niedziela, 17 listopada 2013

Naddniestrze po polsku. Czyli nasi rodacy w kraju którego niema na mapach. (Reportaż z polskiej wsi w nie uznawanej Republice Naddniestrzańskiej)





Poza granicami polski żyje wielu naszych rodaków. Niektórzy wyjechali zarobkowo inni padli ofiarą zmiany granic, niektórych, wbrew ich woli, w obce strony wywiodła trudna polska historia. Ci ostatni często znaleźli się w miejscach, gdzie życie jest dużo trudniejsze niż to, które my znamy. Społeczność mieszkańców Raszkowskiej Słobody  to w dużej mierze potomkowie polskich powstańców. Pomimo ich bohaterskich korzeni los nie potraktował tych ludzi ulgowo.
A umiłowana ojczyzna przypomina sobie o nich rzadko. Żyją oni dziś w najbiedniejszym regionie Europy. Niestabilnej ekonomicznie, politycznie i militarnie, nie uznawanej przez żaden kraj, Republice Naddniestrzańskiej . Dziś oprócz skrajnej biedy grozi im także wojna...


Państwo którego niema

Oficjalnie Naddniestrze to integralna część Mołdawii, w rzeczywistości jednak region ten od ponad 20 lat funkcjonuje jako osobny, niezależny od Kiszyniowa kraj. Mieszkają tu w większości Rosjanie. Rosja, choć oficjalnie nie uznaje niepodległości Naddniestrza, wspiera  finansowo i militarnie ten region. Pomimo iż ustrój Republiki Naddniestrzańskiej to teoretycznie demokracja, w istocie możemy tam odnaleźć wiele elementów nawiązujących do radzieckich korzeni. W godle republiki odnajdziemy sierp, młot i czerwoną gwiazdę. Flaga Naddniestrza to flaga byłej radzieckiej MASRR. Na ulicach naddniestrzański
ch miast stoją pomniki Lenina, są też wymalowane czerwoną farbą propagandowe hasła. Ziemia jest tu własnością państwową a w całym „państwie” funkcjonuje tylko kilka fabryk. Poprzez nieuregulowaną sytuacje polityczną zakłady produkcyjne borykają się z poważnymi problemami w eksporcie, co poważnie uszczupla dochody „republiki”. Naddniestrze funkcjonuje głównie dzięki pomocy Rosyjskiej oraz rzeszom obywateli, którzy pracując zagranicą wysyłają pieniądze swoim rodzinom.

Na nieistniejącej granicy z nieistniejącym krajem

Po łącznie ponad 24 godzinach „telepania się i podskakiwania” na fatalnych drogach Ukrainy i nieco lepszych – Mołdawii, dotarliśmy do doliny Dniestru gdzie przebiega nie zaznaczana na  mapach granica. Czasem można tam jeszcze spotkać czołgi. Na kilkaset metrów przed Mołdawskim posterunkiem granicznym, pochowaliśmy aparaty fotograficzne i przepakowaliśmy bagaże, tak aby dary które wieziemy polakom sprawiały wrażenie naszych prywatnych rzeczy. Na teren Naddniestrza mają zakaz wstępu wszelkie organizacje humanitarne. Bez specjalnych pozwoleń i akredytacji ze strony władz w Tyraspolu (stolica „republiki”) nie mogą tu także wjeżdżać dziennikarze.
Kiedy dojeżdżamy do Mołdawskiego posterunku poirytowani żołnierze wypytują nas po co właściwie jedziemy do „tego Naddniestrza” i co nas tam tak interesuje. Ruszamy dalej. Wleczemy się przez szeroki, pusty most zbliżając się do Naddniestrzańskiego posterunku. Zatrzymujemy się przed barakiem nad którym łopocze czerwono zielona flaga „republiki”. W aucie zapada cisza, przeglądamy się w podejrzliwych spojrzeniach Naddniestrzańskich funkcjonariuszy. W trakcie odprawy, ma miejsce rozmowa z oficerem politycznym, który pyta, czy aby wśród nas nie ma zwolenników Unii Europejskiej -przemilczeliśmy. W Naddniestrzu nadal dochodzi do aresztowań na tle politycznym, a Ambasada polska w Kiszyniowie ostrzega, że polscy obywatele którzy znajdą się na terenie ”republiki’, nie mogą liczyć na pomoc rodzimych służb dyplomatycznych.
Po mniej więcej godzinie ruszamy dalej. Dzięki staraniom życzliwych nam osób otrzymaliśmy pozwolenie na 3 dni pobytu. Normalnie, przepustkę do Naddniestrza wydaje się tylko na 8 godzin
.

O odcieniach biedy

Kiedy tak snujemy się powoli ulicami Rybnicy (drugie co do wielkości miasto w regionie) mamy czas żeby nieco się porozglądać. Otaczają nas szare, wysokie wieżowce o zagrzybionych ścianach, zdewastowane i opuszczone hale fabryczne, puste gmachy urzędów, o powybijanych szybach. Choć od Mołdawii, dzieli nas zaledwie kilometr, a może mniej to jednak mam wrażenie, że znaleźliśmy się w innym
świecie. W Mołdawii bieda jest kolorowa, przesiąknięta pstrokatością domów i obejść, tu przybiera ona tylko różne odcienie szarości.

Zjeżdżamy z głównej drogi i wjeżdżamy na gruntową, po kilku kilometrach w promieniach zachodzącego, już, słońca dostrzegamy pierwsze zabudowania Raszkowskiej Słobody. Wieś wcześniej nazywano Księdzowo. Miał ją, bowiem, założyć Raszkowski proboszcz. Który osiedlił tu kilka polskich rodzin z Galicji, prześladowanych po powstaniu styczniowym. Jako, że wieś była prywatną własnością kapłana, carskie władze miały tu niejako związane ręce. Sytuacja uległa zmianie po rewolucji w 1917 roku, wtedy też zmieniono nazwę wsi na Słoboda Raszków. Pomimo wielu lat sowietyzacji w lokalnej społeczności przetrwała polska tożsamość, oraz katolicka wiara. Dziś żyje tu około 700 osób narodowości polskiej, działa rzymsko-katolicka parafia, jest polonijna świetlica, w szkole podstawowej dzieci uczą się j. polskiego.
Wieś złożona jest  głównie z szarych i niewielkich pokrytych eternitem domków, obejścia są ubogie. Przez miejscowość wiedzie, mocno rozjeżdżona, polna droga.

Ludzie  

Kiedy podjechaliśmy pod budynek świetlicy czekali tam na nas mieszkańcy. Przywitali nas z uśmiechem i szczerą radością, niebyło w tym nic z wyuczonej „oficjałki”. Co ciekawe wśród zebranych były tylko kobiety i dzieci. Jak się okazało, niemal wszyscy mężczyźni wyjechali za pracą. Większość z nich pracuje na budowach: w Moskwie, Kijowie i na dalekim Magadanie (ponad 7 000 km stąd). W do
mu spędzają tylko kilka miesięcy w roku.

Jako, że byliśmy zmęczeni po podróży rodzina państwa Pogrzebnych zaprosiła nas do siebie. Gospodyni -pani Maria uśmiechnięta i otwarta kobieta w średnim wieku, mieszka wraz z synem i dwoma córkami, najmłodsza z nich uczęszcza do szóstej klasy.
Na początku próbowaliśmy rozmawiać po polsku, jednak sprawiało to domownikom problemy. Przeszliśmy więc na język rosyjski, posiłkując się czasem polskimi i ukraińskimi wyrazami. Gospodyni śmiała się, że rozmowa toczy się „po słowiańsku”.   

A jako, że „po słowiańsku”- to i nie mogło zabraknąć tradycyjnej słowiańskiej gościnności. Choć państwo Pogrzebni żyją bardzo skromnie, pani Maria suto zastawiła stół lokalnymi przysmakami. Nie brakło też domowej roboty bimbru, tzw. „buraczanki”, której produkcja jest tutaj legalna i absolutnie powszechna. Jak się dowiedziałem
mieszkańcy nie robią tu zakupów w sklepie, nie stać ich na to, każda gospodyni ma tu wszystko „swoje”, od płodów ziemi, przez nabiał, mięso, pieczywo, po alkohol. Kwitnie handel zamienny, wieś jest  po prostu samowystarczalna. Pieniądze, które przywożą mężowie oszczędza się tu wyłącznie na wydatki niezbędne takie jak: rachunki, paliwo, czy ubrania. 

Kto ty jesteś…

Następnego dnia rano, w szkole podstawowej dzieci zorganizowały dla nas występ. Przyodziane w ludowe polskie stroje, śpiewały polskie piosenki i recytowały patriotyczne wiersze, a wszystko to z prawdziwym przejęciem i powagą. W ich ustach Polska zdawała się być, dziwnym nieosiągalnym sacrum. Utraconym rajem i ziemią obiecaną zarazem.
Po występie dyrektor szkoły, (Mołdawianin) pokazał nam klasę do nauki języka Polskiego, gdzie nad tablicą wisi polskie godło a na ścianach są portrety polskich królów i pisarzy.
Tu dzięki staraniom środowisk polonijnych, od kilku lat miejscowe dzieci uczą się ojczystej mowy a także historii i geografii polski.
Po wizycie w szkole odwiedziliśmy pana Jana Pogrzebnego. Pan Jan jest weteranem II wojny światowej. Razem z I Armią WP zdobywał w 1945r Berlin. Dziś jest inwalidą, niema obu nóg, żyje wraz z żoną ze skromnej naddniestrzańskiej renty. Pan Jan świetnie mówi po polsku, po wojnie mógł zostać w kraju, jednak zdecydował się wrócić na ojcowiznę. Jak mówi dziś – Polska jest piękna, pamiętam: Toruń, Bydgoszcz... Ale to tu jest moje miejsce, nie mógł bym inaczej!


