiętamy, ile radości dawały nam zabawy na placach zabaw i boiskach. Dziś prowadzimy tam swoje dzieci, widząc uśmiech na ich twarzach wspomnijmy czasem o człowieku, któremu to zawdzięczamy...

                                                                                                                  Kamil Zarański 
                
                                                                                           (Opublikowane na łamach Gazety Przemyskiej)

Z Przemyśla do Hollywood



Jego imperium rozciąga się od Holywood do Bolywood, od Morza Martwego, aż po Nepal. Jest jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Zaczynał od zera, dziś jest znanym i poważanym wytwórca kolorowych kosmetyków. Wybrany człowiekiem roku 2012 przez Polską Radę Biznesu. Przemyślanin - Wojciech Inglot, prezes firmy Inglot Cosmetics opowiada o swojej firmie, jej niełatwych początkach,  o Przemyślu jego oczami oraz o samym sobie. 

Jak w Przemyślu otwiera się firmę, która tak dobrze radzi sobie na międzynarodowym rynku?

Ona się otworzyła wieki temu, to już prawie 25 lat. Robiliśmy cały czas swoje, staraliśmy się rosnąć sensownie, w sposób niewysilony, bez jakichś tam szaleństw. I zbudowaliśmy przez pierwsze powiedzmy 18 lat naszego istnienia ogromny potencjał:  produkcyjny, badawczy i marketingowy. No i przede wszystkim ten nasz koncept z którym wystartowaliśmy na początku 2000 roku, czyli własne sklepy i własne stoiska. On się wydał na tyle interesujący dla rozmaitych ludzi na całym świecie, że wszyscy go chcieli i co najważniejsze dalej chcą mieć. W sumie nasza obecność poza Polską to jest zaledwie 6 lat. W tej chwili jesteśmy w 25 krajach, na 6 kontynentach i tych rynków nam przybywa. Nie ma nas jeszcze w Chinach

Czy to znaczy, że ma pan już więcej sklepów firmowych za granicą niż w Polsce?

Liczba ta się zrównoważyła. Sklepy za granicą generują zdecydowanie więcej przychodów niż te w Polsce. I myślę, że w ciągu dwóch następnych lat proporcja ilości sklepów będzie w okolicach 70 do 30, a może nawet 80 do 20. W Polsce mamy sytuację dość stabilną, więc otwieramy niewiele nowych sklepów. Jak powstaną jakieś interesujące centra czy inne ciekawe miejsca to tam się pojawiamy. Czasem słabsze miejsca zamykamy, tak że liczba sklepów utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Natomiast, liczba sklepów za granicą przyrasta w bardzo szybkim tempie.

"Nasz człowiek" w świecie mody i urody, w Hollywood i Bollywood. Ciężko jest się wybić, odbić z Przemyśla w świat? Jak pan wspomina  początki swojej działalności? Było ciężko?

Nasze początki to były inne czasy. Wtedy, jak się miało nienajgorszy produkt, to było go łatwiej sprzedać, ale trudniej było go wyprodukować. Na różnych etapach produkcji, np. w zakresie surowców trzeba było sobie radzić, importować, np. przez Pewex itp. Prościej było ze zbytem. Dzisiaj nie ma problemu z surowcami, urządzeniami, maszynami, sprzętem badawczym, jedyny problem jaki może się pojawić to pieniądze. Cała sztuka  polega dziś na tym, żeby się odróżnić od konkurencji jakością, ceną, konceptem i modelem sprzedaży. Nam się to na szczęście udało, głównie jeśli chodzi o pomysł i model sprzedaży. Konkurujemy też ceną, mimo że na Zachodzie jesteśmy dwa razy drożsi niż w Polsce. Myślę, że nasza kombinacja: ceny, jakości, sposobu podania jest na tyle interesująca, że broni się, nawet na najtrudniejszych rynkach. Począwszy od Nowego Jorku przez Sydney, po New Delhi, skończywszy na Nepalu.

Nawet w Nepalu?

Tak, to jest franczyza - coś w rodzaju sklepu w sklepie - ale jesteśmy obecnie także w Nepalu.  

Skąd wziął pan odwagę, na starcie?

Na starcie człowiek nie ma odwagi. Liczy się  pomysł i potrzeba działania. Budowaliśmy tę firmę od zera, od jednej osoby, w dwóch pokojach wynajętego w półsurowym stanie domu. Nigdy nie rzucaliśmy się na szalone rzeczy, o których dziś jest głośno. Nie chcieliśmy być cudotwórcami, magicznymi złotymi dziećmi, które budują wielkie firmy za cudze pieniądze, po czym z głośnym hukiem upadają. Polski tzw. młody kapitalizm wybrukowany jest trupami takich pomysłów i ludzi, którzy zaczynali z wielkim trzaskiem i kończyli z wielkim trzaskiem, albo po cichu. Generalnie, jaki szybki był ich początek, tak szybki był też ich koniec.

Kto był dla pana inspiracją? Czy może ktoś z pana rodziny już wcześniej próbował swoich sił w biznesie?

Nie, nikt z rodziny nie prowadził wcześniej swojego biznesu. Podczas studiów udało mi się zwiedzić kilka krajów, udało mi się przeczytać kilka ciekawych historii. Taką największą inspiracją byli ludzie z branży kosmetycznej  i życiorysy ludzi, którzy startowali z niczego i udało im się zbudować multi-miliardowe imperia. Zabrało im to czasem jedno, czasem dwa pokolenia, czasem jeszcze dłużej, ale dokonali swego.

Trudno się wybić z Przemyśla? Czy nie ma to znaczenia gdzie się mieszka, a liczy się pomysł na biznes?

