piątek, 3 kwietnia 2015

Etnograficzna mapa Podkarpacia

Niedawno pisaliśmy o Żydach zamieszkujących tereny dzisiejszego Podkarpacia. Dziś pragnę wam przedstawić drugą część naszego krótkiego cyklu poświęconego dawnym mieszkańcom tych ziem. Dlaczego? Bo bez znajomości ich różnorodności etnicznej, nigdy nie zrozumiemy w pełni tego wielobarwnego tworu jakim jest Podkarpacie.



Dziś zajmiemy się polskimi grupami i zbiorowościami etnicznymi, oraz tymi o mieszanej proweniencji.  Zbiorowościami o ukraińskim, karpato-ruskim, niemieckim i rumuńskim (wołoskim) pochodzeniu obiecuje że zajmiemy sie już niebawem.

A zatem, jak wyglądał główny podział polskich mieszkańców tych terenów?
Ludność polską zamieszkująca w obrębie dzisiejszego Podkarpacia możemy z grubsza podzielić na 4 duże zbiorowości etniczne:
·         -Lasowiacy (Borowcy lub Lesioki),
·        - Pogórzanie,
·         -Dolinianie
·         -Kresowiacy*

Pamiętajmy, że grupy te współistniały ze sobą na tych terenach od wieków  mieszając sie, współtworząc swoją ludową kulturę a także zapożyczając od siebie jej elementy. Etnografia nie jest nauką ścisłą, tu niema mowy o ostrych granicach "odtąd, dotąd". Kultura bowiem słuchać granic się nie lubi. Więc wszystkie teorie oparte są na pewnych uogólnieniach i implikacjach wynikających z poszczególnych składników kultury ludowej takich jak: gwara, budownictwo, ornamentyka, zwyczaje i obrzędowość oraz twórczość ludowa.



Lesioki (Lasowiacy, Borowcy)

Lasowiacy stanowią jedną z największych  i najbardziej jednolitych zbiorowości etnicznych. Tereny przez nich zamieszkałe znajdziemy głównie w obrębie puszczy sandomierskiej. Szczególnie ważne lasowiackie ośrodki na terenie Podkarpacia to Leżajsk,  Kolbuszowa, Nisko, Mielec i Tarnobrzeg. Przy czym należy pamiętać, że badania etnograficzne skupiają się głównie na terenach wiejskich, (tak więc mowa nie o samym Leżajsku ale o jego okolicach, itd.)

Skąd się wzięli?

Lasowiacy, jako jedna z nielicznych grup na tym terenie wykształciła poczucie własnej odrębności. Nazywali oni sami siebie "Lesiokami". Przyczyny nie trudno się domyślić, większość ich terytorium stanowiły bowiem lasy. W przekazach ustnych zachowało się nawet lokalne powiedzenie: "Las (u)ojciec nas, a my dzieci jigo, jidziewa do nigo."

Grupa ta powstała na wskutek wielowiekowej akcji osadniczej na terenie początkowo słabo zaludnionej puszczy sandomierskiej. Od północy napływali tu Mazowszanie, od zachodu Małopolanie, od wschodu zaś: mieszana ludność polsko-ruska, Wołosi, turecko-tatarscy jeńcy wojenni ( Sokołów Małopolski, Majdan Królewski, Medynia). Nie bez znaczenia była tu też austriacka akcja kolonizacyjna szczególnie intensywna w latach 1780-1790 (np. w Giedlarowej i Łukowej). Lasowiacy wykształcili własna gwarę, stroje, charakterystyczne budownictwo, oraz zwyczaje.

Jak wyglądali, czym się zajmowali i gdzie mieszkali?

Ubierali się zazwyczaj w to co sami z dostępnych im  surowców potrafili wykonać. Dominował tu niebarwiony len i konopne płótno. Chłopi w tzw. dzień powszedni nosili lniane "portki" i wypuszczoną na wierzch koszulę przewiązaną pasem lub sznurkiem a na głowach zwyczajowo, słomiane kapelusze.
Kobiety chodziły w lnianych koszulach i fartuchowych spódnicach miały też zapaski, płótnianki i płachty (łoktuska) zarzucane na ramiona. Na głowach nosiły rańtuchy (duże charakterystyczne chusty). Generalnie w strojach Lasowiackich dominowała biała kolorystyka i ozdobne motywy roślinne.
Lasowiacy zajmowali się głównie rolnictwem i hodowlą zwierząt. Ale z racji mało urodzajnych gleb niedługo rozwinęło się także rzemiosło. Jako, że lasów było pod dostatkiem ważną rolę pełniło oczywiście rzemiosło drzewne i około drzewne. Było wielu cieślów, maziarzy, smolarzy, węglarzy drzewnych, zabawkarzy i kołodziei. Zaś kobiety poza pracami domowymi i rolnymi, zajmowały się haftem, wyszywaniem ozdób i wycinanek.
Same wsie lasowiackie miały specyficzny charakter, pierwotnie zabudowania były bowiem rozproszone po leśnych ustępach. Później w miarę rozwoju dróg zaczęły powstawać tzw. osady łańcuchowe



Lasowiacy zazwyczaj mieszkali w drewnianych domach o konstrukcji zrębowej. Na terenie północnego Podkarpacia wyróżniały ich malowane na biało uszczelnienia między poszczególnymi belami drzewa. Same bele malowane były na czarno lub ciemny brąz, co dawało efekt charakterystycznych kontrastowych pasów. Jak mówią źródła, jeszcze w latach 60 XX w. na terenie powiatów: kolbuszowskiego, leżajskiego i niżańskiego przeszło 93% budynków było wykonane z drewna a 36% dachów było pokrytych słomą.
Jak mówili i jakie mieli zwyczaje?
Cechami charakterystycznymi dla gwary lasowiackiej było tzw. mazurzenie, ubezdzwięczanie (np. "przynióześ" zamiast przyniosłeś) oraz nadużywanie końcówki ów, np. "nauczycielów" zamiast nauczycieli, "flaszków" zamiast flaszek, "psowi" zamiast psu, oraz inne "przekręcenia" np. "zakrączka" zamiast zakrętka. Na wsiach w tamtym regionie można nadal spotkać osoby posługujące się tą gwarą, a "wklejanie" poszczególnych z niej słówek do współczesnej, na co dzień używanej polszczyzny zdarza się tu często. Gwara Lasowiacka była silnie zróżnicowana wewnętrznie, należąc do małopolskiego dialektu posiadała także wiele cech mazowieckiego. Lasowiacka obrzędowość stanowiła oryginalne połączenie silnego zakorzenienia w zwyczajach pogańskich i mocnego klerykalizmu zarazem. Do najbardziej charakterystycznych lokalnych zwyczajów należy, żywa do dziś, tradycja trzymania straży grobu pańskiego przez tzw. Turków (kawalerów w specyficznych, bogatych strojach). W okresie Bożego narodzenia w formie żartu wynoszono niewystarczająco czujnym gospodarzom sprzęt gospodarczy na dachy zabudowań.