„Maryjo caryco mira”

Pierwszy kościół obrz. Łać. w Raszkowskiej Słobodzie otwarto, nielegalnie, w 1977
roku. Niestety już dzień później do wsi zjechała milicja, kościół zdewastowano a potem zburzono. Dziś w jego miejscu stoi kapliczka. Dopiero w 1990 roku pod pozorem remontu prywatnego domu, udało się zbudować we wsi świątynię. Swój dom pod budowę oddała prawosławna kobieta. Ksiądz Dymitr, proboszcz parafii, podkreśla, że jest to przykład tego, jak dobre stosunki łączą tu katolików z prawosławnymi.
Liturgie odprawia się tu po rosyjsku, po polsku są tylko niektóre modlitwy i pieśni. Jak mówi pani Tania, jedna z mieszkanek-  Ja na co dzień mówię po rosyjsku, ale modle się zawsze po polsku, tak mnie nauczyła mama.-
 Kiedy oglądam dekoracje wewnątrz świątyni, moją uwagę zwraca napis. „Maryjo, caryco pokoju, módl się za nami”
Tutejsza wspólnota nie narzeka na brak powołań, z Raszkowskiej Słobody pochodzi Arcybiskup Kijowski ks. Piotr Malczuk, a także ks. Rusłan proboszcz parafii w niedalekim Raszkowie.

„Nocne rodaków rozmowy”

Wieczorem przyszedł czas na zabawę. W wiejskiej świetlicy dzieci przygotowały program artystyczny, było przedstawienie, wiersze, a na koniec tańce przy dźwiękach skocznej ludowej muzyki. Najmłodsi porwali nas wszystkich do tańca w kółku. Przed świetlicą miejscowi chłopcy przygotowali inną atrakcję. Zaprzęgli konie i obwieźli nas na drewnianych wozach
wokół wioski. W trakcie przejażdżki 10 letni woźnica celowo przyspieszał na nierównościach, dla „podniesienia nam adrenaliny”.

Po wszystkim wróciliśmy do domu państwa Pogrzebnych gdzie zasiedliśmy do stołu, po chwili pojawili się też sąsiedzi. Przy specyfikach lokalnej kuchni i łyku tradycyjnej „buraczanki”, zaczęliśmy rozmawiać, o tym jak tu się, tak naprawdę, żyje i o zmartwieniach z jakimi mierzą się na co dzień mieszkańcy.
Bieda w której żyją, zmusza ich do wielu rzeczy, do rozłąki z bliskimi do bycia „samowystarczalnymi”, ale tworzy także wyjątkowe wzajemne zaufanie i solidarność między sąsiadami.
Nie da się nie zauważyć, strachu jaki odczuwają przed przyszłością i braku nadziei na to że będzie lepiej. Starają się żeby po prostu nie było gorzej.
Pani Maria przyznała, że obawia się o syna, bo ten niedługo idzie do wojska, a służba w Naddniestrzańskiej Armii jest bardzo niebezpieczna i trwa aż 2 lata. Przemoc jest tam na porządku dziennym a zjawisko„fali” jest nader powszechne. Zresztą nigdy nie wiadomo czy w czasie jego służby nie dojdzie do eskalacji konfliktu z Mołdawią. Naddniestrze to nie jest jednak normalny kraj.
- A może to wszystko to nasza wina, że my się godzimy zawsze na to co przynosi los?- wzdycha i puentuje smutno pani Maria.
Polityczna sytuacja Naddniestrza zmusza mieszkańców, aby starali się o obywatelstwa innych krajów. Większość z nich posiada rosyjskie, ukraińskie albo mołdawskie paszporty, paradoksalnie polskie obywatelstwo jest dla nich prawie nieosiągalne. Szczytem marzeń jest tu karta polaka.

Współczuć czy zazdrościć?

Życie w Naddniestrzu ma swoje dwa oblicza, z jednej strony możemy dostrzec tu solidarność, życzliwość i zaradność mieszkańców, których to cech moglibyśmy szczerze im pozazdrościć i które to podtrzymują ducha tych ludzi, z drugiej strony egzystencja w tym miejscu daleka  jest od sielanki jaką można by sobie wyobrazić. Życie tu pełne jest trudów i wyzwań, które nam dziś są już obce. Pomimo ciężaru ich codziennych zmagań i nieubłaganego biegu lat, znajdują oni nadal w swoich sercach tęsknotę i miłość do dalekiej ojczyzny.  Dlatego i nie tylko dlatego, nie zapominajmy o naszych rodakach, gdzieś tam, na wschodzie… bo zapomnieć o nich to istotnie najgorsze co możemy im uczynić.


                                                                                                          Kamil Jacek Zarański 

środa, 9 października 2013

„Bądź z serca pozdrowiona, ojczysta święta mowo!”*

Rozmowa z Heleną Usową redaktorką naczelną czasopisma „Jutrzenka” jedynej polonijnej gazety w Mołdawii.

Mołdawia to kraina wielu kultur. Swoje miejsce, w wyniku zakrętów historii znaleźli tu także liczni Polacy. Wciąż żywa w nich jest Polska tożsamość i miłość do kraju nad Wisłą. Od pokoleń odcięci od macierzy, nasi rodacy, niestety  zatracają powoli ojczystą mowę. Nie godzi się z tym Pani Helena Usową redaktor naczelna „Jutrzenki” jedynego polonijnego (wyd. w j. Polskim) pisma w Mołdawii, animatorka i organizatorka życia kulturalnego Mołdawskiej polonii. Pani Helena to wyjątkowa, nieoceniona dla tamtejszej polonii postać. Dziennikarka, animatorka życia kulturalnego, organizatorka imprez i wystaw o tematyce patriotycznej, kobieta-instytucja.  Na co dzień mieszka w Bielcach na północy Mołdawii, tam gdzie znajduje się największe skupisko Polaków w tym kraju. W rozmowie z nami zgodziła się opowiedzieć o swojej pracy, o wyzwaniach, problemach i marzeniach jakie się z nią wiążą, a także o samej sobie swoim pochodzeniu i swojej rodzinie.

Od jak dawna ukazuje się „Jutrzenka”?

Jutrzenka ukazuje się od 1996 roku, wydawana jest nakładem 700 sztuk.  Z czego 500 egzemplarzy zostaje w Mołdawii, zaś reszta trafia do Polski i Rumunii. ”Jutrzenkę” drukujemy w Kiszyniowie, następnie różnymi kanałami rozpowszechniamy ją wśród czytelników. W kolportażu korzystamy głównie z usług poczty, a także z pomocy  katolickich księży. Docieramy także na tereny Naddniestrza (separatystyczna republika na wschodzie Mołdawii -przyp. K.Z.) oraz Gagauzji (autonomiczny region na południu Mołdawii- przyp. K.Z.).

Kim są odbiorcy Jutrzenki?         

Staramy się docierać do różnych grup wiekowych, zarówno do osób starszych, młodzieży jak i dzieci, na naszych łamach znajdują się konkursy i krzyżówki,  założenie mamy takie żeby każdy znalazł w Jutrzence coś dla siebie.

Czy poza Jutrzenką tutejsza polonia ma jakiś dostęp do mediów polskojęzycznych?

Nie, niestety nie, wyjątkiem są tylko ci którzy posiadają antenę satelitarną, oni mogą odbierać niektóre kanały polskiej TV. Ale takie przypadki to u nas rzadkość. Natomiast jeśli chodzi o dostęp do słowa pisanego, to mamy w Kiszyniowie polską bibliotekę. Jest jeszcze Internet, ale do niego nie każdy ma dostęp (szczególnie dotyczy to osób starszych)

Ile osób pracuje w redakcji jutrzenki?

W redakcji jest nas dziewięcioro plus korespondenci zamiejscowi m. in. z Kiszyniowa, Gagauzji, Grigorówki czy Styrczy. Współpracują z nami również studentki z Warszawy - piszą, robią korekty i tłumaczenia. Praca w naszym wydawnictwie jest społeczna,  nikt z nas nie otrzymuje za nią żadnych pieniędzy. Mamy za to satysfakcje - jest to jedyne polskie czasopismo w Mołdawii. (uśmiech)

Czy piszą państwo tylko w języku polskim?

Nie, ok. 30 % tekstów piszemy w języku rosyjskim, lub rumuńskim. Jeśli jest jakiś bardzo ciekawy materiał, który chcemy aby znalazł szersze grono odbiorców to piszemy w dwóch językach, jak było na przykład z artykułem o profesorze Korczaku.

Jak to jest właściwie ze znajomością języka polskiego wśród miejscowych Polaków?

W 1991  przyjechał tu ksiądz Jacek, proboszcz Bieleckiej parafii, jak twierdzi, wtedy tylko jedna rodzina mówiła tu po polsku. Później wszyscy uczyliśmy się tu Języka Polskiego od nowa. Toteż nauka języka i krzewienie polskiego, pisanego słowa to jeden z głównych celów jakie stawiamy sobie w „Jutrzence”. Chcemy zachęcić czytelników do nauki. Mamy ku temu specjalną rubrykę. Czasem przyjeżdżają do nas nauczycielki Polskiego z Katowic. Celem tych wszystkich działań jest, aby ludzie dbali o swoje korzenie. Tradycję polską, każdy tu wyniósł z domu, ale znajomość języka polskiego jest także bardzo ważna. Uważam że te działania przynoszą skutki,  młodzież faktycznie zaczyna rozmawiać po polsku. Co raz więcej rodaków stara się też o Kartę Polaka. A uzyskanie takiego dokumentu w Mołdawii nie należy do najprostszych. Nie wystarczy znać kilka słówek, trzeba odbyć po polsku rozmowę z panią konsul. Ale wydaje mi się, że z nauką języka polskiego w Mołdawii i tak jest chyba lepiej niż w innych byłych republikach związku radzieckiego.

Czy organizujecie jakieś spotkania dla  czytelników. Czy, jako wydawnictwo staracie się  jednoczyć swoich odbiorców?