I trudno, i nie trudno. Przemyśl prawdopodobnie nie byłby łatwy, gdyby działalność polegać miała na tym, że tu jesteśmy, tu pracujemy, tu mieszkamy i tu zarabiamy. Przemyśl jest daleko od miejsc, gdzie coś się dzieje, gdzie jest dużo akcji, i stąd też odradzano mi lokalizowanie fabryki kosmetycznej w Przemyślu.
To się miało nigdy nie udać, ale się udało. Przemyśl – małe miasto na końcu Polski, daleko od centrum, od Warszawy, gdzie jest największe zainteresowanie nowościami, jest duża konkurencja, ale i duże szanse. Wydawało się to niemożliwe... Ale Przemyśl ma  też swoje zalety, jest tu spokojniej, czasem trudniej, czasem łatwiej. Jest tu wielu ludzi cennych, którzy nie chcą z różnych względów opuszczać miasta. Pokończyli dobre szkoły, ale nie zawsze mogą się tutaj odnaleźć, więc dajemy im szansę. Na pewno minusem jest dojazd, do każdego wyjazdu służbowego, trzeba sobie doliczyć kilka godzin i to jest uciążliwe, jeśli często się wyjeżdża, tak jak wielu moich pracowników.

Czy czuje się pan związany emocjonalnie z Przemyślem?

Tak,  tu się urodziłem, wychowałem do czasu kiedy poszedłem na studia, tu szczęśliwie mieszkałem. W Przemyślu mieszka większość mojej rodziny: siostra, brat, mama. Więc na pewno jestem związany z tym miastem emocjonalnie. Zresztą myślę, że udało mi się dla niego niemało zrobić - czy to będąc radnym miejskim, czy  przewodniczącym rady miasta. Wspierałem i wspieram rozmaite ciekawe pomysły. W dalszym ciągu  fundujemy najlepszym chemikom z mojego II LO nagrody, i ci ludzie robią potem wartościowe studia.
Ostatnio otrzymałem egzemplarz pracy doktorskiej robionej na Uniwersytecie w Kopenhadze, od pierwszego laureata nagrody mojego imienia.. Nie tak dawno odbierając tytuł człowieka roku od Polskiej Rady Biznesu i telewizji TVN otrzymałem nagrodę w wysokości 100 tyś zł, którą przekazałem na podręczniki dla dzieciaków.
Wspieramy, o czym ja zwykle nie "huczę", i nie robimy z tego wielkiego halo, bo to z potrzeby serca, poza tym uważam, że tak trzeba. Poprzez rzeczy, które robimy i robię, widać, że mój związek emocjonalny z Przemyślem jest, i to bardzo mocny. Przemyski adres ląduje w torebkach pań na całym świecie. Ponad 95% kosmetyków produkujemy w Przemyślu. W tej chwili w przemyskiej firmie pracuje ok. 400 osób.

Zebrał pan już dość pokaźny kapitał,  na co przeznacza pan zarobione pieniądze, w co pan inwestuje?

Cały czas inwestuje w rozwój firmy - w nowe technologie, nowe maszyny. Nie inwestujemy w giełdę. Nie wspieramy cudzych biznesów, skoro mamy jeszcze tak wiele rozmaitych rzeczy, które możemy zrobić sami u siebie. Jesteśmy w tej chwili jedną z nielicznych firm w Polsce, które posiadają certyfikat GMP (Good Manufacture Practise). Jesteśmy z tego bardzo dumni - lokalny team, lokalna załoga wyśrubowała tak standardy produkcji, na niebotyczny wręcz poziom. Dziś wiele międzynarodowych marek dużo by dało, żebyśmy dla nich produkowali. Zdobycie certyfiktu GMP zajęło nam 2 lata. Musieliśmy spełnić drakońskie normy. Nie musimy się posiłkować kredytami bankowymi. Możemy błyskawicznie reagować, na to co dzieje się na rynku. Nie musimy przedstawiać żadnych business planów. Jesteśmy w stanie działać bardzo szybko, to nam daje szybkość na rynku, która jest dziś bardzo cenna.  

Co pan robi w wolnym czasie? Jakieś hobby?

Mam  nawet kilka. Największym, takim na którego realizacji mogę się skoncentrować jest gotowanie. Właściwie ma ono wiele wspólnego z chemią. Trzeba mieć podobna wyobraźnie - z paru pozornie nie pasujących do siebie rzeczy można zrobić coś ciekawego. Poza tym, moim hobby jest bez wątpienia muzyka, szczególnie Jazz. Staram się co roku zapraszać do Przemyśla jakąś gwiazdę sceny Jazzowej. Lubię też tenis, co prawda rzadziej teraz gram, częściej oglądam, ale znam się osobiście z tenisistkami polskiego pochodzenia w Stanach, np. Karoliną Woźniacki. Co roku organizujemy w Nowym Jorku imprezę z dziewczynami przed otwarciem US Open.

Czy pieniądze dają szczęście?

Na pewno nie same pieniądze, ale sensowne ich wydawanie może dawać szczęście. Zawsze traktowałem pieniądze jako produkt uboczny rozmaitych działań. Może to brzmieć prawdziwie lub nie, ale one się nigdy dla mnie nie liczyły. Liczą się jedynie jako narzędzie do realizacji celów, ale nie jako cel sam w sobie. Zresztą, myślę, że widać to po mnie - jestem człowiekiem „wyluzowanym” i ostatnią rzeczą jest u mnie chęć pokazywania, że je mam (pieniądze).   

Jak ocenia pan perspektywy dla Przemyśla w najbliższej i nieco dalszej przyszłości?