Pogórzanie
 Pogórzanie to duża polska zbiorowość etniczna swoim zasięgiem wychodząca znacznie poza ramy dzisiejszego Podkarpacia. Zamieszkiwali oni jak sama nazwa wskazuje pogórza karpackie. Zachodni Pogórzanie sięgali prawie do Nowego Sącza zaś wschodni prawie pod Przemyśl. Zamieszkiwali także zachodnią część dołów Jasielsko-Sanockich.
Choć dziś uznaje się tą grupę jako typowo polską, to jednak powstała ona na wskutek przemieszania polskich, ruskich, wołoskich i niemieckich osadników. Grupa jednak z czasem ujednolicała się i uległa polonizacji.
<-Młodzież w strojach Rzeszowskich podczas powiatowych dożynek w Wyszatycach.
Duży wpływ na tą grupę mieli osiedleni łukiem od Frysztaka po Łańcut niemieccy osadnicy, zwani głuchoniemcami. To w dużej mierze właśnie dzięki nim odrębnego charakteru nabrała grupa nazwana na początku XXw. rzeszowiakami. Trzeba jednak pamiętać, że na tą grupę spory wpływ wywarli także Lasowiacy. Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku rzeszowiacy nosili stroje Lasowiackie, dopiero później wyodrębniły się na tym terenie tzw. stroje rzeszowskie.

W roku 1869; Wincenty Pol napisał:
„Na obszarze Wisłoki uderza nas fakt inny; całą tę okolicę, którą obszar Wisłoki, Ropy, Jasły, Jasełki i średniego Wisłoka zajmuje, osiedli tak zwani Głuchoniemcy od dołów Sanockich począwszy, to jest od okolicy Komborni, Haczowa, Trześniowa aż po Grybowski dział: Gorlice, Szymbark i Ropę od wschodu na zachód, ku północy aż po ziemię Pilźniańską która jest już ziemią województwa Sandomierskiego. Cała okolica Głuchoniemców jest nowo-siedlinami Sasów; [...] ale cały ten lud mówi dzisiaj na Głuchoniemcach najczystszą mową polską dijalektu małopolskiego, i lubo z postaci odmienny i aż dotąd Głuchoniemcami zwany, nie zachował ani w mowie ani w obyczajach śladów pierwotnego swego pochodzenia, tylko że rolnictwo stoi tu na wyższym stopniu, a tkactwo jest powołaniem i głównie domowem zajęciem tego rodu”
Zabytkowy kościół drewniany w Siennowie (powiat Przeworski) ^

Istotnie tkactwo i inne rzemiosła stały tu na wysokim poziomie, jednak podstawową działalnością mieszkańców nadal było rolnictwo.
Jak brzmiała ich mowa?
Poniżej przedstawiam wam małą próbkę pogórzańskiej gwary (źródło: "Mały słownik Pogórzański" wydany przez Biuro Pogórzańskiego Stowarzyszenia Rozwoju.)
·         fifok - ktoś zarozumiały
·         miyso - mięso
·         ryktować - przygotować
·         usuchliwy - posłuszny

Budynek  plebani -Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku

Dolinianie

Doliny w okolicach Sanoka aż po pasmo Bukowicy na południu oraz tereny na północ i wschód od leska zamieszkiwała mieszana ludność polsko-ruska zwana Dolinianami. Powstała ona na wskutek wymieszania polskich i niemieckich osadników z tutejszą ludnością ruską. Paradoksalnie najodleglejsza kulturowo grupa Niemcy, najszybciej ulegli asymilacji. Polacy i Rusini także mieszali się ze sobą, tak jak w przypadku terenów kresowiackich były tu wsie typowo polskie (np. Raczkowa, Falejówka, Poraż, Niebieszczany, Nowotaniec), typowo ruskie (np. Stróże Wielkie i Serednica) a także najczęściej spotykane tzw. wsie mieszane, gdzie polscy i ruscy mieszkańcy żyli i pracowali razem. Pamiętajmy przy tym że poczucie tożsamości narodowej wśród mieszkańców wsi było wtedy sprawą raczej umowną opartą głownie na wyznaniowości (Polak-katolik, Rusin-grekokatolik). Przy czym warto zauważyć, że w niewielu wsiach wschodniej części Podkarpacia znajdowały się kościoły rzymskokatolickie. Tak więc Polacy mieszkający w takich miejscowościach uczęszczali do cerkwi co poddawało ich dodatkowym wpływom ruskim. I na odwrót, Rusini mieszkający w miastach i miasteczkach często chodzili do kościołów rzymskokatolickich a statut języka polskiego jako języka urzędowego powodował że część z nich ulegała polonizacji. Polacy i Rusini na tych terenach współdzielili ze sobą wiele elementów obrzędowych, a także wygląd strojów oraz sposób urządzania domów. To właśnie z połączenia żywiołów: polskiego i rusińskiego powstała barwna kultura grup mieszanych takich, jak Dolinianie.

Gdzie i jak mieszkali?

Dolinianie zamieszkiwali w drewnianych, zazwyczaj krytych słomą, domach o charakterystycznych bielonych wapnem ścianach. Ich osady zazwyczaj miały charakter łańcuchowy i ciągnęły się wzdłuż rzek i strumieni. Jako że ziemie które zamieszkiwali były stosunkowo żyzne parali się oni zazwyczaj rolnictwem. Większość Dolinian po II wojnie światowej zostało przymusowo wysiedlonych do ZSRR. Dużo pamiątek po tej właśnie grupie zachowało się w skansenie w Sanoku.

 Muzeum Budownictwa Ludowego w Sanoku

Kresowiacy (czyli tzw. grupy kresowe)

W przypadku kresowiaków nie możemy mówić o jednolitej grupie czy zbiorowości etnicznej. Jest to raczej zespół polskich grup etnicznych zamieszkujących wschodnie rubieże Rzeczpospolitej. Duża część spośród nich trafiła na te tereny w wyniku polskich akcji kolonizacyjnych (z Mazowsza i Małopolski) jednakże w przypadku południowo-zachodniej części kresów do której kulturowo możemy zaliczyć znaczną część historycznej ziemi Przemyskiej (pow.: Lubaczowski, Jarosławski, Przemyski, oraz części powiatów: Sanockiego, Bieszczadzkiego i Przeworskiego) trwa spór pomiędzy historykami o to czy tereny te były pierwotnie zasiedlone przez wschodniosłowiańską proto-ruską ludność, czy też zachodniosłowiańskie plemiona stanowiące prapolski element na tych ziemiach. Poszczególne grupy kresowe różnią się między sobą pod względem pochodzenia i ścieżki rozwoju. Posiadają jednak liczne cechy wspólne, toteż etnografowie łączą je i określają mianem swoistego zespołu. Kresowiaków dzielimy przede wszystkim na: północnych (pogranicze litewskie i Białoruskie) i południowych (pogranicze Ukraińskie). My oczywiście skupimy się na tych drugich w ramach których wyróżnia się umownie dwie kolejne grupy: chełmińska i przemyską.