Tak, tak. W tym roku mamy na przykład zorganizowane 3 spotkania literackie, z twórczością: ks. J. Twardowskiego, Z. Herberta i Cz. Miłosza. Zresztą muszę dodać, że Mołdawianie też chętnie przychodzą na nasze spotkania. Ostatnio organizowaliśmy wystawę  poświęconą Januszowi Korczakowi. Trzeba tu dodać że w Kiszyniowska organizacja „Polska Wiosna w Mołdawii”  również działa bardzo aktywnie organizują aż 26 różnych imprez w ciągu roku. W Kiszyniowie działa też Polska Młodzieżówka, jest również Polskie Towarzystwo Medyczne. Oprócz Bielc i Kiszyniowa jest jeszcze dość zwarta polonia w Komracie (Gagauzja) ich jest tam troszkę mniej, ale też radzą sobie nieźle.

W tamtym roku Jutrzenka borykała się z problemami finansowymi, czy kryzys został już zażegnany?

To nie tylko my mieliśmy problemy, to każde pismo polonijne – ale teraz ambasada i konsulat twierdzą, że powoli będzie lepiej. Na szczęście udało nam się w ogóle przetrwać. Przez jakiś czas z powodów finansowych nie mogliśmy się ukazywać. Mieliśmy też problem z kolportażem, ambasada polska odmówiła nam pokrycia kosztów więc musieliśmy przekazywać Jutrzenkę przez prywatne osoby.  W ubiegłym „tragicznym” roku pomoc napłynęła  do nas z konsulatu. W tym roku jeszcze nie wiemy jak to będzie. Fundacja Pomoc Polakom na Wschodzie z którą współpracujemy już otrzymała jakąś kwotę, ale nie wiemy czy ona wystarczy. Zwróciłam się więc z prośba o pomoc znów do konsulatu. Mamy nadzieje, że nam pomogą, jeśli fundacja nie da rady. A z tego co wiem to „Fundacja pomoc polakom na wschodzie” w tym roku otrzymała jeszcze mniej pieniędzy niż w ostatnim. Także może być ciężko. Jutrzenka jest, na razie w Internecie. My pracujemy za darmo, z kolportażem też nauczyliśmy się jakoś sobie radzić, ale wydrukować czasopisma za darmo się nie da. W ubiegłym roku  oddaliśmy numer do drukarni, ale nie mogliśmy go odebrać, bo brakowało nam pieniędzy. Zawsze zbieramy na ten cel datki przed festiwalem „Polska wiosna w Mołdawii”, jednak, to nie wystarcza. Ale miejmy nadzieje, że jakoś to będzie.

Wasze wydawnictwo to nie tylko Jutrzenka, co jeszcze wydajecie?

Wydajemy książki, wspólnie z Uniwersytetem w Kiszyniowie, jeżeli jakieś spotkania były, np. o Giedrojciu to potem wydajemy takie materiały pokonferencyjne. Wydajemy także „Wspomnienia rodzinne”, już wyszła ich druga część nie długo wyjdzie także trzecia. tzn. jest już przygotowywana od pięciu lat, natomiast w końcu mają się znaleźć pieniądze na jej  wydrukowanie. „Wspomnienia rodzinne” powstają na bazie konkursu literackiego w którym uczestnicy piszą o swoich korzeniach. Podczas festiwalu „Polska Wiosna..” wręczamy nagrody autorom najciekawszych tekstów.

Pani urodziła się na dalekim wschodzie, czy mogła by pani pokrótce przybliżyć nam swoja historię?

Tak, ja urodziłam się w Chabarowsku (Rosja). Natomiast mój dziadek (Polak) urodził się w Krzemieńcu, po wojnie był zesłany na Syberię, moja mama była wtedy jeszcze małą dziewczynką. Babcia razem z nią pojechała za dziadkiem, żeby mu pomóc. Pracowała tam za marne grosze. Między czasie dziadek zachorował na gruźlicę, i zmarłby tam gdyby nie ona. Później kiedy już wyzdrowiał, pracował przy budowie kolei.  Po jakimś czasie, dzięki wykształceniu mógł awansować i został księgowym. Dostał wtedy prawa „wolno-osileńca” (wolnego osadnika -K.Z.), nauczył się też dobrze Rosyjskiego. Moja mama urodziła się tam, skończyła studia w Chabarowsku i wyszła za mąż za Rosjanina. Wtedy urodziłam się ja. Kiedy można już było swobodnie wybierać miejsce zamieszkania, dziadek bardzo chciał wrócić w rodzinne strony, na dzisiejszą Ukrainę. Zaproponowano mu miejsce pracy w Czerniowcach, zgodził się, przyjechał, mieszkał sam i czekał na mieszkanie dla rodziny, niestety nie udało się, ale potem zaproponowano mu mieszkanie tu w Bielcach. Że to było niedaleko to zgodził i tak znaleźliśmy się w Mołdawii. Tutaj dziadek i babcia dożyli swoich ostatnich dni. Niestety nie udało się dziadkowi wrócić do Krzemieńca na stałe. Owszem odwiedzał Krzemieniec, ja też mieszkając już z rodzicami w Nowokuzniecku pamiętam, że jeździłam tam z nim na wakacje. Kiedy przyjeżdżałam do Krzemieńca mówiłam po rosyjsku zamiast po polsku, kiedy wracałam do Nowokuzniecka mówiłam po polsku zamiast po rosyjsku i tak mi się zmieniało z polskiego na rosyjski i „na abarot”. (śmiech) Ta mieszanka była ciekawa, potem nie miałam już takiego kontaktu z językiem polskim. Tutaj, do Bielc  przyjechaliśmy dopiero w latach 70. Jakiś czas później zaczęłam studia w Odessie, tam w sklepach i w księgarniach można było kupić polskie książki. Przywoziłam wtedy do domu Polskie czasopisma, moja mama je czytała. Mama wciąż jeszcze czyta po polsku, trochę gorzej z mówieniem. W Bielcach na powrót złapałam kontakt z językiem dopiero w latach 90tych gdy w domu polskim pojawiła się pierwsza nauczycielka. Rozpoczęłam wtedy czteroletni kurs języka polskiego, poza tym pracowaliśmy nad Jutrzenka to też bardzo pomagało w opanowaniu języka.

Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę Pani pomyślności w dalszej pracy
                                                                                                                     
Kamil Zarański    
*Motto czasopisma „Jutrzenka”

środa, 20 lutego 2013

Przemyśl z perspektywy wózka




W chwili kiedy oczy świata zwrócone są na heroiczne wzmagania niepełnosprawnych sportowców, na paraolimpiadzie w Londynie, warto spojrzeć „na nasze podwórko”, tu też znajdziemy herosów. I choć nie zawsze uprawiają sport, to ich codzienne trudy, walka z każdym dniem i każdą kolejną przeszkodą sprawia, iż zasługują bez wątpienia na to miano. Czy zastanawialiście się kiedyś, jak wygląda przemyska codzienność z perspektywy wózka? Czy nasze miasto jest przyjazne osobom niepełnosprawnym?

Aby, na ile to możliwe, zrozumieć położenie osób poruszających się na wózku, umówiłem się z panią Danutą Pietrukowicz. Pani Danuta, jest chora na Heine Medina, od czwartego roku życia porusza się na wózku inwalidzkim. Nie jest rodowitą przemyślanką, pochodzi z mazur, przyjechała do Przemyśla jako dziecko. Żyje tu ponad 30 lat. Pani Danuta mieszka w jednorodzinnym domu przy jednej z głównych ulic miasta. Kiedy przyjeżdżam, z uśmiechem zaprasza mnie do środka, mieszka sama. Danuta Pietrukowicz jest osobą pogodną i uśmiechniętą, skorą do rozmowy i opowieści. Nie uskarża się na swój los, chciałaby jedynie móc być w pełni samodzielną. I choć jest postacią nad wyraz energiczną i rezolutną, z wieloma rzeczami ma problem. Nie tyle z powodu samej niepełnosprawności, co przez brak odpowiedniej infrastruktury w Przemyślu. – Nie chodzi mi tutaj o cuda, nie mówię o restauracjach, czy kawiarniach. W Przemyślu dla osób niepełnosprawnych nie ma miejsca, o nich się nie myśli. To jest przykre, przez to człowiek czuje się, wykluczony ze społeczeństwa. Poprosiłem panią Danutę aby oprowadziła mnie po mieście, ukazując mi je z perspektywy osoby niepełnosprawnej.

Wizyta w przychodni
Jak twierdzi pani Danuta, większość przychodni nie jest przystosowane dla osób niepełnosprawnych. – Ja mam np. problem żeby wybrać się do dentysty, prawie nigdzie nie mogę wjechać na wózku. Udajemy się do Kormedu na rogu ulic św. Jana i Okrzei. Wchodzimy, przed nami schody, obok winda dla niepełnosprawnych (tzw. krzesełko). Winda jest jednak w pokrowcu, próbujemy go ściągnąć, nie da się, pokrowiec przypięty jest do stelażu. Idę na górę do rejestracji. Informuje, że na dole znajduje się niepełnosprawna kobieta, która chciałby wejść. –Jest umówiona, czy do rejestracji?- Odpowiadam że do rejestracji.- W takim razie nie ma sensu uruchamiać windy, bo z tym jest dużo zabawy. Ja zejdę na dół i panią zarejestruje na dole- odpowiada recepcjonistka. – Dlaczego mam się rejestrować na ulicy?- dziwi się pani Danuta. –A kiedy przyjadę na wizytę, to jak dostanę się na górę?- Wtedy przygotujemy windę- odpowiada kobieta. W koncie jest przycisk z postacią na wózku. Pytam, czy po jego naciśnięciu ktoś z obsługi pojawia się na dole. – Nie, ten przycisk nie działa, jego na górze ledwie słychać. Pani Danuta pyta – To skąd będziecie wiedzieli, że czekam na dole? – Ja tu sobie zapiszę kiedy pani przyjdzie, będę wiedziała i zejdę po panią na dół, a jak nie to kogoś pani poprosi żeby podszedł do rejestracji i mnie powiadomił.
Wracamy do samochodu. –To nie chodzi o to żebym ja cały czas musiała kogoś prosić o pomoc- mówi wyraźnie zdegustowana pani Danuta- człowiek, szczególnie niepełnosprawny potrzebuje poczucia samodzielności. Jak pan by się czuł, gdyby musiał pan na każdym kroku prosić kogoś o pomoc?