To zależy od tego jaki Przemyśl obierze kurs. Bolączką tego miasta, jest to, że nigdy nieudało mu się, przyciągnąć żadnych poważnych inwestorów. Tak miało być, ale się tak nie stało. Mamy w firmie regularnie gości z całego świata, są to ludzie niebiedni, którzy też kawałek świata widzieli, i są zachwyceni tym miastem. Ale myślę, że sama turystyka to za mało.
 Przemyśl potrzebuje dużo lepszej bazy rekreacyjnej. Turystyka plus rekreacja - to może dać efekty w takim mieście. To jest przecudne miasto i mówię to bez żadnego ściemniania. Ale są pewne rzeczy które aż rażą. Chociażby to, że nie ma żadnej fajnej ścieżki rowerowej wzdłuż Sanu - to jest żenujące. Nie każdy będzie chciał jeździć po lasach czy fortach. Zrobienie jednym ciurkiem ścieżki o długości 3 km to nie jest żadna wielka inwestycja a na jej braku Przemyśl traci. I takich przykładów jest więcej. Szanse na inwestycje przemysłowe w Przemyślu są bardzo słabe. Przemyśl nie ma historii przemysłowej, tego czegoś, co by zachęcało i pokazywało, że tu można i warto zrobić interes. Moim zdaniem nie jest słuszne przedstawianie Przemyśla, jako tylko i wyłącznie miasta dzwonów i fajek. Przy całej mojej sympatii dla fajczarstwa i podziwu dla ludwisarstwa to zawężanie całej charakterystyki miasta, do tych dwóch, jednak trochę, archaicznych dziedzin jest moim zdaniem błędem. Albo przynajmniej niewykorzystaniem okazji.
Dużym plusem Przemyśla jest to, że wiele rzeczy jest tutaj tańszych niż  gdziekolwiek indziej, np. koszty czynszu, wynajmu, dzierżawy, gruntów, koszty życia. Większość osób, które narzeka na mieszkanie w Przemyślu, narzeka na dojazd - pociągi to „lepiej nie mówić”, samochód tak samo. Ja sam raczej jeżdżę nocą, żeby nie stać w korkach.
Ludzie są przyzwyczajeni do dobrego dojazdu i szansa, że będzie można dojechać do lotniska w takim czasie, jaki zajmuje to w większości dużych miast w Europie i na świecie jest dla Przemyśla znacząca. To jest coś, czego niewolno nam przeoczyć, o tym już się powinno mówić. Dziś z Jasionki można polecieć do Frankfurtu, skąd można się dostać w praktycznie każde miejsce. Ja sam mając mieszanie w Warszawie bywam tam 5 razy rzadziej, tylko wtedy, gdy naprawdę musze. Lufthansa lata już z Rzeszowa. Wole dojechać tam w godzinę, niż tłuc się do Warszawy.
O tym miasto już teraz powinno mówić, i to głośniej niż o tym, że Przemyśl to miasto Wojaka Szwejka - to nie jest dobra reklama. Problem polega na tym, że tego nikt nie rozumie na świecie, Przemyśl jest dumny z tego i ja też, to jest fajne a nawet jajcarskie. Natomiast tego na świecie, ani nawet w Europie nikt nie zrozumie, może z wyjątkiem Czechów. Więc wydawanie pieniędzy na taką reklamę to jest kompletny bezsens.

Jakie rady miałby pan dla początkujących przedsiębiorców?

Nic nie zastąpi pracy, prawdziwe sukcesy wymagają: czasu, wiedzy i uporu, cholernego uporu. Jeśli siłą napędową, motywacją i celem jest pieniądz to, to nie zadziała, one muszą być traktowane jako produkt uboczny. Jeśli ktoś ma dobry pomysł, to będą z niego pieniądze, ale nie mogą one być celem biznesowym. Najważniejsza jest koncepcja, model i produkt czy usługa, to co chcemy zaoferować komuś. Bardzo ważna jest edukacja, trzeba pamiętać, że każdego dnia na świecie prawdopodobnie paręset tysięcy ludzi zakłada jakiś swój biznes, wierząc, że oni zdobędą jak nie swój kraj, nie swoje miasto to świat. I są w stanie tyrać od dnia do nocy i uczyć się nocami, aby dojść do celu.
Przewagi cywilizacyjne, które mieliśmy za chwilę w ogóle przestaną się liczyć. Dziś wiedzę może zdobywać każdy, nawet w zapadłej wiosce w Nepalu. Dziś odległość od nauki, od największej biblioteki świata jest jak od klawiatury komputera. Więc jeśli ktoś naprawdę chce się uczyć, to nie musi wywalać pieniędzy, mieszkać w Oxfordzie czy w Bostonie żeby chodzić na Harvard. Z wyjątkiem kilku kierunków wymagających badań i laboratoriów, to cała masa różnych dziedzin wiedzy może być opanowana za pośrednictwem Internetu. Wystarczy głowa, chęci i upór.

Jakie są pana dalsze plany w zakresie rozwoju firmy. Będą nowe inwestycje?

Nie próbujemy robić planów dalszych niż na 2 lata. To co się dzieje na świecie, jest wielką niewiadomą. Chcemy być na tyle zróżnicowani, aby być przygotowanym na różne ewentualności, aby nas nic nie zaskoczyło. Nie ma już właściwie miejsc, o których bym marzył - jesteśmy od Holywood po Bolywood, naszych kosmetyków używają gwiazdy typu Britney Spears.
Chcemy mieć najnowocześniejszą fabrykę na świecie, chcemy mieć najlepszy w świecie team. Dla mnie to jest frajda, ja tego nie traktuje, jako pracy - mogę nie mieć urlopu i zwykle nie mam, bo nie odczuwam takiej potrzeby. Tak naprawdę jestem szczęściarzem - robię co lubię i jeszcze na tym zarabiam. Nie mam żadnych specjalnych marzeń, które miałyby zmienić moje życie. Będę szczęśliwy jeśli Opatrzność da mi zdrowie i możliwości, abym się rozwijał dalej w tym kierunku co teraz.

Kamil Zarański

(opublikowane na łamach   Gazety Przemyskiej)

Krótka historia przemyskich murów obronnych



      W chwili kiedy odnawiane są niektóre z ocalałych fragmentów miejskiego muru obronnego. Warto wspomnieć historię starych Przemyskich umocnień, które choć dziś w niektórych miejscach przypominają jedynie stertę cegieł i kamieni, to nieraz ratowały nasze miasto przed zniszczeniem, a być może naszych przodków przed śmiercią z rąk najeźdźców.