Grupa przemyska

Kultura występująca w tej grupie powstała na wskutek wymieszania elementów polskich z ruskimi (ukraińskimi). Niektórzy historycy uważają, że tereny te obejmowane były naprzemienną  (ruską i polską) kolonizacją. Faktem nie bez znaczenia jest też spory udział 

Grupa w strojach przemyskich->

ludności żydowskiej na tych terenach oraz obecność rozproszonych kolonii niemieckich. Tereny Podkarpacia przypisywane kresowiakom to dzisiejsze powiaty: Lubaczowski, Jarosławki, Przemyski oraz częściowo: sanocki, bieszczadzki i przeworski. Taki zasięg terytorialny opiera się na granicach obszaru występowania tzw. Dialektu południowo kresowego. Którego swoistą odmianą był tzw. "bałak" oraz gwara lwowska. Charakterystyczną cechą tego dialektu jest ilość zapożyczeń. Znajdziemy tu nie tylko zapożyczenia z j. ukraińskiego ale także używanego przez Żydów jidysz oraz j. niemieckiego. Centrum kultury południowo-kresowej było miasto Lwów, które wywierało ogromny wpływ na tereny dzisiejszego Podkarpacia i nie tylko. Toteż w miastach takich jak Jarosław, Przemyśl czy Lubaczów nadal możemy usłyszeć elementy językowe wywodzące się stricte z gwary Lwowskiej. Na całym zaś określonym wcześniej obszarze napotkamy charakterystyczny dla dialektu południowo kresowego zaśpiew. Wspomniany obszar jest jedyną na terenie polski żywą pozostałością po bogatej kulturze południowo kresowej i lwowskiej.


Jak mówili kresowiacy?


Przykładami nadal używanych elementów wywodzących się z dialektu południowo kresowego po za charakterystycznym śpiewnym akcentem, są:

-zaczynanie zdania od "Ta" (np. Ta stary, ta daj spokój, ta o co ci chodzi?) 
-nieprawidłowa odmiana niektórych wyrazów jak np. "rozumisz" zamiast rozumiesz.
-używanie zapożyczeń takich jak: Koromysło  (ukr. uchwyt do noszenia wiader z wodą), w lokalnej gwarze używany jako synonim bliżej nie określonego, nieporęcznego i nieużytecznego przedmiotu z reguły zajmującego zbyt dużo miejsca.
-używanie charakterystycznych związków frazeologicznych takich jak: "W te i we wte" - tam i z powrotem.
 Ciekawostką dla wielu może być także fakt, że wiele określeń z tzw. młodzieżowego slangu wywodzi się właśnie z gwary Lwowskiej np.:
-"Hajtać się" -brać ślub.
-"Iść na browar" - iść na piwo.
-"Za frajer" - za darmo.


 Chata zamieszaniecka z miejscowości Węglówka.

Jak się ubierali i gdzie żyli?

Jeśli chodzi o stroje kresowiaków, to były one bardzo zróżnicowane, niekiedy podobne do strojów ruskich, niekiedy też zbliżone do strojów sąsiadujących z nimi grup polskich. Etnografowie unikają tutaj jednoznacznych odpowiedzi i jakiejkolwiek generalizacji. W muzeum narodowym ziemi przemyskiej możemy jednak zobaczyć stroje ludowe z okolic przemyśla, a także stare zdjęcia na których są one wyraźnie widoczne. 
Co zaś się tyczy budownictwa, jako taki styl kresowy nie został nigdy wyodrębniony. Za to podróżując po Podkarpaciu możemy zaobserwować,  że znakomita większość starych drewnianych chat na terenach kresowiackich jest oszalowana (obita z wierzchu deskami) co w pozostałych częściach województwa zdarza się naprawdę rzadko.


Podsumowując...

Jeżeli lubicie historię, ciekawi jesteście swoich korzeni, lubicie bawić się w odkrywców, zachęcamy was nie tylko do odwiedzenia skansenów w Sanoku i Kolbuszowej  ale także do samodzielnych wycieczek śladami starej zabudowy drewnianej, naprawdę pełno jeszcze na naszej podkarpackiej ziemi kryje się takich skarbów, starych domów, obejść, kościołów, cerkwi i bożnic stanowiących żywe świadectwo czasu, bogatej historii i ogromnej różnorodności naszego regionu.

Niniejszy artykuł niema charakteru pracy naukowej. Zagadnienie etnografii Podkarpacia jest skomplikowaną kwestią, w której wśród samych badaczy dochodzi do różnic interpretacyjnych. Tekst ten ma zatem charakter poglądowy i prezentuje jedynie pewne ogólne założenia. Zachęcam Was jednak do zapoznania się szerzej z wiedzą etnograficzną na temat Podkarpacia. Której możemy zasięgnąć w bogatej bibliografii przedmiotowej, a także odwiedzając podkarpackie skanseny.
                                                                                                                      kjz


* W przypadku kresowiaków nie możemy mówić o jednolitej grupie czy zbiorowości etnicznej. Jest to raczej zespół polskich grup etnicznych zamieszkujących wschodnie rubieże Rzeczpospolitej.


(opublikowana na łamach portalu: www.podkarpaccy.pl)

wtorek, 17 lutego 2015

„Diabolus de Subcarpathia”,czyli o najmroczniejszej postaci polskiego sarmatyzmu


shutterstock_211648387

Pisaliśmy niedawno o wybrykach awanturniczej szlachty, historycznej ziemi przemyskiej.  Nie da się jednak mówić o wojnach prywatnych i warcholstwie szlacheckiego stanu, bez przedstawienia sylwetki legendarnego, choć okrytego zdecydowanie złą sławą Stanisława Stadnickiego vel Diabła Łańcuckiego. Istnieje kilka książek na jego temat nie tylko historycznych, ale też fabularnych. Od wieków rozpala on wyobraźnie miłośników grozy. Fenomen jego legendy można by porównać do rumuńskiego księcia Draculi. Obydwie postacie mają ze sobą wiele wspólnego: bezwzględni, nieznający sumienia, winni przelewu morza krwi, obydwaj posądzani o paktowanie z szatanem.