Urzędowe sprawy
Przyjeżdżamy pod budynek urzędu miasta na ul. Wodnej. Tam znajduje się wydział komunikacji, tam są też kasy, toteż większość spraw urzędowych kończy się właśnie tutaj. Budynek ten został niedawno zaadaptowany na potrzeby urzędu miasta, o niepełnosprawnych jednak po raz kolejny zapomniano. Przed urzędem witają nas strome schody. –I jak ja mam tu wjechać?- denerwuje się pani Danuta. – Nawet jeśli znajdzie się ktoś żeby mi pomóc, to nie każdy da radę. Nie chcę myśleć, że to wynik czyjejś złej woli, to raczej ignorancja i brak wyobraźni.
W innych instytucjach nie jest lepiej. Przed ZUS-em nie ma miejsca parkingowego dla osób niepełnosprawnych. W Komendzie Policji nie ma podjazdu dla wózków. Do niedawna, nawet, siedziba związku Emerytów, Rencistów i Inwalidów mieściła się na pierwszym piętrze kamienicy bez podjazdu ani windy.

W banku
Pojechaliśmy pod główny oddział banku PEKAO S.A. przy ul Mickiewicza. Do drzwi prowadzą strome schody. Po jakiejś chwili zjawia się ochroniarz. Pani Danuta pyta, jak może dostać się do środka. Mężczyzna mówi, że co prawda w banku jest winda dla osób niepełnosprawnych, ale -Właściwie odkąd ją tylko założyli to jest zepsuta, już 4 lata. Na pytanie pani Danuty co ma zrobić w takim wypadku, ochroniarz wskazuje dwa konkurencyjne banki gdzie „akurat jest płasko”. Pani Danuta czuje się zawiedziona - Mi nie jest wszystko jedno do jakiego banku pójdę.

Dworzec kolejowy i kolejna winda widmo
Podjeżdżamy pod dworzec kolejowy, najpierw szukamy miejsca parkingowego dla inwalidów, są dwa, obydwa zajęte. Nie ma namalowanej koperty więc niewidomo, gdzie zaczynają się a gdzie kończą miejsca dla niepełnosprawnych. Wzdłuż parkingu ciągnie się 20cm krawężnik. Parkujemy gdzie indziej. Po chwili zmierzamy w stronę tunelu. W ramach remontu dworca zamontowano tu dwie windy dla niepełnosprawnych. Są jednak nie czynne, zabezpieczone pokrowcem, nie ma nigdzie przycisku, wzywającego kogoś z obsługi. Gdyby nawet działały, i tak niewiele by to dało. Z tunelu na perony, nie ma podjazdów umożliwiających samodzielny wjazd. Przechodnie widząc nasz kłopot kierują nas przez główny budynek dworca, na przejazd przez tory. Wykonujemy tą trasę, tracąc czas i nadrabiając drogi. Kiedy dochodzimy do bramki wejściowej na przejazd nikogo tam nie ma, dopiero po chwili zjawia się ochrona. Pytamy, jak to jest z tym przejazdem i z tymi windami. –Windy są, ale nie działają, tutaj trzeba przejeżdżać przez tory i na peron. -No ale gdyby panów nie było, można samemu? –pyta pani Danuta. –Nie nie, w żadnym wypadku, trzeba, czekać, albo iść do kasy, powiedzieć o co chodzi, to oni po nas zadzwonią. - A gdybym się śpieszyła na pociąg?- pyta pani Danuta. Zrezygnowani wracamy do samochodu. -Po co wydają tyle pieniędzy, jak to potem nie ma nikomu służyć? - zastanawia się kobieta.

Na spacer
Zapytałem panią Danutę, jak spędza swój wolny czas. – Cóż, jestem odcięta od kultury, nie mogę iść do kina, do teatru, na zamek. Wszędzie są schody pozostaje mi telewizja i książki. Lubię spacerować tylko niestety wiąże się to z utrudnieniami. W wielu miejscach w Przemyślu chodniki są w bardzo złym stanie, a nie których nierówności nie da się ominąć na wózku. Ważnym problemem są zbyt wysokie krawężniki. Czasem muszę pokonywać nie które odcinki jadąc po ulicy. Już dwa razy w tym roku przewróciłam się próbując pokonać za wysoki krawężnik. Ludziom się wydaje, że podjazdy na schodach, przeznaczone dla wózków dziecięcych, nadają się również dla osób niepełnosprawnych, tak nie jest. Żaden inwalida, nie jest wstanie o własnych siłach pokonać takiego stromego wjazdu. Przemyśl ogólnie nie jest najłatwiejszym miastem do życia dla osoby na wózku. Pogodziłam się z tym, że nie mogę pospacerować po parku, ale dlaczego na zniesieniu, gdzie byłyby do tego warunki, nie pomyślano o osobach niepełnosprawnych? Porobiono krawężniki, schody, brakuje podjazdów. Jest mi czasem zwyczajnie przykro, bo czuje jakby to miasto nie było przeznaczone dla mnie, a to jest przecież także moje miasto. Gdzie się nie ruszę tam schody, niestety nie myśli się tu o osobach takich jak ja.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                              

Kamil Zarański

niedziela, 14 października 2012

Kopysno - Nie takie sielskie życie


Najbardziej malowniczo położona wieś w regionie przemyskim. Trzy i pół kilometra pod górę od najbliższego kawałka asfaltu. Wieś bez wodociągów, gazu, bez kanalizacji, bez telewizji i Internetu.  2 zamieszkałe domy, stara cerkiew, kilka rozwalających się chałup i zapomniany cmentarz. Oto Kopysno, wieś sięgająca swoją barwną historią przynajmniej do początku XIV w. W XX w wysiedlona, spalona, wymarła. Na koniec przywrócona do życia przez kilku „twardzieli z pasją”.

Kopysno -zaledwie 30 km od Przemyśla . Już nie daleko za rogatkami miasta zmienia się krajobraz i droga. Najpierw szosą przez Rybotycze, ostatni sklep, szkoła i kościół. Zjeżdżam z asfaltu i starym volkswagenem wspinam się stromą i wyboistą  drogą gruntową, przez głębokie kałuże i nierówności, poprzeczne uskoki, na których cudem ze nie tracę kół .
Mam szczęście, grzeje słońce i kałuże po nocnym deszczu schną w oczach. Trudno mi uwierzyć, że gdzieś tam na końcu tej drogi, jest wieś, żyją ludzie. Jest przydrożna kapliczka, z wiekową figurką św. Jana. Kapliczkę wybudowali mieszkańcy Kopysna w 1848 roku na pamiątkę zniesienia pańszczyzny.
Przydrożny krzyż na rozstaju łączy zapomniane drogi. Tę od Rybotycz, kompletnie  nieprzejezdną drogą przez Brylińce w stronę Przemyśla, oraz równie zapomnianą drogę do Koniuszy. Tu dla przyjezdnych zaczyna się przygoda z Kopysnem, tu dla wygnanych mieszkańców kończył się świat jaki znali. Kopysno przed II wojną światową liczyło 770 mieszkańców, w większości grekokatolików, choć były tam też rodziny polskie i żydowskie. Po wojnie w ramach akcji „Wisła” większość mieszkańców wysiedlono. Następnie wieś została spalona, pozostali tylko nieliczni mieszkańcy oraz kilka drewnianych chałup. Wieś powoli wymierała, aż całkiem zagasło w niej życie.

Ślady dawnej wsi

Jeszcze parę metrów i  znajduje się w sercu starej wsi, w której kiedyś tętniło życie. I choć mało już przetrwało śladów po starych zabudowaniach, to wg. spisu powszechnego z 1921r. był tu dwór i  104 domy. Była szkoła, cerkiew, sklep, karczma, dwie kuźnie, dwie szewskie pracownie. Dziś rosną tu krzaki, baczny obserwator zauważyć może wystające fragmenty starych zabudowań, miejsca ze śladami fundamentów.
Kieruje się w stronę cerkwi jest ona niemym świadkiem tragicznych losów wsi. Z miejscowością związane są ściśle losy rodu Kopystyńskich. Ich najbardziej znany przedstawiciel Michał Kopystyński władyka (prawosławny biskup) przemyski. Został wyklęty ze swego kościoła za ostrą krytykę i przeciwstawianie się postanowieniom unii brzeskiej, która łączyła prawosławie z rzymsko-katolicyzmem . Umarł w 1610 roku, został pochowany prawdopodobnie na „Horbysku” w Kopyśnie, lub właśnie we wspomnianej wcześniej cerkwi.
Dookoła cerkwi stary zarośnięty cmentarz. W rogu - XIX wieczna dzwonnica. Wygląda dumnie choć dziś sypie się z niej tynk i brakuje na niej dzwonów. Dziś  cerkiew służy za rzymsko katolicki kościół filialny, dla parafii w Rybotyczach. Nabożeństwa są tam odprawiane tylko kilka razy do roku, zwykle w czasie świąt.
Czerwonym szlakiem podążamy na szczyt Kopystańki najwyżej położonego punktu widokowego na pogórzu przemyskim. Przed nami roztacza się przepiękna panorama z daleka widoczne wzgórza Kalwarii Pacławskiej. Widać Przemyśl, elektrownie wiatrowe w Żurawicy, Reczpol, okolice Birczy, Kalwarię Pacławską, okolice Arłamowa, oraz całkiem spory kawałek Ukrainy. Na szczycie krzyż postawiony na pamiątkę pielgrzymki Jana Pawła II do Przemyśla i Sanoka. Krzyż stanowi jednocześnie stację odbywającej się co roku, a przechodzącej przez Kopysno drogi krzyżowej.
W drodze do wsi, po drodze mijam stare grodzisko nazywane przez okolicznych mieszkańców zamczyskiem. Wg. badań archeologicznych grodzisko to pochodzi prawdopodobnie z X-XII wieku. Dziś niewiele można tam zobaczyć z wyjątkiem fosy, ale kiedyś podobno stał tu tętniący życiem obronny gród, świadczyć ma o tym duża liczba znalezionych wykopalisk np. naczyń oraz same rozmiary grodziska.
Miejscowa legenda głosi że pod owym „zamczyskiem” znajduje się tunel prowadzący do samych Rybotycz. Legend związanych z Kopysnem jest więcej: o studni bez dna w której słychać dzwony, o świetlistej łunie wychodzącej z miejsca prawdopodobnego pochówku biskupa Michała Kopystyńskiego i znikająca w kapliczce, podobno też po Kopystyńskich lasach czasem przechadza się sam diabeł.

