wtorek, 17 lutego 2015

„Diabolus de Subcarpathia”,czyli o najmroczniejszej postaci polskiego sarmatyzmu


shutterstock_211648387

Pisaliśmy niedawno o wybrykach awanturniczej szlachty, historycznej ziemi przemyskiej.  Nie da się jednak mówić o wojnach prywatnych i warcholstwie szlacheckiego stanu, bez przedstawienia sylwetki legendarnego, choć okrytego zdecydowanie złą sławą Stanisława Stadnickiego vel Diabła Łańcuckiego. Istnieje kilka książek na jego temat nie tylko historycznych, ale też fabularnych. Od wieków rozpala on wyobraźnie miłośników grozy. Fenomen jego legendy można by porównać do rumuńskiego księcia Draculi. Obydwie postacie mają ze sobą wiele wspólnego: bezwzględni, nieznający sumienia, winni przelewu morza krwi, obydwaj posądzani o paktowanie z szatanem.

Jak pisze Władysław  Łoziński: Stadnicki zwany Diabłem stał się niemal legendarną postacią, a tym się różni od innych figur podaniowych, że groza legendy nie znika pod światłem historycznej prawdy[…]. Nazwano go Diabłem, a przecież czego brak tej postaci, aby była naprawdę fantastyczna to rzeczywistego satanizmu: otwartej negacji praw Boskich i ludzkich, głośnej proklamacji buntu przeciw niebu i ziemi, zuchwałego wyznawstwa złego, demonicznej zgodności czynu ze słowem…
Ale nie, on był gorszy, był bowiem wielkim hipokrytą. Notorycznie łamał prawo, a wciąż się do niego odwoływał. Deptał wszystkie zasady moralności, ale wciąż mówił o cnocie. Zbrukany krwią swych przeciwników i niewinnych ludzi, cięgle uważał siebie z ofiarę, bez przerwy dowodził, że to jemu dzieje się krzywda. Oprócz morza krwi,  przelał też morze atramentu. Akta grodzkie i ziemskie w całej Polsce, pełne są jego skryptów. Prawo w jego rękach było takim samym instrumentem gwałtu, jak jego bandy sabatów i hajduków, pisze Łoziński.
Z jednej strony co chwila prosił króla o wstawiennictwo, z drugiej nieustannie spiskował przeciwko niemu.

Jego zamek w Łańcucie przypominał jaskinie zbójców. Pełno było tam rzezimieszków czekających z utęsknieniem na kolejny najazd, zajazd, aferę. A tymczasem Stadnicki powiadał: Na gościńcu mieszkam, radnie bym zamek mój ze szkła miał, niźli z muru, żeby każdy widział cnotliwe życie moje.
Stadnicki był wszędzie tam, gdzie można było coś dla siebie ugrać. Nie żałował ani wdów,  ani sierot, nie było dla niego rzeczy niestosownych czy niemoralnych. Wszystko było dobre, co służyło jego interesom i odwrotnie, wszystko było złe, co jego interesom mogłoby zagrozić. Z rozlicznych wybryków Diabła Łańcuckiego, chyba najgłośniej było o jego wojnie prywatnej z Łukaszem Opalińskim, starostą leżajskim.
lezajsk klasztorO co właściwie poszło? Niektórzy twierdzą, że o charta  inni, że o postać leżajskiego burmistrza, jednakże obaj panowie mieli ze sobą dużo więcej „nie po drodze”. Opaliński to gorliwy katolik i lojalny rojalista. Stadnicki był zaś wyznającym kalwinizm, doświadczonym rokoszaninem.
Starosta zygwulski bo taki tytuł nosił mości Diabeł,  nie tylko mordował swych wrogów i ich poddanych. Potrafił być także wyjątkowo przy tym okrutny, przejawiał tendencje sadystyczne. Chłopom z Leżajszczyzny potrafił obcinać ręce i nogi, a nawet podpalać ich żywcem.
Krwawa jatka jaka rozpętała się na linii Łańcut –Leżajsk rozeszła się szerokim echem po ówczesnej Rzeczypospolitej. Dziesiątki zrównanych z ziemią wiosek, setki zabitych chłopów, gwałty, grabieże, porwania. Tak przez cztery lata wyglądała codzienna rzeczywistość starostwa Leżajskiego i Łańcuckiego. Szlachta przemyska opowiedziała się za Opalińskim, król nałożył na Stadnickiego wysokie wadium;  podobno nawet w kościołach śpiewano pieśni w których błagano Boga o zmiłowanie i ochronę przed Stadnickim.

Zażarte walki spowodowały znaczne wyludnienie tych obszarów, a niekończące się boje ogołociły poważnie skarbce obydwu rodzin.Stadnicki w swojej taktyce wykazywał się jak zwykle nikczemnością i brakiem skrupułów, uderzał w to, co mogło zaboleć najbardziej, choćby sam miał nic z tego niemieć. Kiedy w jednej z wsi Leżajszczyzny, urodziło się karłowate dziecko, Opalińscy ulitowali się nad jego losem i przygarnęli, zapewniając mu wykształcenie i godne warunki życia. Stadnicki dowiedziawszy się o tym, z rozmysłem porwał chłopca, nakazał swoim ludziom solidnie go obić, po czym wtrącił go do lochów pod swoim zamkiem. Po co? A no tak zwyczajnie, żeby zrobić Opalińskim na złość.

Do największej bitwy między oponentami doszło, kiedy Łukasz Opaliński wybierając się do Przemyśla na rozprawę, wpadł w zasadzkę przygotowaną nań przez Stadnickiego. Diabeł Łańcucki przeliczył jednak swoje siły, oddział Opalińskiego liczniejszy niż zwykle odparł atak Łańcucian. Rzezimieszkowie Stadnickiego po pierwszym starciu zaczęli uciekać w kierunku zamku. Świta Opalińskiego dopadła drużynę Diabła w jego siedzibie, gdzie doszło do brutalnego jej rozbicia.
Opalińszczycy nie pokazali litości, zajścia w zamku Stadnickiego przedstawiano potem jako krwawą egzekucje. Tymczasem nasz „mroczny bohater” uciekł, zostawiając na pastwę Opalińskiego, swoją żonę i dzieci. Starosta leżajski zachował się jednak honorowo i wypuścił Annę Stadnicką wraz z dziećmi z zajętego zamku tak, że „włos im z głowy nie spadł”.
Tymczasem ludzie Opalińskiego rabowali w zamku co się dało, a czego się nie dało zrabować dewastowali i podpalali. Z zamku Stadnickiego ani z jego słynnych, „przeludnionych” lochów pozostały tylko zgliszcza. Ale zwycięzcom było nadal mało, toteż jęli dewastować łańcucki rynek, spalili Zbór Kalwiński, a także okradli i sprofanowali kilka łańcuckich kościołów.
Długo zajęło zanim Łańcut pozbierał się po zniszczeniach dokonanych przez Opalińszczyków, jednakże samego Diabła nieudało im się złapać. Stadnicki przez wydarzenia w Łańcucie nie nabrał bynajmniej pokory. Niedługo później rekrutował nowe hordy do walki ze starostą leżajskim. Ostatecznie, Diabeł Łańcucki zabity został w trakcie bitwy w Tarnawie. Ale „pustkę” w ziemi przemyskiej po jego wybrykach szybko zapełnili jego synowie, zwani powszechnie diablętami… Ale to już część zupełnie innej opowieści.

kjz

(opublikowano na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)