Jak pisze Władysław  Łoziński: Stadnicki zwany Diabłem stał się niemal legendarną postacią, a tym się różni od innych figur podaniowych, że groza legendy nie znika pod światłem historycznej prawdy[…]. Nazwano go Diabłem, a przecież czego brak tej postaci, aby była naprawdę fantastyczna to rzeczywistego satanizmu: otwartej negacji praw Boskich i ludzkich, głośnej proklamacji buntu przeciw niebu i ziemi, zuchwałego wyznawstwa złego, demonicznej zgodności czynu ze słowem…
Ale nie, on był gorszy, był bowiem wielkim hipokrytą. Notorycznie łamał prawo, a wciąż się do niego odwoływał. Deptał wszystkie zasady moralności, ale wciąż mówił o cnocie. Zbrukany krwią swych przeciwników i niewinnych ludzi, cięgle uważał siebie z ofiarę, bez przerwy dowodził, że to jemu dzieje się krzywda. Oprócz morza krwi,  przelał też morze atramentu. Akta grodzkie i ziemskie w całej Polsce, pełne są jego skryptów. Prawo w jego rękach było takim samym instrumentem gwałtu, jak jego bandy sabatów i hajduków, pisze Łoziński.
Z jednej strony co chwila prosił króla o wstawiennictwo, z drugiej nieustannie spiskował przeciwko niemu.

Jego zamek w Łańcucie przypominał jaskinie zbójców. Pełno było tam rzezimieszków czekających z utęsknieniem na kolejny najazd, zajazd, aferę. A tymczasem Stadnicki powiadał: Na gościńcu mieszkam, radnie bym zamek mój ze szkła miał, niźli z muru, żeby każdy widział cnotliwe życie moje.
Stadnicki był wszędzie tam, gdzie można było coś dla siebie ugrać. Nie żałował ani wdów,  ani sierot, nie było dla niego rzeczy niestosownych czy niemoralnych. Wszystko było dobre, co służyło jego interesom i odwrotnie, wszystko było złe, co jego interesom mogłoby zagrozić. Z rozlicznych wybryków Diabła Łańcuckiego, chyba najgłośniej było o jego wojnie prywatnej z Łukaszem Opalińskim, starostą leżajskim.
lezajsk klasztorO co właściwie poszło? Niektórzy twierdzą, że o charta  inni, że o postać leżajskiego burmistrza, jednakże obaj panowie mieli ze sobą dużo więcej „nie po drodze”. Opaliński to gorliwy katolik i lojalny rojalista. Stadnicki był zaś wyznającym kalwinizm, doświadczonym rokoszaninem.
Starosta zygwulski bo taki tytuł nosił mości Diabeł,  nie tylko mordował swych wrogów i ich poddanych. Potrafił być także wyjątkowo przy tym okrutny, przejawiał tendencje sadystyczne. Chłopom z Leżajszczyzny potrafił obcinać ręce i nogi, a nawet podpalać ich żywcem.
Krwawa jatka jaka rozpętała się na linii Łańcut –Leżajsk rozeszła się szerokim echem po ówczesnej Rzeczypospolitej. Dziesiątki zrównanych z ziemią wiosek, setki zabitych chłopów, gwałty, grabieże, porwania. Tak przez cztery lata wyglądała codzienna rzeczywistość starostwa Leżajskiego i Łańcuckiego. Szlachta przemyska opowiedziała się za Opalińskim, król nałożył na Stadnickiego wysokie wadium;  podobno nawet w kościołach śpiewano pieśni w których błagano Boga o zmiłowanie i ochronę przed Stadnickim.

Zażarte walki spowodowały znaczne wyludnienie tych obszarów, a niekończące się boje ogołociły poważnie skarbce obydwu rodzin.Stadnicki w swojej taktyce wykazywał się jak zwykle nikczemnością i brakiem skrupułów, uderzał w to, co mogło zaboleć najbardziej, choćby sam miał nic z tego niemieć. Kiedy w jednej z wsi Leżajszczyzny, urodziło się karłowate dziecko, Opalińscy ulitowali się nad jego losem i przygarnęli, zapewniając mu wykształcenie i godne warunki życia. Stadnicki dowiedziawszy się o tym, z rozmysłem porwał chłopca, nakazał swoim ludziom solidnie go obić, po czym wtrącił go do lochów pod swoim zamkiem. Po co? A no tak zwyczajnie, żeby zrobić Opalińskim na złość.

Do największej bitwy między oponentami doszło, kiedy Łukasz Opaliński wybierając się do Przemyśla na rozprawę, wpadł w zasadzkę przygotowaną nań przez Stadnickiego. Diabeł Łańcucki przeliczył jednak swoje siły, oddział Opalińskiego liczniejszy niż zwykle odparł atak Łańcucian. Rzezimieszkowie Stadnickiego po pierwszym starciu zaczęli uciekać w kierunku zamku. Świta Opalińskiego dopadła drużynę Diabła w jego siedzibie, gdzie doszło do brutalnego jej rozbicia.
Opalińszczycy nie pokazali litości, zajścia w zamku Stadnickiego przedstawiano potem jako krwawą egzekucje. Tymczasem nasz „mroczny bohater” uciekł, zostawiając na pastwę Opalińskiego, swoją żonę i dzieci. Starosta leżajski zachował się jednak honorowo i wypuścił Annę Stadnicką wraz z dziećmi z zajętego zamku tak, że „włos im z głowy nie spadł”.
Tymczasem ludzie Opalińskiego rabowali w zamku co się dało, a czego się nie dało zrabować dewastowali i podpalali. Z zamku Stadnickiego ani z jego słynnych, „przeludnionych” lochów pozostały tylko zgliszcza. Ale zwycięzcom było nadal mało, toteż jęli dewastować łańcucki rynek, spalili Zbór Kalwiński, a także okradli i sprofanowali kilka łańcuckich kościołów.
Długo zajęło zanim Łańcut pozbierał się po zniszczeniach dokonanych przez Opalińszczyków, jednakże samego Diabła nieudało im się złapać. Stadnicki przez wydarzenia w Łańcucie nie nabrał bynajmniej pokory. Niedługo później rekrutował nowe hordy do walki ze starostą leżajskim. Ostatecznie, Diabeł Łańcucki zabity został w trakcie bitwy w Tarnawie. Ale „pustkę” w ziemi przemyskiej po jego wybrykach szybko zapełnili jego synowie, zwani powszechnie diablętami… Ale to już część zupełnie innej opowieści.