  Tatarzy, Kozacy, Siedmiogrodzianie, Wołosi, i nie tylko, któż z najeźdźców przez wieki nie stępił sobie oręża o przemyskie bramy? Nasza burzliwa historia nigdy Przemyśla nie oszczędzała. Położenie geograficzne miasta, oraz stosunki polityczno- militarne w przeszłych wiekach uczyniły z naszego miasta ważny strategiczny ośrodek obronny. Mający za zadanie odpierać głownie najazdy wschodnie. Jednocześnie, Przemyśl, jako duże miasto, należące bez pośrednio do samego króla, obfite w rzemiosło i handel, stanowiło łakomy kąsek dla  napastników i zwykłych grabieżców. Łakomy, ale na szczęście nie łatwy. Przemyśl bowiem, nie dość iż był ze swej bitnej a wręcz awanturniczej szlachty znany w całej ówczesnej Rzeczpospolitej, miał także dzielnych mieszkańców, którzy sami niejednokrotnie odpierali wrogie napady, ponadto posiadał niemałą infrastrukturę obronną, która to nieraz przeważała szalę zwycięstwa, na stronę obrońców.
W drugiej połowie XVII w. całe miasto otoczone było wysokim murem przed którym dodatkowo z zewnętrznej strony wykopany był głęboki rów. Utrudniający podejście do umocnień. Zaś po wewnętrznej stronie usypano wał ziemny, który ułatwiał obrońcom miasta wejście na umocnienia. Do miasta wówczas były cztery wejścia. Brama Lwowska (Senatorska) znajdująca się tam, gdzie dziś Plac na bramie. Wysoka, ze zwodzonym mostem i z pełniącym rolę barbakanu, dzisiejszym kościołem oo. Reformatów. Stamtąd droga wiodła na wschód, do Lwowa, tu też witano przybyszów ze wschodu, tych przyjaznych i tych nie do końca. Druga brama to Brama Grodzka (lub też Sanocka). Znajdowała się ona na ul. Grodzkiej, niedaleko jej skrzyżowania z ul. Waygarta i  ul. Piotra Kmity. Tam też był zwodzony most nad fosą. Stamtąd wiodły dwie drogi: jedna, stromo w górę, do zamku (ul. P. Kmity), druga w stronę Sanoka. Trzecią bramą, była Brama Wodna ( zwana też Krakowską) znajdowała się ona od północnej strony miasta. Przed tą bramą nie było fosy, tu San pełnił jej rolę. Dodatkowo znajdujący się po drugiej stronie kościół św. Trójcy wraz z klasztorem ss. Benedyktynek pełnił również rolę barbakanu. Pod bramą Wodną doznały smaku porażki wojska szwedzkie pod dowództwem Gen. Douglasa. Bitwa ta stanowiła ważny moment zmagań polskich ze Szwedami w 1656 roku. Czwartym dodatkowym wejściem do miasta była tzw. furta zamkowa, która pozwalała mieszkańcom zamku dotrzeć „na skróty” do Katedry. Bramy miasta zamykane były przed nocą, później nikt, niezależnie od stanu czy majątku nie mógł wjechać ani wyjechać z miasta. Zadecydowały o tym względy bezpieczeństwa. Nie jednak wszystkim podobało się owo zarządzenie, gdyż jedyna „wygodna” droga do Zamku Kazimierzowskiego wymagała przejazdu przez miasto, toteż nierzadko dochodziło do otwierania bram „gwałtem”, a nawet prób ich rozbicia, przez rodzimych porywczych notabli. W sprawie tej interweniować musiał sam król Zygmunt August podtrzymując zarządzenie o bez względnym zamykaniu przemyskich bram na noc, z wyjątkiem bardzo ważnych spraw niecierpiących zwłoki. Jednak nawet w takich przypadkach wymagana była zgoda władz miasta.     
Mury miejskie miały długość ok. 2km. Sięgały w niektórych miejscach wysokości drugiego piętra, ich grubość, na do dziś zachowanych odcinkach, sięga 4 metrów. Na murach oprócz umocnionych bram, znajdowały się także baszty. Większość baszt obsadzana była przedstawicielami konkretnych cechów rzemieślniczych i stąd też brały się ich nazwy. Były baszty : Kowalska, Krawiecka, Kramarska, Szewska, Piwowarska, Czapnicza, Kuśnierska, nieznana oraz tzw. obronny narożnik. Każdy z cechów był odpowiedzialny za obronę swojej baszty i najbliższego jej odcinka muru. Natomiast bramy obsadzone były odpowiednio: Lwowska – przez złotników i tkaczy, Grodzka przez bednarzy, Brama Wodna była pod opieką przemyskich żydów, natomiast furty zamkowej strzegli cyrulicy.
Umocnienia wokół miasta powstawały bardzo długo, prace przy nich rozpoczęto jeszcze w XIV w i potrwały aż do wieku XVII. Przemyskie mury powstawały z funduszy miasta oraz, dzięki ofiarności samych mieszkańców. Wysiłek pokoleń opłacił się w pełni, stosunkowo niedługo po ukończeniu murów, nastał szczególnie niebezpieczny czas na tych terenach, (1648 Powstanie Chmielnickiego) najazdy zdarzały się coraz częściej. Na szczęście walecznym Przemyślanom z pomocą solidnych obwarowań udawało się je skutecznie odpierać i ratować miasto przed zniszczeniem.
Odcinek muru który dziś podlega naprawie ma swoją odrębną historię. Został on wybudowany i ufundowany przez przemyskiego biskupa grecko-katolickiego (władykę) Antoniego Radyłowskiego, który to otrzymawszy od króla plac pod budowę wokół cerkwi w okolicach dzisiejszej wieży zegarowej, zobowiązany był jednakowoż wobec króla aby wybudować mur ochraniający miasto od południowo wschodniej strony. Władyka wybudował więc odcinek muru od dzisiejszej ul. Słowackiego do klasztoru karmelitów, pobudował budynki mieszkalne w tamtej części miasta i osiedlił w nim kler grecko-katolicki i ludzi bezpośrednio jemu podległych, stąd też ta dzielnica miasta nosiła miano Władycze. Dziś nazywa się tak jedna z tamtejszych ulic. Fragment muru ufundowany przez władykę miał kończyć się krzyżem. Dziś po krzyżu niema już śladu.
Koniec pięknej choć burzliwej historii przemyskich murów nadszedł w trakcie rozbiorów. Władze Austriackie niedługo po zajęciu miasta, rozkazały rozebranie murów obronnych. Do dziś pozostały ich tylko małe fragmenty głównie przy ul. Basztowej, w tym część muru ufundowana właśnie przez władykę  A. Radyłowskiego.
                                                                                                                                     Kamil Zarański

sobota, 6 października 2012

Polski Edison z pod Mościsk



          Jakże o wielu naszych krajanch zapominamy, pomimo iż mamy się nierzadko kim pochwalić. Jednym z nich jest z pewnością Jan Szczepanik urodzony w Rudnikach koło Mościsk,  w swoim czasie uważany za jednego z największych wynalazców na świecie, Przyjaźnił się z Markiem Twainem, Kazimierzem Przerwą Tetmajerem, był uhonorowany wysokimi odznaczeniami państwowymi przez króla Hiszpanii, cara Rosji doceniany przez cesarza Austro-Węgier. Dziś mało kto wie, że był związany z Przemyślem.