Twardziel z tajemniczą przeszłością

Schodzę przez łąkę do wsi. Przy drodze mężczyzna spaceruje z kilkuletnią dziewczynka i małym kundelkiem. To jeden z dwóch mieszkańców Kopysna- Grzegorz Tomaszewski. Pan Grzegorz zazdrośnie strzeże swej przeszłości. Zdradza tylko że ma 42 lata, pochodzi z Sopotu przyjechał do Kopysna w 1995r i z kilku letnią przerwą mieszka tam do dzisiaj. Kiedy przyjechał miał na głowie irokeza, a na nogach glany i spodnie obcięte do połowi łydki. Był punkiem, a oprócz tego zapalonym ekologiem, Chciał oderwać się od miasta i zamieszkać gdzieś, na łonie dzikiej natury. Na początku próbował w Bieszczadach, potem odnalazł Kopysno, i tu został. Typ twardziela. Mieszkał  najpierw sam w szałasie, potem sprowadziła się do niego żona, ale niewytrzymała i odeszła, z druga było tak samo.
Jak mówi pan Grzegorz -to się tylko tak wydaje, przyjezdnym, że życie tu, to bajka, W rzeczywistości jest ciężko, nawet bardzo ciężko, ale trzeba sobie jakoś radzić. Żyje się skromnie, ale po swojemu. Ciężko, bo nie da się zrealizować swoich planów. Co robię?- Sadzę drzewka, ale bardzo dużo dzikiej zwierzyny podchodzi do domu i niszczy to co zasadzę. Małgosia wczoraj stado jeleni tutaj widziała. Zresztą ludzie czasem nie są lepsi: w zeszłym roku ktoś ukradł mi klacz- nazwałem ją Bianka jak moją trzecią córkę, to nie była sprawka żadnego wilka, psy by wyły, zresztą też inne konie by zareagowały, a tu nic, ktoś ukradł i tyle.
Co mi się tu spodobało i co mnie trzyma? To, że to jest zadupie, tzn. kiedyś było bardziej, dziś już mniej.  Coraz częściej starzy mieszkańcy, a właściwie ich potomkowie zaczynają interesować tą miejscowością.
Codzienne życie tu niesielskie. Teraz są wakacje i moja córka Małgosia jest ze mną- opowiada niespiesznie. Zima jest straszna  droga często nieprzejezdna, odśnieżana była może  kilka razy na przestrzeni ostatnich lat. Jak jest duży śnieg to bywa, że nawet końmi i saniami nie przejedzie, przypinam wtedy narty i zjeżdżam do Rybotycz po najpotrzebniejsze rzeczy.
Myślę żeby się stąd przenieść, ale nie do miasta, tylko, jak nie w Bieszczady to na tamten świat,(śmiech) chociaż …. zobaczymy. W Bieszczadach jest więcej tlenu do życiu. A poza tym-jest, jak jest, lata lecą, pieniędzy nie ma, kobiety też się jakoś nie garną do takiego życia. Ale jakoś żyć trzeba- kończy filozoficznie pan Grzegorz.
Po sąsiedzku duży dom, ogrodzenie, psy. To dom państwa Jakubów. Nie zastaliśmy właściciela -tylko pracownika który pilnuje domu i dokarmia psy. Właściciel tu nie mieszka, dojeżdża tylko.  

Sam z Borysem

Niedaleko jest dom pana Jana Łuczaka właściciela hodowli dzików i dziko-świń. Pan Jan przyjechał tu z Olsztyna w 1979 r, tu poznał swoją przyszłą żonę. Z miejscowością jest związany przez jej rodzinę. Teść pana Jana był przez lata jedynym mieszkańcem Kopysna, utrzymywał wieś przed kompletnym zdziczeniem, on też zaszczepił zięciowi miłość do Kopysna. Pan Jan obiecał teściowi, że po jego śmierci zajmie się „teściowizną”. I dotrzymuje słowa. Kiedy przyjechaliśmy pan Jan razem ze znajomym panem Ryszardem akurat zrobili sobie przerwę w pracy na polu. Usiedli pod drzewem przy stole, w cieniu, popijając wodę mineralną. Pan Jan wita się uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. Zaprasza do stołu, gościnnie proponując, kawę, herbatę a nawet coś mocniejszego.
Jestem ciekawy jak się żyje na takim odludziu -Dajemy sobie rade,- kiwa głową. Ludzi tu niewielu więc sobie pomagamy. Z dojazdem to tak jak widać mam starego dżipa to zawsze przejadę. Innym autem było by ciężko. Teraz tu się za mną chce wybudować taki człowiek z Niemiec, to się będzie starał o naprawę drogi. Bo jak budowa, to przecież cementu i piasku na plecach nosić nie będzie. Chociaż Grzesiek, jak się budował to nosił, on jest twardy, kawał chłopa z niego, i faktycznie cement na placach z Rybotycz do siebie na działkę dźwigał- 3,5km(!). Chłop jest twardy i się nie poddaje. Wiele osób tu młodych, chciało spróbować swoich sił, ale nie dali rady.
Ani pogotowie ani straż nie ma tu nie dojedzie- Tu nikt nie choruje.- uspokaja pan Jan. A jak już zachoruje to tu blisko cmentarz. Straż tak samo niema co tu gasić. A pragnienie umiemy ugasić sami –śmieje się bo żart mu się udał.

Wroga przeciągnąć na swoja stronę

Kiedyś było tu inaczej, tu była duża wieś 148 numerów. Przyjeżdżają tu czasem potomkowie byłych mieszkańców, zwykle na wszystkich świętych, czasem dużo ludzi przyjeżdża. Zwykle wtedy ksiądz odprawia w cerkwi nabożeństwo. Dużo nowych osób wykupiło tu sobie działki. Ja mam co tu robić, roboty mi tu nie brakuje. Tu jest takie trochę survivalowe życie, mięczaki się tu nie nadają. Po podwórku chodzą dziko-świnie. Gładkie i łaciate –skąd pomysł na hodowlę- zagaduje.
Od początku jak tu mieszkam to hoduję dziki, mój teść wcześniej zajmował się rolnictwem, i zawsze się użerał z dzikami, które niszczyły mu uprawy. A ja pomyślałem sobie, że niema co z nimi walczyć tylko trzeba wroga przeciągnąć na swoją stronę. I tak hoduje dziki, staram się by czuły się u mnie jak na wolności. Co jednak niesie ze sobą pewne zagrożenia, bo parę lat temu ktoś ukradł mi 4 sztuki.       
Nie myślał pan żeby tu jakiejś agroturystyki otworzyć, przecież to idealne miejsce- podtrzymuję popołudniowa pogawędkę.
-Wie pan ja już nie, gdybym miał 30 lat to bym się ani chwili nie zastanawiał: agroturystyka, powiększenie hodowli. Ale ja już nie mam zdrowia .. Już musze sobie na tyłku siąść i myśleć realnie, żeby ktoś z młodych się kwapił to tak, chciałbym żeby któreś z moich dzieci chciało się tym zająć, ale oni są po studiach, powyjeżdżali. Oglądamy z panem Janem jego hodowlę, niektóre z dzików wyglądają bardziej jak niedźwiedzie. -Borys to mój ukochany dzik- mówi –Je mi chleb prosto z ręki. Jest wierny jak pies,  potrafi być groźniejszy od psa i śpi czujniej niż pies. Nie jestem tu sam dotrzymuje mi towarzystwa.
Żegnam się z panem Janem i z Borysem.  Po wyboistej drodze kołysząc się na niemiłosiernie głębokich koleinach powoli toczę się w stronę Przemyśla. Opuszczam Kopysno, wieś jak z obrazka, i choć życie tu niesielskie to dziwnie zapada ona w pamięć i serce.
                                                                                                                                                                                                                                                                             Kamil Zarański 




(Opublikowane na łamach Gazety Przemyskiej)

Prof. Henryk Jordan



Naukowiec, lekarz, społecznik, propagator praw dziecka do ruchu i rekreacji. Dziś głównie kojarzony z tzw. ogródkami jordanowskimi. Mało kto wie, że ten zasłużony w tak wielu dziedzinach człowiek urodził się i spędził dzieciństwo w Przemyślu.