kjz

(opublikowano na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

O szlachcie z piekła rodem…



szlachta.zdj4c.kjz

Historia naszych podkarpackich ziem, obfituje w wiele barwnych historii, a o burzliwych dziejach naszej małej ojczyzny można by opowiadać w nieskończoność. Tym razem skupię się na czasach Rzeczypospolitej szlacheckiej. Nie każdy wie, że w tamtym okresie Podkarpacie odgrywało bardzo ważną, choć niekiedy niechlubną rolę, która pięknie obrazuje specyfikę tamtych czasów. Kiedy słyszymy ,, szlachta polska”, widzimy barwne obyczaje i klasyczną harmonię rodem z ,,Pana Tadeusza”. Stereotyp polskiego szlachcica opiera się również na Sienkiewiczowskim bohaterze, który jest pełen dumy i honoru, miłuje Boga i Ojczyznę. Przed oczami staje nam ktoś na miarę Michała Jerzego Wołodyjowskiego (jego pierwowzór notabene, był stolnikiem przemyskim). Nieco bliższa prawdzie historycznej wydaje się być jednak postać Andrzeja Kmicica, z którym to jak pamiętamy „różnie bywało”. Jednakże w zestawieniu z prawdziwymi bohaterami złotej, szlacheckiej wolności, Jego mość Kmicic przypomina raczej pobożnego ministranta niż awanturnika.
Województwo ruskie ze stolicą we Lwowie, dzieliło się zasadniczo na pięć ziem: lwowską, halicką, chełmską, sanocką i przemyską. Ziemia- była jednostką administracyjną Królestwa Polskiego, o randze niższej niż województwo, a wyższej od powiatu. W latach 1434 -1772 (na którym to okresie się skupimy), większość terenów dzisiejszego województwa podkarpackiego należało do historycznej ziemi przemyskiej. Sięgała ona w przybliżeniu: od okolic Biłgoraju na północy, do ukraińskich Karpat (Bojkowizny) na południu, oraz od Czudca na zachodzie, do miasta Stryj na wschodzie. Czym charakteryzowały się te tereny, z czego znano je w kraju? Jak pisze Władysław Łoziński w książce pt. ,, Prawem i Lewem. Obyczaje na czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku”:
Z zamiłowania przepychu, z okazałości swego występowania na zjazdach i uroczystościach słynie w całej Polsce […]. Bogactwem kostiumów, liczbą orszaków, wspaniałością rydwanów i koni świetnością dworu biorą prym na uroczystych godach, wynderik i weselach królewskich w Krakowie […]. Ale ta «buczność» szła w parze z porywczym do gwałtowności temperamentem, z namiętną zawziętością, z najzuchwalszą swawolą, z lekceważeniem obcego życia i zdrowia. W pierwszych latach XVII wieku ziemia przemyska osławiona była w całej Polsce, jako widownia szalonych wybryków, tragicznych zajść i najuporczywszych, najkrwawszych wojen prywatnych, a reputacja ta nie była już wtedy nowa, sięgała w daleką przeszłość […]. Między szlachtą ziemi przemyskiej, z przyrodzenia butną i rogatą […], wyrobił się obyczaj krwawej dziedzicznej zemsty, istny rodzaj wendety włoskiej; zabijano się wzajemnie, mścił się brat za brata, krewny za krewnego, przyjaciel za przyjaciela […].
Chyba każdy przyzna, że to mocne słowa, Łoziński nie rzucał ich jednak na wiatr. Swoją pracę opierał w dużej mierze na kronikach sądowych województwa ruskiego. Kronikach, z których jak sam wielokrotnie wspomina, usuwano pro publico bono najpikantniejsze fragmenty, żeby nie szerzyć zgorszenia. Co więc takiego działo się na tych ziemiach? Czym nasi przodkowie zasłużyli sobie na takie awanturnicze miano? Tu literatura jest bogata, a przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Pozwolę sobie, na zaledwie kilka ,,smaczków”, obrazujących charakterystykę epoki na tym terenie.
Kanonada w katedrę. Opowieść o najcięższym „kacu” w 1000 letniej historii Przemyśla
Ród Drohojowskich był jedną z najznamienitszych rodzin, związanych od wieków z ziemią przemyską. Być może najbardziej charakterystyczną w tej rodzinie postacią był Jan Tomasz Drohojowski. Referendarz koronny i starosta przemyski, świetnie wykształcony, władający czterema językami, dworzanin i dostojnik czterech kolejnych królów polskich, dodatkowo jeden z najdzielniejszych towarzyszy broni Jana Zamojskiego. Jednakże jak pisze Łoziński „[…]Nie wahał się on uciekać do szabli, kiedy nie wystarczał statut. Ciężki ludziom, którzy mu się nie podobali, ciężki miastu Przemyślowi, które ciągle występowało przeciw niemu ze skargami […]”.
Przełomowy w jego życiu okazał się konflikt ze Stanisławem Stadnickim z Leska, bo trzeba wiedzieć, że (jakby jednego było mało) ziemia przemyska nosiła w tym samym czasie dwóch Stanisławów Stadnickich. Spór wywiązał się o długi chorążego Tarnawskiego, które Stadnicki przejął wraz z jego majątkiem, jednakże z owych zobowiązań ani myślał się wywiązać. Drohojowski nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Toteż obaj jegomoście, odbijali sobie na wzajem majątki ziemskie, nie bacząc na lejącą się strumieniami krew niewinnych chłopów. Ale takich konfliktów było wówczas wiele. Czym zatem zasłynął referendarz kor. Drohojowski?
Podczas alkoholowej libacji, odbywającej się na zamku kazimierzowskim w Przemyślu, zobaczywszy przed zamkiem ludzi Stadnickiego rozkazał otworzyć do nich ogień z armat. Jednakże kanonierzy chybili. Pociski spadły za to na teren katedry i przyległego do niej cmentarza. Zabawa ta, zakończyła się dla Drohojowskiego klątwą kościelną narzuconą przez ówczesnego biskupa diecezji przemyskiej. Zaiste ciekawe, jak następnego dnia poczuł się referendarz koronny, dowiadując się, że na jego rozkaz, z królewskich armat ostrzelano bazylikę katedralną? Za swoje winy musiał się publicznie kajać na kolanach przed biskupem. Niedługo później, Drohojowski ginie w trakcie potyczki ze swoim śmiertelnym wrogiem.
Prywatne oblężenie Lwowa, czyli jak wyglądałby „Ścigany” 4 wieki temu
Jan Szczęsny Herburt był postacią pełną sprzeczności. Z jednej strony obyty, doskonale wykształcony, świetnego pióra, z drugiej zaś zadufany w sobie gwałtownik, dopuszczający się bez mrugnięcia okiem, czynów wybitnie haniebnych. Z powodu niespełnionych prywatnych ambicji, popadł w konflikt ze znaną już nam rodziną Stadnickich. Jedną z przyczyn była zazdrość o tytuł starosty przemyskiego, który dostał Andrzej Stadnicki, a nie on.