Jan Szczepanik nazywany polskim Edisonem był jednym z największych wynalazców swoich czasów, twórca między innymi takich wynalazków jak kamizelka kuloodporna  czy teletroskop, urodził się 13 czerwca 1872 w Rudnikach pod Mościskami, dziś to Ukraina, niegdyś bliskie otoczenie Przemyśla. Pochodził z biednej rodziny, był nieślubnym synem Marianny, córki rolników spod Krosna. Wcześnie osierocony, wychowany został przez swoją ciotkę Salomeę oraz Wawrzyńca Gradowiczów którzy zabrali go do siebie do Krosna. Tam Jan spędził młodość, tam też skończył szkołę ludową. Następnie trafił do Gimnazjum do Jasła, gdzie o dziwo miał problemy z jego ukończeniem. Jak sam wspominał w swoim ostatnim wywiadzie udzielonym na kilka tygodni przed śmiercią- […] Miałem problemy z greką. Potworny język. Za nic w świecie nie mogłem opanować jej zasad. Miałem też konflikt z profesorem od przyrody[…] Mało brakowało a nie ukończył bym gimnazjum.- W końcu udało się jednak przyszłemu geniuszowi. Następną szkołą do jakiej uczęszczał było seminarium nauczycielskie w Krakowie. Został nauczycielem fizyki, uczył w swoich rodzinnych Rudnikach.  Jak sam o sobie mówił- Chyba nie byłem nie byłem najlepszym nauczycielem[…] Miałem głowę zaprzątniętą czym innym[…] Czasem na lekcjach zapominałem się i zaczynałem robić obliczenia na tablicy. Chyba uważano mnie za dziwaka.
Młody nauczyciel na początku zainteresował się tkactwem, w stosunkowo niedługim czasie udało mu się udoskonalić maszynę tkacką do tego stopnia, że czas potrzebny do produkcji gobelinów zmalał z 5 tygodni do zaledwie pół godziny, a koszt produkcji za sprawą  innowacji Szczepanika zmniejszył się stu krotnie(!) Choć nie bez początkowych problemów, ale wynalazek swój udało mu się rozpromować, i Szczepanik zarobił na tym niemały majątek. Z prowincjonalnej szkoły w Rudnikach trafił do Wiednia, gdzie dorobił się okazałej pracowni. Wraz z inwestorem Ludwikiem Kleinbergiem założyli Societe des inventions Jan Szczepanik & Cie. Początkowo firma przynosiła ogromne zyski a sam Szczepanik zdobył między narodową sławę. Galicyjski geniusz, jak go określano nie osiadł jednak na laurach. W dalszym ciągu pracował nad nowymi wynalazkami. W 1899 Jan Szczepanik został powołany do CK wojska, jednak z powodu iż jego interes kwitł w najlepsze, udało mu się skorzystać ze specjalnego zwolnienia ze służby, dla najbardziej uzdolnionych naukowców i wynalazców. W tym czasie Szczepanik zna się już dobrze z Markiem Twainem, który to w jednym ze swoich artykułów opisuje perypetie wynalazcy zmagającego się z obowiązkiem służby wojskowej. Jak pisze Twain: Władze nie chciały zabrać młodego mężczyzny z jego wielkiego laboratorium, gdzie popychał całą ludzkość na drodze ku powodzeniu i podbojom naukowym […] na trzy lata w czasie pokoju, w trakcie których zadawałby pustemu powietrzu cios swoim bagnetem. Ale takie było prawo i cóż mieli począć[…] władze pracowały tak długo aż znalazły gdzieś zapomniane prawo które dostarczyło lukę[…] Szczepanik zostaje ocalony od wojska, ale ponownie zostaje nauczycielem[…] Musi powracać do swojej wioski(Rudniki przyp.KZ) co dwa miesiące i uczyć w swojej szkole przez pół dnia[…] 
Rok później w 1900 roku, kiedy interesy Szczepanika i Kleinberga mają się nieco gorzej i nie może on już liczyć na wpływowe znajomości, wynalazca dostaje powołanie do wojska i zostaje wysłany na służbę do Twierdzy Przemyśl. A więc nie daleko jego rodzinnego domu. W  Przemyślu jak sam twierdzi poznał lokalną śmietankę towarzyską, tu też zapoznał najpierw swojego przyszłego teścia, a następnie swoja przyszłą żonę Wandę Dzikowską w której podobno zakochał się od pierwszego wejrzenia. Kiedy jego wybranka przeniosła się wraz z rodziną do Tarnowa Szczepanik podążył za nią i tym samym zamieszkali w Tarnowie gdzie w 1902 roku wzięli ślub. Wrócili jeszcze do Wiednia na kilka lat, gdzie urodził się ich pierwszy syn Andrzej, ale niedługo potem z powodu kłopotów finansowych wrócili do Tarnowa. Jak to komentował sam Szczepanik: -Moda na Gobeliny powoli mijała, a pracownie i fabryki trzeba było z czegoś utrzymać. Para dochowała się 5 dzieci. W Tarnowie Jan skupił się, na badaniach nad barwna fotografią,  w której to dziedzinie udało mu się poczynić istotne kroki w przód. Jego pracę nad fotografią przerwała na jakiś czas tragedia rodzinna, jego pierworodny syn Andrzej utopił się w studni.
Kiedy Szczepanik wrócił do pracy, jego uwagę tym razem przykuł Film barwny, skonstruował kilka kamer rejestrujących w kolorze spośród których jedna stanowiła istotny przełom w tamtym czasie, prześcigała bowiem pod względem jakości amerykańskie kamery Technicolor, które były wtedy światowym hitem. Niestety produkt Szczepanika był o wiele droższy od amerykańskiej kamery, tak więc mimo wysokich ocen nie zdobył wielu kupców. Szczepanik konstruował także projektory do wyświetlania kolorowych filmów. Filmy nagrywane i wyświetlane wtedy przez Szczepanika poruszały świat jakością i realizmem i barwą.
Jednak jednym z jego najgłośniejszych wynalazków była tkanina kuloodporna. Wynalazca stworzył materiał uszyty z wielu warstw, które hamowały pocisk zatrzymując go  w swoich splotach, liczne publiczne testy udowodniły że tkanina Szczepanika, jest w stanie zatrzymać pocisk który przebija się z łatwością, przez grube sosnowe deski, a także przez blachę żelazną.
Nazwisko Szczepanika obiegło świat po raz kolejny, gdy jego tkanina kuloodporna uratowała życie królowi Hiszpanii Alfonsowi XIII. Materiał Szczepanika  którym wyłożono karocę króla zatrzymał pocisk zamachowca który niechybnie uśmiercił by władcę gdyby nie wynalazek „Galicyjskiego Geniusza”. Król Hiszpanii odznaczył Szczepanika orderem hiszpańskim „Izabelli Katolickiej” a więc najwyższym odznaczeniem państwowym. Za odznaczeniem tym szło w parze także szlachectwo osobiste, osoby odznaczonej, tak więc Jan Szczepanik został  uznany oficjalnie szlachcicem z nadania króla Hiszpanii. Kuloodporną tkaninę zamawiał u Szczepanika także ówczesny car Rosji Mikołaj II. Który również chciał uhonorować polskiego wynalazcę, tym razem orderem św. Anny. Jan Szczepanik odmówił jednak z pobudek patriotycznych. Car jednak podarował mu bardzo drogi złoty zegarek wysadzany brylantami, oraz cenną złota broszkę.
Z kolei z punktu widzenia naukowego, chyba najważniejszym wynalazkiem Szczepanika, był teletroskop, a więc urządzenie do przesyłania obrazu kablem, na duże odległości. Do dzisiaj telewizja bazuje na rozwiązaniach które Polak użył wtedy w swoim wynalazku. A trzeba zaznaczyć, że Szczepanik opatentował teletroskop w Anglii w 1897 roku a więc na długo przed powstaniem telewizji. Wynalazek ten jednak dał teoretyczne podstawy do jej powstania.
Jan Szczepanik umarł 18 kwietnia 1926 roku w Tarnowie. Tam też został pochowany.  Chłopiec z biednej galicyjskiej wsi jaką były wtedy Rudniki, przeszedł do historii, jako jeden z ważniejszych wynalazców swojej epoki, jego nazwisko znane było w całej Europie jeśli nie na całym świecie. W pamięci swojej córki  Marii Zboińskiej zapisał się jako, często zamyślony, -zawsze z papierosem, bo szalenie dużo palił, z papierosem i ze spuszczoną głową bo on wtedy myślał- wspominała pani Maria- miał bardzo dużo ubrań turystycznych i wizytowych[…] ale chodził tylko w jednym bo go to nic nie obchodziło. Takim w oczach swojej córki był galicyjski geniusz.
                                                                                                                                     kjz