Choć zasługi dr. Jordana można by wymieniać długo, najbardziej zasłynął jako wielki społecznik i obrońca praw dzieci. Lwią część swojego życia poświęcił kwestiom zdrowia i wychowania. Gdyby nie on niemielibyśmy dziś placów zabaw, przyszkolnych boisk, ani lekcji wychowania fizycznego w dzisiejszym kształcie. Człowiek ten propagował zdrowy styl życia, ruch na świeżym powietrzu oraz ćwiczenia fizyczne. Utworzył pierwszy w Europie tzw. Park jordanowski nieodpłatnie otwarty dla dzieci,  na terenie którego znajdowały się: boiska, korty tenisowe, pływalnia, sala gimnastyczna, liczne przyrządy gimnastyczne, bieżnie, place zabaw, ogród warzywny, a także mleczarnia i stołówka w której dzieci mogły się posilić. Zajęcia w ogrodzie jordanowskim były zorganizowane i nadzorowane przez nauczycieli i lekarzy.
Ogród Jordanowski jaki powstał w Krakowie stał się chlubą i wizytówką miasta. Szybko też inicjatywa znalazła naśladowców w innych miastach m.in.: we Lwowie, Tarnopolu, Nowym Sączu, Warszawie i Jarosławiu.
Profesor Henryk Jordan był delegatem do Rady Szkolnej Krajowej, dzięki czemu miał wpływ na szkolnictwo na terenie całej ówczesnej Galicji. Do jego inicjatyw należało między innymi wydłużenie czasu przerw między lekcyjnych z 5 do 15 i 30 minut, aby dzieci miały czas na zabawę i ruch. Powstawały przyszkolne boiska, do szkół wprowadzano lekcje wychowania fizycznego na świeżym powietrzu. Rozpowszechnił wiele dyscyplin sportu popularnych do dzisiaj. Niewielu dziś zdaje sobie z tego sprawę, ale rozpowszechnienie piłki nożnej w Polsce, także zawdzięczamy prof. Jordanowi. Na boisku na terenie parku jordanowskiego w Krakowie. Rozgrywano pierwsze mecze piłki nożnej w tym mieście. Za jego sprawą rozegrano  także pierwszy w Polsce mecz pomiędzy miastami. 6 czerwca 1903 roku w Krakowie miały miejsce rozgrywki pomiędzy drużynami ze Lwowa  i z Krakowa. Po tym wydarzeniu w Krakowie nowe drużyny piłkarskie zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu. 

Niełatwe dzieciństwo i młodość

Henryk Jordan urodził się w 1842 roku w Przemyślu. Jego ojciec Bonifacy Jordan, był prywatnym nauczycielem. Prawdopodobnie właśnie z domu Henryk wyniósł zainteresowanie sprawami wychowania. Ojciec umarł mu przedwcześnie, zostawiając młodego Henryka wraz z matką,  w biedzie. Matka Henryka miała na imię Salomea, z domu Wędrychowska,  utrzymywała się z prowadzenia pensjonatów dla dziewcząt. H. Jordan, był zdolnym i bardzo inteligentnym dzieckiem. Zainteresowanie nauką rozbudził w nim jego nauczyciel, o nazwisku Trusz. Chłopiec bardzo wcześnie musiał sam zacząć zarabiać, na  potrzeby swoje i swojej matki, udzielał korepetycji. Pierwsze lata nauki w gimnazjum, spędził w  Tarnopolu. Nie zagrzali tam jednak długo miejsca, do wyższych klas gimnazjum Henryk Jordan uczęszczał już do szkoły w Tarnowie. Tam jednak miał problemy z  jej ukończeniem. Powodem było to, że zaangażował się w ruchy wolnościowe poprzedzające styczniowe powstanie. Groziło mu relegowanie z Tarnowskiego gimnazjum. Został zmuszony do czasowego opuszczenia Galicji. Matce Henryka udało się na szczęście załatwić dla niego miejsce w gimnazjum w Trieście. Co było zaskakujące udało mu się ukończyć je z wyróżnieniem. 31 lipca 1863 roku zdał maturę  w języku włoskim, pomimo iż nigdy wcześniej się go nie uczył. Po ukończeniu szkoły podjął studia medyczne w Wiedniu. Niestety matki chłopca nie było stać na utrzymanie i opłacenie jego studiów.  Po kilku miesiącach Henryk Jordan przybył do Krakowa, gdzie kontynuował studia medyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po czterech latach nauki, przed złożeniem końcowego egzaminu medycznego, trudności finansowe, oraz chęć poznania świata wzięły górę nad kontynuacją nauki. Wyruszył w podróż, do USA.

Amerykański sen 145 lat temu

Kiedy trafił do Nowego Jorku był rok 1867, polscy imigranci nie mieli wtedy przed sobą wielkich możliwości. Jednak Henryk Jordan dzięki swojej życiowej energii, oraz umiejętności szybkiego przystosowywania się do nowych warunków i okoliczności, poradził sobie w stanach nadspodziewanie dobrze. Choć spędził w USA niecałe 2 lata, udało mu się odnieść kilka sukcesów, o których inni imigranci mogli tylko marzyć.
            W Nowym Jorku zrobił specjalizacje lekarską w zakresie ginekologii. Ucząc się zarabiał na życie grą na fortepianie w restauracji, oraz w zakładzie gimnastycznym dla dziewcząt. Tam właśnie po raz pierwszy zetknął się z rozwiniętym już wówczas w Ameryce programem zorganizowanych ćwiczeń fizycznych dla młodzieży, który w tym czasie w Polsce, jak i w większości Europy praktycznie nie istniał. Sam, w USA intensywnie uprawiał sport (piłkę nożną, boks, biegi, skoki i jachting). Zaczął dostrzegać znaczenie harmonii w rozwoju umysłowym i fizycznym. Uważał, że  „tęgie mózgi i silne ramiona” powinny iść ze sobą w parze. Niedługo później rozpoczął w Nowym Jorku własną praktykę ginekologiczno-położniczą. Jako lekarz był bardzo ceniony przez nowojorczyków. Jego reputacja pozwoliła mu otworzyć ciesząca się dobrą renomą w Nowym Jorku, szkołę dla położnych. Dzięki swojemu pobytowi w Ameryce zyskał doświadczenie lekarskie, kilka nowych pomysłów, oraz znaczną niezależność finansową. Jednak tęsknota za ojczyzną nie pozwoliła mu pozostać za oceanem.

Powrót do korzeni

W 1869 r Henryk Jordan wraca do Polski, gdzie osiada w Krakowie. Rok później przystępuje do końcowych egzaminów na UJ i otrzymuje dyplom doktora medycyny. Podejmuje studia specjalizacyjne we Wiedniu, dzięki którym otrzymuje stanowisko asystenta w Katedrze ginekologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Na uczelni pracuje przez 4 lata. Pracę tę kończy bardzo pochlebną notą rekomendacyjną.
Niedługo potem dr. Henryk Jordan otwiera w Krakowie własną praktykę ginekologiczno-położniczą. Tu także szybko zdobywa renomę i dobre imię. Pomaga wielu biednym kobietom nierzadko lecząc je, za darmo. Sława jego niedługo wybiega poza Kraków roztaczając się  szerokim kręgiem po całej Galicji, a jakiś czas później dociera na dwór cesarski do Wiednia. Dr. Henryk Jordan z swoją opinią specjalisty, zostaje lekarzem Izabelli Habsburg żony arcyksięcia Fryderyka. Przemyślanin był często wzywany do porodów na dwór cesarski. Nazywano go „Bocianem Habsburgów”. Zdobył wielkie zaufanie pary arcyksiążęcej. W dowód wdzięczności za swoją posługę, otrzymał od cesarza Franciszka Józefa I, tytuł radcy dworu, a także Order Żelaznej Korony III klasy. To wszystko pozwoliło Henrykowi Jordanowi zyskać jeszcze większa sławę i zgromadzić całkiem pokaźny majątek, którym chętnie i szczodrze dzielił się z potrzebującymi.

Szukając zapomnienia

W 1874 roku trzydziestodwuletni dr. Henryk Jordan wziął ślub z Marią z domu Gebhardt. Rok później Maria urodziła mu syna, jak się później miało okazać było to ich jedyne dziecko. Doktorowi Jordanowi niestety nie było dane długo cieszyć się szczęściem rodzinnym. W 1881 jego 6 letni synek umarł, a żona zapadła na ciężką, nieuleczalną jak na owe czasy chorobę. Henryk szukając zapomnienia po tragicznych wydarzeniach, poświęcił się jeszcze bardziej pracy naukowej, oraz działalności społecznej.
Niedługo później uzyskał habilitacje i rozpoczął pracę dydaktyczną na UJ. W tym samym czasie został po raz pierwszy wybrany do rady miasta Krakowa. Obowiązki radnego pełnił zresztą aż do swojej śmierci. Jako wykładowca zaskarbił sobie sympatię studentów życzliwością i troskliwością. Zdarzało się, że pomagał najbiedniejszym studentom opłacając za nich czesne. Jako lekarz starał się nie tylko leczyć, ale też zapobiegać chorobom, publikując broszury i organizując pogadanki skierowane głównie do najuboższych, w których przestrzegał przed chorobami i uczył jak im skutecznie zapobiegać. W 1895 otrzymał tytuł profesora zwyczajnego i powierzono mu kierowanie katedrą położnictwa i ginekologii Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Jagiellońskiego. Prowadząc Klinikę uniwersytecką usilnie dążył do jej unowocześniania i modernizacji, niektóre zmiany fundował z własnej kieszeni. Wydawał wiele prac naukowych, szeroko cenionych przez środowisko lekarskie w Polsce. W centrum jego zainteresowania jako naukowca leżał wpływ higieny na zdrowotność społeczeństwa polskiego.