Po nieudanym rokoszu, w którym bierze udział Jan Szczęsny, zabiera on ze sobą armię i uderza na Stadnickich, porywając w niewolę Stanisława Stadnickiego (z Leska). Więzi go następnie w Małnowie. Stadnicki to jednak zbyt ważna postać, żeby Herburtowi uszło to na sucho. Interwencja króla na niewiele się zdaje, jednak grupa mediatorów złożona z zacnych mężów woj. ruskiego, dogaduje się z Janem i ten wypuszcza więźnia. Stadnicki, choć przy mediatorach zrzeka się zemsty ani myśli by taką potwarz wrogowi podarować. Zaraz po powrocie do Przemyśla zbiera szlachtę i wyprawia się zbrojnie przeciw Herburtowi. Ten jednak nie stając do walki, uchodzi do Lwowa.
Lwów to w owym czasie miasto należące do króla, jedno z najważniejszych w Rzeczypospolitej i jedno z lepiej uzbrojonych, odpierające dziesiątki najazdów tatarskich, kozackich, wołoskich i siedmiogrodzkich. Jednakże szlachta ziemi przemyskiej pod wodzą Adama Stadnickiego (brata Stanisława), w pogoni za znienawidzonym Herburtem, dopuszcza się czegoś, co niema precedensu w historii polski. Żądając wydania Herburta, bierze Lwów w oblężenie i trzyma w takowym przez trzy tygodnie. Przez cały czas trwają rozmowy z władzami miasta. Tymczasem wojska Stadnickiego grabią i pustoszą lwowskie przedmieścia i okoliczne wsie…
„Najechać sobie Rzeszów”
szlachta.zdj1.kjzJak pisze Władysław Łoziński: Do rodzin przemyskiej ziemi, w których łonie przychodziło do namiętnych waśni, a w dalszych następstwach do starć gwałtownych i krwawych, należeli w pierwszym rzędzie Ligęzowie. Równocześnie z wojną Drohojowskiego ze Stadnickim, toczyła się wojna między Andrzejem Ligęzą z Pietraszówki (dziś Boguchwała), a jego stryjem Mikołajem, kasztelanem Czechowskim, Panem na Rzeszowie. Jak zwykle poszło o majątek, którego część miał sobie bezprawnie przywłaszczyć stryj Andrzeja. O bezwzględności i wyrachowaniu Ligęzy najlepiej świadczy opis najazdu na Rzeszów, jakiego dokonał pod nieobecność stryja:
Zwerbowawszy sobie dużą gromadę zbrojną, złożoną przeważnie z swawolnych żywiołów węgierskiego nadgranicza, opatrzywszy się w działa i tarany do rozbijania murów, napadł Andrzej Ligęza w r. 1603, pod nieobecność swego stryja na zamek rzeszowski nocą, wyłupał taranami mury, porozbijał zamki i dostawszy się do skarbca, zabrał kasztelanowi skrzynię z 20 000 talarów w gotówce, kosztowną garderobę i broń, mnóstwo cennych sprzętów, szkatułę z dokumentami i dwa gobeliny niderlandzkiej roboty wysokiej, ceny.                                 
Kasztelan nie pozostawał mu dłużny, bowiem napadł z mieszkańcami przedmieścia Rzeszowa na synowca i jego posiadłości w Zwięczycy i Starej Niwie. Ale zemsta, jaką przygotował za to Ligęza, przerosła najśmielsze oczekiwania Mikołaja.
Tego samego roku w oktawę Bożego Ciała z większym jeszcze zastępem zaciężnego wojska uderzył na Rzeszów, spalił przedmieścia, obiegł i zbombardował zamek, a zdobywszy go po kilku dniach szturmem, złupił, co się tylko złupić dało. Następnie mszcząc się na mieszczanach i przedmieszczanach rzeszowskich, którzy pomagali kasztelanowi w jego wyprawie, pozwolił żołnierzom swoim na rabunek, zrabowane rzeczy złożyć kazał na rynku do podziału, zamknął dokoła miasto czatami, nie wpuścił i nie wypuścił nikogo, i przez kilka dni hulał sobie w zdobytym mieście kosztem kasztelana, a także kosztem cnoty mieszczanek.
Kasztelan po tej klęsce zmuszony był uciekać się po pomoc do króla. Król działał jednak bardzo powściągliwie. Wydał mandat na Ligęzę, jednakże dla ukaranego, nie miało to większego znaczenia. W owym czasie na tych terenach, prawie każdy miał na sobie jakieś mandaty, założone między siebie wadia, ale władza królewska niebyła mocna ani skuteczna. Obie strony miały spotkać się w sądzie w Przeworsku:
Obaj przeciwnicy wybrali się na ten termin jak na wojnę. Andrzej, ubiegając kasztelana, stanął pierwszy w Przeworsku, zajął jedyną, jaka tam istniała, w rynku kamienicę, obsadził ją swoimi żołnierzami, których resztę rozlokował w przyległych domostwach drewnianych, i tak ufortyfikowany i gotowy do walki czy to zaczepnej, czy odpornej liczną kompanie oczekiwał stryja. Kasztelan, który był zwerbował sobie we Lwowie, w okolicach Biecza i Żmigroda […].Miało być tej świty około 900 ludzi kasztelan tedy, stanąwszy pod Przeworskiem, a dowiedziawszy się o zajęciu miasta przez Andrzeja, zatrzymał się na przedmieściach otoczył dokoła strażami miasto, trzymając je niejako w oblężenia. […] Przyszło do krwawej bitwy między stryjem a synowcem. Kasztelan miał przeważające siły i dążył do pojmania Andrzeja, który jednak obwarowany dobrze w swojej gospodzie, bronił się jak lew i wytrzymywał przez cały dzień aż do późnego wieczora szturmy kasztelana z taką walecznością, że kasztelan ustąpić musiał pierwszy z placu, straciwszy sześciu zabitych. Daleko ciężej okupił swój ostateczny sukces Andrzej, bo stracił 21 ludzi zabitych, nie licząc już wcale rannych […]. Nazajutrz długi szereg wozów poruszał się drogą z Przeworska do Przemyśla, a na wozach tych leżały trupy zabitych, wiezione dla prezentowania w grodzie. Ponieważ obu stronom zależało na tym, aby przeciwnik zwłok nie prezentował w grodzie i tym sposobem nie stwierdził urzędowo faktu zabójstwa, więc nie dano nieboszczykom spokoju i po śmierci.
Każdy rewers ma swój awers
W tej beczce dziegciu jest i łyżka miodu. Nie bez przyczyny król pozwalał na tak dużo szlachcie tych terenów, gdyż swoją niespotykaną bitnością i zaprawieniem w bojach, stanowiła najlepszą obronę od najazdów tatarskich, kozackich czy wołoskich. Ci sami niechlubni bohaterowie prywatnych porachunków, wnosili niezmierzony wkład w obronność Rzeczypospolitej. Mimo ich niespotykanego gdzie indziej hultajstwa i niesubordynacji, król zmuszony był przymykać oko na to, co działo się w słynnym województwie ruskim
W następnej części opowieści o awanturniczej szlachcie Podkarpacia, przyjrzymy się bliżej legendarnej postaci Stanisława Stadnickiego zwanego Diabłem Łańcuckim.