(Opublikowano na łamach Gazety Przemyskiej)                                            

Pnikut. Polska wieś na Ukrainie


      Dziś często jesteśmy świadkami debaty, gdzie kończy, a gdzie zaczyna się Polska. Dla jednych Polska, to polityka, dla innych geografia, jeszcze dla innych biurokracja. Wbrew im wszystkim chcę dziś przedstawić państwu Pnikut –wieś która jest dowodem na to, że Polska może być wszędzie tam gdzie noszą ją w sercach Polacy.

       Wieś Pnikut leży ok 30 km w linii prostej od Przemyśla. Dziś to rejon Mościski, Obwód Lwowski, Ukraina. Niegdyś bliska okolica przemyśla, bezpośrednio związana z nim: historią, tradycją, kulturą i więzami rodzinnymi mieszkańców. Dziś pomiędzy tymi miejscowościami znajduje się granica. Aby pojechać z Przemyśla do Pnikuta, lub z Pnikuta do Przemyśla trzeba mieć paszport , czasem wizę, trzeba też odstać swoje w kolejce na którymś z przejść granicznych, trzeba się tłumaczyć: po co, gdzie, na jak długo, co ze sobą wieziemy. Polityka niema jednak władzy zwierzchniej nad kulturą, nigdy jej niemiała, jak i nad uczuciami ludzkimi, nigdy nikomu nieudało się w pełni zapanować. W Pnikucie choć politycznie rzecz biorąc Polski niema już od 73 lat. Wciąż jednak słychać język polski na ulicach, w święta państwowe widać polskie flagi, w kościele, w szkole w umysłach i na ustach mieszkańców wciąż pełno jest polski. Do dziś większość mieszkańców Pnikuta czuje się Polakami. Choć nie jest im łatwo, to jednak od nich moglibyśmy się uczyć patriotyzmu.
      Podróż swoją zaczynamy na przejściu granicznym w Krościenku, bo tam szybciej, łatwiej i przyjemniej możemy przedostać się na drugą stronę granicy. Po niespełna 1,5 godziny jesteśmy już na Ukrainie. Postanowiliśmy pojechać przez Dobromil. Choć drogi są tam w tragicznym stanie, naprawdę warto chociażby dla widoków jakie mijamy po drodze. Tu w okolicach Dobromila są piękne lasy, pagórki oraz wsie, takie jakich w Polsce próżno już dzisiaj szukać. Po około 2,5 godziny jesteśmy na miejscu w Pnikucie. Kto bywał tam i zna stan dróg w tamtym rejonie ten nie zdziwi się dlaczego zajęło nam to aż tak długo.
W dolinie pomiędzy pofałdowanymi pagórkami leży Pnikut. Wokół łąki, pastwiska, lasy a także liczne jeziorka i oczka wodne w upalne dni chętnie odwiedzane przez mieszkańców. We wsi dwa sklepy szkoła, piekarnia, poradziecki pomnik oraz wybijające się dumnie ponad inne zabudowania wieże: kościoła rzymskokatolickiego oraz cerkwi prawosławnej. Przez środek wsi przechodzi droga powiatowa relacji Sambor –Mościska, od niej odchodzą boczne wokół których Pnikut rozlewa się po dolinie. Środkiem doliny płynie potok zwany przez miejscowych „Siecza” lub też „Podwolszczyna”.
      Zatrzymujemy się na plebani, gdzie proboszcz ks. Stanisław Węgrzyński użyczył nam przytulny  kąt do spania. Ks. Węgrzyński pełni posługę kapłańską w Pnikucie od 19 lat, od 17 jest proboszczem tamtejszej parafii. Pochodzi z Bieszczad, zanim trafił do Pnikuta był kapłanem diecezji przemyskiej. Zapytaliśmy proboszcza czym różni się posługa kapłańska w takiej parafii jak Pnikut od posługi pełnionej w parafiach w Polsce:  - W kwestii formalnej, różnice są niewielkie, wszystkie nabożeństwa odprawiane są w języku polskim, nauczanie , oraz działalność społeczna kościoła nie odbiega  od pełnionej w innych parafiach. Natomiast tutaj ludzie podchodzą bardziej poważnie do spraw wiary, są bardziej aktywni w życiu parafii. Nikt ich do niczego nie zmusza, sami są chętni, codziennie uczestniczą w mszach świętych, młodzież dobrowolnie przychodzi na katechezy, chociaż nie są one obowiązkowe, nie odbywają się w szkole, tylko w salce parafialnej ,  i nie w czasie lekcyjnym, a po lekcjach. Nigdy też niebyło problemów z dyscypliną na katechezach, tu mieszkańcy szanują kościół i sprawy wiary, między innymi dlatego bo mają w pamięci ile