Pierwszy „ogródek Jordanowski”

W 1889 roku z inicjatywy H. Jordana powstał w Krakowie Park gier i zabaw, nazwany później przez krakowian Parkiem im. H. Jordana. Był to pierwszy tego typu obiekt w Europie, zawierał w sobie kompleksowy zestaw atrakcji dla dzieci i młodzieży pozwalający im na ruch i zdrowy rozwój. Dużą część kosztów związanych z funkcjonowaniem parku pokrywał z własnej kieszeni. Nie bał się poświęceń, jak mawiał „wielkich rzeczy nie dokona się małym kosztem”.  W ślad za krakowskim parkiem powstawały następne. Prof. Jordan często osobiście organizował dzieciom czas. Wygłaszał także pogadanki historyczne, uświadamiając patriotycznie młodzież.
Zaangażowany był w pomoc biednym, utworzył program przyznawania tanich mieszkań dla ubogich robotników. Odmówił objęcia funkcji prezydenta Krakowa. W 1902 roku został delegatem Krakowa do Rady Szkolnej Krajowej która obradowała we Lwowie. W 1906 roku został powołany do Najwyższej Rady Sanitarnej we Wiedniu. Niestety podczas jednego z pierwszych jej posiedzeń, doznał ataku dusznicy sercowej, Po powrocie do Krakowa jego stan zdrowia pogorszył się, i prof. Henryk Jordan zmarł 18 maja 1907 roku. Pochowany został w grobowcu rodzinnym na cmentarzu Rakowickim w Krakowie.
  
Co pozostało nam po Jordanie?

Przemyślanin Prof. Henryk Jordan wyprowadził blade i przygarbione dzieci z zadymionych, dusznych i ciasnych kamienic na powietrze, wpoił im ducha sportu i rekreacji. Czy dziś jednak pamiętamy co chciał nam przekazać? Ogród jordanowski w Krakowie daleki jest od dawnej świetności, mniej jest tam atrakcji, mniej też jest dzieci. Na naszych osiedlach zardzewiałe i niebezpieczne place zabaw, straszą gdzieś pomiędzy blokami, zdewastowane i polikwidowane: boiska, korty, pływalnie i inne obiekty sportowe, przerwy w szkołach skrócone na powrót do 5 min. W 1971 roku było w Polsce 1865 ogródków Jordanowskich a korzystało z nich niemal 200 tysięcy dzieci. W roku 1997 było ich  już tylko 20. Dziś nie jest dużo lepiej. Coraz więcej polskich dzieci wróciło do spędzania czasu w domu, tym razem przed ekrany telewizorów i komputerów, na powrót stają się blade, i przygarbione. Młodzież coraz mniej uprawia sportu, nie mając się gdzie wyżyć jest za to coraz bardziej agresywna. Kije baseballowe, które, o ironio, sprowadził do Polski H. Jordan dziś nie służą do gry w palanta, tylko do rozbijania głów. W Przemyślu w mieście w którym urodził się prof. Jordan mało kto o nim pamięta. Czy zatem odrobiliśmy lekcje profesora Jordana? Pytanie to pozostawię bez odpowiedzi.

                                                                                                         
...Kiedyś byliśmy dziećmi i pewnie do dziś pamiętamy, ile radości dawały nam zabawy na placach zabaw i boiskach. Dziś prowadzimy tam swoje dzieci, widząc uśmiech na ich twarzach wspomnijmy czasem o człowieku, któremu to zawdzięczamy...

                                                                                                                  Kamil Zarański 
                
                                                                                           (Opublikowane na łamach Gazety Przemyskiej)

Z Przemyśla do Hollywood



Jego imperium rozciąga się od Holywood do Bolywood, od Morza Martwego, aż po Nepal. Jest jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Zaczynał od zera, dziś jest znanym i poważanym wytwórca kolorowych kosmetyków. Wybrany człowiekiem roku 2012 przez Polską Radę Biznesu. Przemyślanin - Wojciech Inglot, prezes firmy Inglot Cosmetics opowiada o swojej firmie, jej niełatwych początkach,  o Przemyślu jego oczami oraz o samym sobie. 

Jak w Przemyślu otwiera się firmę, która tak dobrze radzi sobie na międzynarodowym rynku?

Ona się otworzyła wieki temu, to już prawie 25 lat. Robiliśmy cały czas swoje, staraliśmy się rosnąć sensownie, w sposób niewysilony, bez jakichś tam szaleństw. I zbudowaliśmy przez pierwsze powiedzmy 18 lat naszego istnienia ogromny potencjał:  produkcyjny, badawczy i marketingowy. No i przede wszystkim ten nasz koncept z którym wystartowaliśmy na początku 2000 roku, czyli własne sklepy i własne stoiska. On się wydał na tyle interesujący dla rozmaitych ludzi na całym świecie, że wszyscy go chcieli i co najważniejsze dalej chcą mieć. W sumie nasza obecność poza Polską to jest zaledwie 6 lat. W tej chwili jesteśmy w 25 krajach, na 6 kontynentach i tych rynków nam przybywa. Nie ma nas jeszcze w Chinach

Czy to znaczy, że ma pan już więcej sklepów firmowych za granicą niż w Polsce?

Liczba ta się zrównoważyła. Sklepy za granicą generują zdecydowanie więcej przychodów niż te w Polsce. I myślę, że w ciągu dwóch następnych lat proporcja ilości sklepów będzie w okolicach 70 do 30, a może nawet 80 do 20. W Polsce mamy sytuację dość stabilną, więc otwieramy niewiele nowych sklepów. Jak powstaną jakieś interesujące centra czy inne ciekawe miejsca to tam się pojawiamy. Czasem słabsze miejsca zamykamy, tak że liczba sklepów utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Natomiast, liczba sklepów za granicą przyrasta w bardzo szybkim tempie.

"Nasz człowiek" w świecie mody i urody, w Hollywood i Bollywood. Ciężko jest się wybić, odbić z Przemyśla w świat? Jak pan wspomina  początki swojej działalności? Było ciężko?

Nasze początki to były inne czasy. Wtedy, jak się miało nienajgorszy produkt, to było go łatwiej sprzedać, ale trudniej było go wyprodukować. Na różnych etapach produkcji, np. w zakresie surowców trzeba było sobie radzić, importować, np. przez Pewex itp. Prościej było ze zbytem. Dzisiaj nie ma problemu z surowcami, urządzeniami, maszynami, sprzętem badawczym, jedyny problem jaki może się pojawić to pieniądze. Cała sztuka  polega dziś na tym, żeby się odróżnić od konkurencji jakością, ceną, konceptem i modelem sprzedaży. Nam się to na szczęście udało, głównie jeśli chodzi o pomysł i model sprzedaży. Konkurujemy też ceną, mimo że na Zachodzie jesteśmy dwa razy drożsi niż w Polsce. Myślę, że nasza kombinacja: ceny, jakości, sposobu podania jest na tyle interesująca, że broni się, nawet na najtrudniejszych rynkach. Począwszy od Nowego Jorku przez Sydney, po New Delhi, skończywszy na Nepalu.

Nawet w Nepalu?

Tak, to jest franczyza - coś w rodzaju sklepu w sklepie - ale jesteśmy obecnie także w Nepalu.  

Skąd wziął pan odwagę, na starcie?

Na starcie człowiek nie ma odwagi. Liczy się  pomysł i potrzeba działania. Budowaliśmy tę firmę od zera, od jednej osoby, w dwóch pokojach wynajętego w półsurowym stanie domu. Nigdy nie rzucaliśmy się na szalone rzeczy, o których dziś jest głośno. Nie chcieliśmy być cudotwórcami, magicznymi złotymi dziećmi, które budują wielkie firmy za cudze pieniądze, po czym z głośnym hukiem upadają. Polski tzw. młody kapitalizm wybrukowany jest trupami takich pomysłów i ludzi, którzy zaczynali z wielkim trzaskiem i kończyli z wielkim trzaskiem, albo po cichu. Generalnie, jaki szybki był ich początek, tak szybki był też ich koniec.

Kto był dla pana inspiracją? Czy może ktoś z pana rodziny już wcześniej próbował swoich sił w biznesie?

Nie, nikt z rodziny nie prowadził wcześniej swojego biznesu. Podczas studiów udało mi się zwiedzić kilka krajów, udało mi się przeczytać kilka ciekawych historii. Taką największą inspiracją byli ludzie z branży kosmetycznej  i życiorysy ludzi, którzy startowali z niczego i udało im się zbudować multi-miliardowe imperia. Zabrało im to czasem jedno, czasem dwa pokolenia, czasem jeszcze dłużej, ale dokonali swego.

Trudno się wybić z Przemyśla? Czy nie ma to znaczenia gdzie się mieszka, a liczy się pomysł na biznes?

I trudno, i nie trudno. Przemyśl prawdopodobnie nie byłby łatwy, gdyby działalność polegać miała na tym, że tu jesteśmy, tu pracujemy, tu mieszkamy i tu zarabiamy. Przemyśl jest daleko od miejsc, gdzie coś się dzieje, gdzie jest dużo akcji, i stąd też odradzano mi lokalizowanie fabryki kosmetycznej w Przemyślu.
To się miało nigdy nie udać, ale się udało. Przemyśl – małe miasto na końcu Polski, daleko od centrum, od Warszawy, gdzie jest największe zainteresowanie nowościami, jest duża konkurencja, ale i duże szanse. Wydawało się to niemożliwe... Ale Przemyśl ma  też swoje zalety, jest tu spokojniej, czasem trudniej, czasem łatwiej. Jest tu wielu ludzi cennych, którzy nie chcą z różnych względów opuszczać miasta. Pokończyli dobre szkoły, ale nie zawsze mogą się tutaj odnaleźć, więc dajemy im szansę. Na pewno minusem jest dojazd, do każdego wyjazdu służbowego, trzeba sobie doliczyć kilka godzin i to jest uciążliwe, jeśli często się wyjeżdża, tak jak wielu moich pracowników.

Czy czuje się pan związany emocjonalnie z Przemyślem?