kjz
(opublikowana na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

Galicyjscy Żydzi





Dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam o dawnych mieszkańcach ziem które dziś nazywamy Podkarpaciem czy ściślej województwem Podkarpackim. Tajemnicą poliszynela jest iż tereny te o ogromnie burzliwej i ciekawej historii były od niemal zawsze zamieszkiwane przez ludzi różnych narodowości i wyznań, tworzących razem barwną mozaikę etnograficzną, która stała się żyzną glebą dla rozwoju galicyjskiej kultury. W XIX wieku Galicja była jednym z najgęściej zaludnionych terenów europy środkowo-wschodniej. Na ówczesny tutejszy żywioł składały się głównie trzy odmienne społeczności Polska, Ukraińska (Ruska) i Żydowska. Tym razem skupimy się na tej trzeciej. 
Galicja to dla diaspory żydowskiej miejsce szczególne, w stolicy regionu Lwowie przed wojną znajdowało się trzecie co do wielkości skupisko żydów na świecie. Ale i w innych miastach regionu mieli oni wówczas znaczącą reprezentacje. Z tej społeczności zrodziło się wiele wybitnych osobowości takich jak Elimelech Weissblum, Otto Axer czy Bruno Schulz tu zresztą swój początek wzięło kilka znamienitych rodów i społecznych ruchów. Diaspora Żydowska, wnosząc trudny do przecenienia wkład w kulturę i historię regionu pozostawiła po sobie wiele pamiątek w postaci architektury, przedmiotów sakralnych  a także w sferze kultury niematerialnej. Przenieśmy się zatem na chwilę w tamten magiczny świat.


Pierwsza odnotowana w piśmie obecność żydów na ziemiach polskich miała miejsce w Przemyślu ok. roku 1030. W miarę jak nasilały się nastroje antysemickie w europie coraz więcej wyznawców judaizmu osiedlało się w Polsce, gdzie stosunkowo tolerancyjna ludność autochtoniczna oraz przychylne izraelitom prawo ustanowione przez króla Kazimierza Wielkiego uważanego za wielkiego protektora narodu żydowskiego, pozwalało żyć, pracować i rozwijać się we względnie dobrych warunkach. To też na nasze tereny przybywali Żydzi z całej Europy: z Niemiec, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Czech oraz Rusi (często potomkowie mieszkańców Kaganatu Chazarskiego, a więc jedynego niesemickiego państwa które przyjęło judaizm). Nasze tereny stały się więc miejscem spotkania szerokiej i wewnętrznie zróżnicowanej diaspory żydowskiej z całego kontynentu, swego rodzaju: „Europejską ziemią obiecaną”. Liczba żydowskich mieszkańców Galicji rosła dynamicznie. I tak w 1625 roku w Przemyślu mieszkało już więcej żydów aniżeli chrześcijan. W Rzeszowie Żydzi pojawili się na przełomie XV i XVI wieku, utrzymywali się oni głównie z dzierżawy młynów, oraz handlu, suknem, winem i płótnem. To oni osiedlając się w okolicach dzisiejszego Placu Wolności dali początek dzielnicy Nowe Miasto. Tam też na przełomie XVI i XVII wieku powstała pierwsza synagoga zwana starą. W 1674 w Rzeszowie mieszkało już ok. 1400 osób wyznania mojżeszowego, a zatem więcej aniżeli chrześcijan. Ta przewaga utrzymała się w mieście jeszcze w okresie międzywojennym, kiedy mówiono o Rzeszowie nawet: „Galicyjska Jerozolima”.
W tym samym czasie, stolica Galicji, Lwów był trzecim co do wielkości skupiskiem społeczności  Żydowskiej na świecie. W 1941r. We Lwowie przebywało ok. 150 000 żydów. Żeby poczuć atmosferę tamtego miasta polecam krótki film dokumentalny nagrany w 1938 roku „Jewish Life in Lwow”, który można bez większych problemów odnaleźć w internecie. Ale Lwów to materiał na zupełnie inną juz opowieść, my zaś skoncentrujmy się na tej części Galicji która teraz znajduje się w granicach naszego województwa.

Tu bowiem również nie brakuje miejsc niezwykle ważnych dla międzynarodowej żydowskiej społeczności. Nie da się tu nie wspomnieć o Leżajsku w którym żył i nauczał cadyk Elimelech Weissblum –jedna z bezsprzecznie najważniejszych postaci ruchu chasydzkiego na świecie. Na jego grób który znajduje się na kirkucie w Leżajsku co roku z okazji urodzin cadyka przyjeżdżają chasydzi nawet z najodleglejszych części globu. Ale kim był Elimelech Weissblum? Oprócz tego , że był on guru ruchu religijnego, to był także mędrcem, filozofem, człowiekiem wielkiej wrażliwości i łagodności powtarzającym stale aby „zło zwyciężać dobrem”. Zwykł też mawiać, że w rzeczach pięknych, dobrych czy choćby smacznych zawarta jest boskość i musimy nauczyć się ją tam dostrzegać.
Przypisywano mu wiele cudów, a jego postać już za życia obrosła legendą, w swojej ciepłej i łagodnej mądrości nie zatracił jednak skromności i dystansu do siebie. Wiąże się z tym pewna zabawna anegdota:
Pewien przybyły z Węgier pielgrzym na jednej z ulic Leżajska zaczepił przechodnia pytając: „Czy mógłbyś mi proszę, wskazać drogę do domu wielkiego Rebbe Elimelecha?” Przechodzień wzniósł oczy ku niebu i ze zdziwieniem odrzekł: „Chcesz mi  powiedzieć, że przybyłeś aż z Węgier, żeby zobaczyć tego „Rebbe z Leżajska”? Czyż te przesadzone i upiększone plotki o nim dotarły już tak daleko? Znam Rebe Elimelecha osobiście i mówię ci, że ten człowiek jest absolutnym zerem. Obawiam się, że straciłeś sporo czasu i pieniędzy z powodu głupich plotek.”
Gość był oburzony: „Ty mały nikczemny człowieku!” -zagrzmiał- „Co ty wiesz?!” Zwyczajnie nie masz pojęcia o niczym co duchowe i święte!” Rozwścieczony przybysz odwrócił się na pięcie i poszedł w swoja stronę.
Gdy kilka godzin później udało mu się już odnaleźć dom wielkiego cadyka, o mało nie zesłabł, okazało się bowiem, że człowiek którego wcześniej zbluzgał na ulicy i Wielki Rebe Elimelech to jedna i ta sama osoba.
Pielgrzym począł pośpiesznie przepraszać mędrca i błagać go o wybaczenie.
„Dlaczego się tak gorączkujesz odpowiedział Rebe? Nie ma powodu byś miał mnie przepraszać. Powiedziałem ci prawdę i to co ty mi odpowiedziałeś, też było prawdą.”
Elimelech Weissblum był także znakomitym nauczycielem z którego szkoły wyszło kilku kolejnych rabinów i cadyków stanowiących kamienie milowe w historii chasydyzmu m.in: Jakub Ichaak Horowitz (zwany widzącym z Lublina) oraz Menachem Mendel z Rymanowa (jeden z 3 głównych przywódców chasydyzmu w Polsce.)