kosztowało ich wysiłku odzyskanie kościoła dla wiernych-. Pnikut był pierwszą miejscowością w całym ZSRR, w której komunistyczne władze oddały kościół do dyspozycji wiernych, było to w 1987 roku. Przyczyniły się do tego lata starań, próśb wniosków, delegacji do: Lwowa, Kijowa i Moskwy. Wszystko to mieszkańcy robili sami z własnej inicjatywy i za własne pieniądze. Wcześniej przez 30 lat pomimo represji ze strony sowieckiej władzy nie oddali kluczy do kościoła, sami, bez księdza zbierali się w nim, modlili się wspólnie i śpiewali. Władze nałożyły na mieszkańców ogromny podatek za kościół, cała wieś składała się i płaciła go wspólnie, aby nie odebrano im budynku kościelnego.

Relacje dobro/zło sąsiedzkie

     Wyszliśmy na wieś, aby porozmawiać z mieszkańcami, gdziekolwiek byliśmy, i z kimkolwiek nie rozmawialiśmy witano nas uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Pnikuczanie są bardzo gościnni i rozmowni. Wszyscy z którymi rozmawialiśmy, świetnie posługiwali się językiem polskim, z charakterystyczną wymierająca już w  Polsce „Lwowską Gwarą”. 
Przed II wojną światową w Pnikucie mieszkali praktycznie sami Polacy, po wojnie sytuacja ta uległa zmianie , wiele osób wyjechało do polski jako repatrianci, do Pnikuta zaczęli przyjeżdżać nowi osadnicy zwykle Ukraińskiej narodowości. Dziś jak deklarują mieszkańcy w Pnikucie jest w dalszym ciągu więcej Polaków jak Ukraińców, przy czym te liczby coraz bardziej zbliżają się do siebie. Sąsiednie wsie od wieków zamieszkiwane były głównie przez Ukraińców. Toteż niełatwe czasem stosunki Polsko-Ukraińskie znalazły i tu odbicie. Dziś jak określają mieszkańcy, są one dobre. Zapytaliśmy starszej pani, Zofii Wiącek, Polki, wieloletniej mieszkanki Pnikuta jak dziś Polacy żyją ze swoimi ukraińskimi sąsiadami. –Bardzo dobrze, jak na dzień dzisiejszy. Chodzą sobie pomagają, nawzajem jak potrzeba. Na weselach się nie bija, na dyskotekach też nie.  Jak było 650 lecie Pnikuta, to ja ułożyłam taką piosenkę[…]:
Dzisiaj do Pnikuta goście się zjechali żeby jubileusz odświętować z nami
Niech żyje wolność, wolność i swoboda i niech żyje Pnikut a w Pnikucie zgoda.
Nasza piękna młodzież bezpiecznie się czuje, czasem i brat bratu zęby porachuje
W następny dzień z rana już piją na zdrowie , Polak z Ukraińcem razem leżą w rowie.”- humorystycznie podsumowała pani Zofia Wiącek.
Wiktor Dorosz wiceprezes Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemii Lwowskiej oddział w Pnikucie, również uważa stosunki pomiędzy sąsiadami różnej narodowości za dobre. –Jak twierdzi nie wszędzie na Ukrainie tak jest, Polacy są różnie traktowani, w różnych miejscach, ale w Pnikucie pod tym względem jest naprawdę w porządku-.
Ks. Stanisław Węgrzyński określa aktualne stosunki polsko ukraińskie jako dobre, choć jak mówi zdarzają się przypadki dyskryminowania Polaków. Stanowią one jednak Rzadkość. Konflikty między mieszkańcami Pnikuta będącymi różnej narodowości zazwyczaj mają całkiem inne podłoże, jak twierdzi proboszcz- Czasem jeśli się zdarzy, że komuś kura wejdzie w grządkę, to się zacznie od kury, a skończy na polityce.-ale jak twierdzi proboszcz sprzeczki te nie mają większego znaczenia.
Tu nie mówi się o pojednaniu, o pojednaniu mówi się w telewizji, tu ono się dokonało. W Pnikucie Polacy z Ukraińcami żyją w zgodzie  z dnia na dzień. Owszem zdarzają się czasem osoby, które prezentując nacjonalistyczne poglądy zatruwają ducha wzajemnego współistnienia. Są one jednak zazwyczaj w sposób naturalny odsuwane i marginalizowane przez społeczność Pnikuta. Ogromną rolę w podtrzymywaniu dobrych stosunków w miejscowości odgrywają duchowni obydwu Pnikuckich świątyń. Kapłani obydwu obrządków wspólnie obchodzą święta, biorą wspólnie udział w obchodach rocznic, ważnych dla   miejscowości. To ważne, by zgoda była podparta autorytetem kościoła i cerkwi.