Tak,  tu się urodziłem, wychowałem do czasu kiedy poszedłem na studia, tu szczęśliwie mieszkałem. W Przemyślu mieszka większość mojej rodziny: siostra, brat, mama. Więc na pewno jestem związany z tym miastem emocjonalnie. Zresztą myślę, że udało mi się dla niego niemało zrobić - czy to będąc radnym miejskim, czy  przewodniczącym rady miasta. Wspierałem i wspieram rozmaite ciekawe pomysły. W dalszym ciągu  fundujemy najlepszym chemikom z mojego II LO nagrody, i ci ludzie robią potem wartościowe studia.
Ostatnio otrzymałem egzemplarz pracy doktorskiej robionej na Uniwersytecie w Kopenhadze, od pierwszego laureata nagrody mojego imienia.. Nie tak dawno odbierając tytuł człowieka roku od Polskiej Rady Biznesu i telewizji TVN otrzymałem nagrodę w wysokości 100 tyś zł, którą przekazałem na podręczniki dla dzieciaków.
Wspieramy, o czym ja zwykle nie "huczę", i nie robimy z tego wielkiego halo, bo to z potrzeby serca, poza tym uważam, że tak trzeba. Poprzez rzeczy, które robimy i robię, widać, że mój związek emocjonalny z Przemyślem jest, i to bardzo mocny. Przemyski adres ląduje w torebkach pań na całym świecie. Ponad 95% kosmetyków produkujemy w Przemyślu. W tej chwili w przemyskiej firmie pracuje ok. 400 osób.

Zebrał pan już dość pokaźny kapitał,  na co przeznacza pan zarobione pieniądze, w co pan inwestuje?

Cały czas inwestuje w rozwój firmy - w nowe technologie, nowe maszyny. Nie inwestujemy w giełdę. Nie wspieramy cudzych biznesów, skoro mamy jeszcze tak wiele rozmaitych rzeczy, które możemy zrobić sami u siebie. Jesteśmy w tej chwili jedną z nielicznych firm w Polsce, które posiadają certyfikat GMP (Good Manufacture Practise). Jesteśmy z tego bardzo dumni - lokalny team, lokalna załoga wyśrubowała tak standardy produkcji, na niebotyczny wręcz poziom. Dziś wiele międzynarodowych marek dużo by dało, żebyśmy dla nich produkowali. Zdobycie certyfiktu GMP zajęło nam 2 lata. Musieliśmy spełnić drakońskie normy. Nie musimy się posiłkować kredytami bankowymi. Możemy błyskawicznie reagować, na to co dzieje się na rynku. Nie musimy przedstawiać żadnych business planów. Jesteśmy w stanie działać bardzo szybko, to nam daje szybkość na rynku, która jest dziś bardzo cenna.  

Co pan robi w wolnym czasie? Jakieś hobby?

Mam  nawet kilka. Największym, takim na którego realizacji mogę się skoncentrować jest gotowanie. Właściwie ma ono wiele wspólnego z chemią. Trzeba mieć podobna wyobraźnie - z paru pozornie nie pasujących do siebie rzeczy można zrobić coś ciekawego. Poza tym, moim hobby jest bez wątpienia muzyka, szczególnie Jazz. Staram się co roku zapraszać do Przemyśla jakąś gwiazdę sceny Jazzowej. Lubię też tenis, co prawda rzadziej teraz gram, częściej oglądam, ale znam się osobiście z tenisistkami polskiego pochodzenia w Stanach, np. Karoliną Woźniacki. Co roku organizujemy w Nowym Jorku imprezę z dziewczynami przed otwarciem US Open.

Czy pieniądze dają szczęście?

Na pewno nie same pieniądze, ale sensowne ich wydawanie może dawać szczęście. Zawsze traktowałem pieniądze jako produkt uboczny rozmaitych działań. Może to brzmieć prawdziwie lub nie, ale one się nigdy dla mnie nie liczyły. Liczą się jedynie jako narzędzie do realizacji celów, ale nie jako cel sam w sobie. Zresztą, myślę, że widać to po mnie - jestem człowiekiem „wyluzowanym” i ostatnią rzeczą jest u mnie chęć pokazywania, że je mam (pieniądze).   

Jak ocenia pan perspektywy dla Przemyśla w najbliższej i nieco dalszej przyszłości?

To zależy od tego jaki Przemyśl obierze kurs. Bolączką tego miasta, jest to, że nigdy nieudało mu się, przyciągnąć żadnych poważnych inwestorów. Tak miało być, ale się tak nie stało. Mamy w firmie regularnie gości z całego świata, są to ludzie niebiedni, którzy też kawałek świata widzieli, i są zachwyceni tym miastem. Ale myślę, że sama turystyka to za mało.
 Przemyśl potrzebuje dużo lepszej bazy rekreacyjnej. Turystyka plus rekreacja - to może dać efekty w takim mieście. To jest przecudne miasto i mówię to bez żadnego ściemniania. Ale są pewne rzeczy które aż rażą. Chociażby to, że nie ma żadnej fajnej ścieżki rowerowej wzdłuż Sanu - to jest żenujące. Nie każdy będzie chciał jeździć po lasach czy fortach. Zrobienie jednym ciurkiem ścieżki o długości 3 km to nie jest żadna wielka inwestycja a na jej braku Przemyśl traci. I takich przykładów jest więcej. Szanse na inwestycje przemysłowe w Przemyślu są bardzo słabe. Przemyśl nie ma historii przemysłowej, tego czegoś, co by zachęcało i pokazywało, że tu można i warto zrobić interes. Moim zdaniem nie jest słuszne przedstawianie Przemyśla, jako tylko i wyłącznie miasta dzwonów i fajek. Przy całej mojej sympatii dla fajczarstwa i podziwu dla ludwisarstwa to zawężanie całej charakterystyki miasta, do tych dwóch, jednak trochę, archaicznych dziedzin jest moim zdaniem błędem. Albo przynajmniej niewykorzystaniem okazji.
Dużym plusem Przemyśla jest to, że wiele rzeczy jest tutaj tańszych niż  gdziekolwiek indziej, np. koszty czynszu, wynajmu, dzierżawy, gruntów, koszty życia. Większość osób, które narzeka na mieszkanie w Przemyślu, narzeka na dojazd - pociągi to „lepiej nie mówić”, samochód tak samo. Ja sam raczej jeżdżę nocą, żeby nie stać w korkach.
Ludzie są przyzwyczajeni do dobrego dojazdu i szansa, że będzie można dojechać do lotniska w takim czasie, jaki zajmuje to w większości dużych miast w Europie i na świecie jest dla Przemyśla znacząca. To jest coś, czego niewolno nam przeoczyć, o tym już się powinno mówić. Dziś z Jasionki można polecieć do Frankfurtu, skąd można się dostać w praktycznie każde miejsce. Ja sam mając mieszanie w Warszawie bywam tam 5 razy rzadziej, tylko wtedy, gdy naprawdę musze. Lufthansa lata już z Rzeszowa. Wole dojechać tam w godzinę, niż tłuc się do Warszawy.
O tym miasto już teraz powinno mówić, i to głośniej niż o tym, że Przemyśl to miasto Wojaka Szwejka - to nie jest dobra reklama. Problem polega na tym, że tego nikt nie rozumie na świecie, Przemyśl jest dumny z tego i ja też, to jest fajne a nawet jajcarskie. Natomiast tego na świecie, ani nawet w Europie nikt nie zrozumie, może z wyjątkiem Czechów. Więc wydawanie pieniędzy na taką reklamę to jest kompletny bezsens.

Jakie rady miałby pan dla początkujących przedsiębiorców?

Nic nie zastąpi pracy, prawdziwe sukcesy wymagają: czasu, wiedzy i uporu, cholernego uporu. Jeśli siłą napędową, motywacją i celem jest pieniądz to, to nie zadziała, one muszą być traktowane jako produkt uboczny. Jeśli ktoś ma dobry pomysł, to będą z niego pieniądze, ale nie mogą one być celem biznesowym. Najważniejsza jest koncepcja, model i produkt czy usługa, to co chcemy zaoferować komuś. Bardzo ważna jest edukacja, trzeba pamiętać, że każdego dnia na świecie prawdopodobnie paręset tysięcy ludzi zakłada jakiś swój biznes, wierząc, że oni zdobędą jak nie swój kraj, nie swoje miasto to świat. I są w stanie tyrać od dnia do nocy i uczyć się nocami, aby dojść do celu.
Przewagi cywilizacyjne, które mieliśmy za chwilę w ogóle przestaną się liczyć. Dziś wiedzę może zdobywać każdy, nawet w zapadłej wiosce w Nepalu. Dziś odległość od nauki, od największej biblioteki świata jest jak od klawiatury komputera. Więc jeśli ktoś naprawdę chce się uczyć, to nie musi wywalać pieniędzy, mieszkać w Oxfordzie czy w Bostonie żeby chodzić na Harvard. Z wyjątkiem kilku kierunków wymagających badań i laboratoriów, to cała masa różnych dziedzin wiedzy może być opanowana za pośrednictwem Internetu. Wystarczy głowa, chęci i upór.

Jakie są pana dalsze plany w zakresie rozwoju firmy. Będą nowe inwestycje?

Nie próbujemy robić planów dalszych niż na 2 lata. To co się dzieje na świecie, jest wielką niewiadomą. Chcemy być na tyle zróżnicowani, aby być przygotowanym na różne ewentualności, aby nas nic nie zaskoczyło. Nie ma już właściwie miejsc, o których bym marzył - jesteśmy od Holywood po Bolywood, naszych kosmetyków używają gwiazdy typu Britney Spears.
Chcemy mieć najnowocześniejszą fabrykę na świecie, chcemy mieć najlepszy w świecie team. Dla mnie to jest frajda, ja tego nie traktuje, jako pracy - mogę nie mieć urlopu i zwykle nie mam, bo nie odczuwam takiej potrzeby. Tak naprawdę jestem szczęściarzem - robię co lubię i jeszcze na tym zarabiam. Nie mam żadnych specjalnych marzeń, które miałyby zmienić moje życie. Będę szczęśliwy jeśli Opatrzność da mi zdrowie i możliwości, abym się rozwijał dalej w tym kierunku co teraz.

Kamil Zarański

(opublikowane na łamach   Gazety Przemyskiej)