Dumni i świadomi

     Polacy w Pnikucie są zorganizowani i świadomi swojej historii. W Pnikucie działa oddział Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, skupiającego w swoich szeregach większość Polskich  mieszkańców miejscowości. Wokół TKPZL, a także wokół parafii Rzymsko-katolickiej w Pnikucie dochodzi do wielu inicjatyw, organizowane są obchody Polskich świąt państwowych, rocznic ważnych dla wsi wydarzeń. Wiele inicjatyw wypływa także ze strony Stanisława Żółkiewicz, znanego przemyślanina, byłego wicewojewody przemyskiego, który urodził się i wychował w Pnikucie, jest on bezpośrednio zaangażowany w życie pnikuckiej społeczności oraz w pomoc jej członkom w organizacji różnych przedsięwzięć zarówno kulturalnych jak i społecznych. Jest między innymi inicjatorem odremontowania nagrobków zasłużonych pnikuczan. Stanisław Żółkiewicz niejednokrotnie podkreśla miejsce swojego urodzenia i jest z niego dumny. Jednak nie tylko on, mieszkańcy Pnikuta znają dobrze swoją historię, nie tylko osoby starsze, ale także dzieci i młodzież. Tradycje patriotyczne przekazywane są tu w domu z ojca na syna, z dziadka na wnuka. Tak tez przetrwała pamięć o ważnych wydarzeniach historycznych dotyczących miejscowości oraz o miejscach ważnych z historycznego punktu widzenia. A historię Pnikut  ma za sobą taką iż niejedno miasto mogło by pozazdrościć.

Krótki szkic historyczny

Pierwsza wzmianka o Pnikucie pochodzi z 1359 roku. Już w 1385 odnajdujemy zaś wzmiankę o kościele rzymskokatolickim w tej miejscowości, co stanowiło w owym czasie na tych ziemiach raczej ewenement. Przyczyną tego jest prawdopodobnie fakt iż właścicielem wsi była kapituła biskupów Przemyskich. W 1648 na Pnikut napadają Kozacy, zabijają księdza przy ołtarzu, a drewniany kościół wraz z zgromadzonymi w nim ludźmi palą. W 1672 mieszkańcy Pnikuta biorą udział w pogromie tatarów, którzy wcześniej napadli na Przemyśl, a któremu  to pogromowi dowodził o. Krystyn Szykowski.  Po tych wydarzeniach w pod-pnikuckim lesie, w miejscu pochowania obrońców i Przemyśla i Pnikuta, powstaje tak zwana kalwaryjka będąca celem procesji aż do dnia dzisiejszego. Pierwsza wojna światowa powoduje poważne zniszczenia w Pnikucie. Okres między wojenny to czas rozwoju i wzrostu liczebności mieszkańców, powstają liczne organizacje społeczno-wychowawcze , jak i polityczne , w Pnikucie. Pnikut staje się prężnie działającym ośrodkiem „Ludowców”.  W 1921 w Pnikucie żyło 1453 Polaków oraz 10 żydów. W trakcie II Wojny światowej front 4 krotnie przechodzi przez miejscowość, czyniąc straty nie tylko w dobytku ale i w ludziach. W Pnikucie działa mocno ruch oporu prowadzący akcje dywersyjne w stosunku do Niemców oraz akcje odwetowe w stosunku do Ukraińskich nacjonalistów. W Pnikucie odbierane są zrzuty broni, amunicji i prowiantu dla powstańców, zrzuty przeprowadzają brytyjskie samoloty. Po wojnie w ramach ustaleń Jałtańskich Pnikut znalazł się po drugiej stronie granicy, w ZSRR, mają miejsce prześladowania ze strony władz radzieckich, na Polakach szczególnie tych związanych z podziemiem demokratycznym. W trakcie obydwu fal repatriacji wiele Pnikuckich rodzin wyjechało głownie na Śląsk i w okolice Przemyśla. Do 1987 roku trwały zmagania z władzami o odzyskanie kościoła na potrzeby wiernych. W 1991 Związek Radziecki upada , Pnikut znajduje się w niepodległej Ukrainie.     

Więzy krwi i historii



 W trakcie repatriacji wiele osób wyjeżdżających z Pnikuta wybrało sobie na nowy dom właśnie Przemyśl. Dziś kiedy przechadzamy się po Pnikucie często możemy napotkać samochody o przemyskich tablicach rejestracyjnych. Wielu mieszkańców Przemyśla pochodzi z Pnikuta, wielu ma tam do dziś rodzinę. Pnikuczanie podobnie postrzegają Przemyśl, jest to im miasto bliskie. Starsi spośród nich pamiętają jeszcze czasy kiedy jeździło się do Przemyśla na Targ. Jak opowiada pan Stanisław Żółkiewicz , -Przemyśl był zawsze bliski Pnikutowi , to było to miasto do którego jeździło się coś załatwić, zrobić jakieś poważniejsze zakupy, Lwów, był niedostępny, był zbyt duży i odległy.  Mieszkańcy Pnikuta postrzegali Przemyśl jako swoje miasto.
Ważne jest aby dziś pomimo iż historia potoczyła się tak a nie inaczej dla tej jakże barwnej i ciekawej miejscowości, aby więzy łączące Pnikut z naszym miastem nie osłabły. Aby Pnikucznie przyjeżdżając tu czuli się nadal jak u siebie, jeśli nie z uwagi na stare czasy to na fakt iż Przemyśl jest jedną z naprawdę niewielu ostoi  kresów na ziemiach polskich. Pnikut zaś, to mała część polski która gdzieś na zakręcie historii, wypadła  poza nawias Polskiej państwowości, ale nie poza nawias ojczyzny.

                                                                                                                                              kjz
                                                                                                                               
(Opublikowano na łamach Gazety Przemyskiej)

( foto Kamil Sagan)