Z Rymanowem wiąże się także postać laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki- Isidora Isaaca Rabi, który to poświęcił się badaniom nad promieniowaniem jądrowym. W portalu Wirtualny Sztetl, który stanowi nieocenione źródło wiedzy o tamtych czasach odnajdujemy taki oto opis Żydowskiego Rymanowa. „W 1870 r. gmina żydowska liczyła 1183 osoby i posiadała 2 synagogi, 3 rabinów, szkołę religijną z 60 uczniami oraz działały na jej terenie 2 stowarzyszenia. Rabinem kahalnym był Berisch Preger. W 1886 r., miasto miało 3262 mieszkańców, w tym 1391 Żydów. Oskar Kolberg, który w tamtym czasie odwiedził właścicieli dóbr rymanowskich, zanotował: W Rymanowie co krok spotkać się musisz z Żydem najstarszego autoramentu, z wygoloną głową i pejsami, w olbrzymim kapeluszu lub czapce z futrem (damy izraelskie dawny strój zupełnie zarzuciły) i słyszeć żargon żydowski.”

Społeczność galicyjskich żydów wydała na świat wielu znakomitych swoich synów, którzy zasłynęli nie tylko na gruncie lokalnym ale często też międzynarodowym, byli wśród nich artyści, naukowcy, politycy i ludzie biznesu. To w dużej mierze dzięki nim utrwalił się w tamtym czasie pozytywny wizerunek tego regionu.
Przedwojenna Galicja czerpała inspiracje ze swojej różnorodności a w obszarze kultury, dla innych regionów polski stanowiła obiekt do naśladowania. Co można dostrzec w wielu przedwojenny filmach, słuchowiskach radiowych czy literaturze z tamtego okresu.
Świat galicyjskich żydów niestety już się dokonał, dziś pozostały nam tylko pamiątki tego jak barwnym i wielokulturowym miejscem była niegdysiejsza Galicja. Ale wystarczy tylko trochę czasu i wyobraźni aby odnaleźć w otaczającym nas pejzażu ślady minionego: w budowlach, w lokalnych zwyczajach, czy w drobnej ornamentyce, którą tak często mijamy bezwiednie. Wystarczy zatrzymać się chwilę i zastanowić, jak kiedyś musiały wyglądać nasze galicyjskie/podkarpackie miasta i miasteczka, gdzie były jakie dzielnice, gdzie stały synagogi a gdzie cerkwie i kościoły. Miejsca takie potrafią bowiem działać niczym wehikuł czasu, musimy tego tylko chcieć...




kjz

(zdjęcia Robert Jankowiak)
(opublikowano a łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

Krasiczyn, czyli podróż w przeszłość.




Dziś wybierzemy się na mały spacer po pałacowym parku, zamkowych basztach i malowniczych krużgankach krasiczyńskiej perły, polskiej, renesansowo-manierystycznej, architektury. Znajdzie się tu coś dla zakochanych, coś dla miłośników historii i coś dla amatorów mrocznych opowieści... Przenieśmy sie zatem jeszcze raz w czasy: zamków, księżniczek i niespokojnych "kawalerów z fantazją".

            Jest połowa XVI w. ziemiami na których dziś znajduje się Krasiczyn włada Jakub z Siecina, protoplasta znakomitego rodu Krasickich. To z jego czasów pochodzą najstarsze elementy budowli, odnalezione wewnątrz dzisiejszych murów. Pierwotnie zamek był siedzibą warowną o charakterze stricte obronnym. Syn Jakuba, Stanisław Krasicki w drugiej połowie XVI wieku poważnie rozbudował ten obiekt nadając mu kształt i charakter zamku. To za jego sprawą budynek otrzymał cztery potężne, owalne baszty rozmieszczone na planie czworoboku, w sercu którego znajduje się obszerny dziedziniec otoczony wysokim murem. Całość wyposażona była w liczne strzelnice oraz zwodzony most nad okalającą zamek fosą.

            Jednak najwięcej z obecnego splendoru zamek zawdzięcza Marcinowi Krasickiemu, wnukowi Jakuba i synowi Stanisława. To on właśnie na przełomie XVI i XVII wieku pod kierunkiem włoskiego architekta Gelazzo Appiani, przekształcił typowo obronny zamek w bogatą i piękną rezydencję pałacową w stylu renesansowo- manierystycznym. Dokonał tego znacznie powiększając cześć mieszkalną obiektu, podwyższając mury i baszty oraz ozdabiając dziedziniec w malownicze krużganki. Ściany zamku ozdobiono sgraffitowymi dekoracjami zajmującymi łącznie powierzchnie  7 000m2 (!). Marcin przeniósł także bramę wjazdową i wzniósł nad nią wysoką, wieżę. Wtedy też każda z czterech baszt zyskała swój indywidualny charakter mający odzwierciedlać, porządek panujący w ówczesnym świecie. I tak:  zwieńczona kopułą zachodnia baszta zyskała miano "Boskiej" (w niej znajduje się bogato zdobiona zamkowa kaplica), północna baszta, wewnątrz której znajdowały się apartamenty dla wysokich dostojników kościelnych,  nazwana została "Papieską" i zwieńczona attyką (stanowiącą kopię papieskiej korony Klemensa VIII), wschodnia baszta z sześcioma małymi narożnymi wieżyczkami otrzymała miano "Królewskiej" ( w jej wnętrzu znalazły się Królewskie apartamenty), ostatnia zaś, południowa baszta zwieńczona kopią korony Zygmunta III Wazy nazwana została "Szlachecką", lub też "Rycerską".
            
Choć co prawda papież nigdy nie gościł w Krasiczyńskim majątku, to nie można powiedzieć aby baszty nazywane były "na wyrost".  Na zamku podejmowano wielu znakomitych gości, z których nie sposób nie wspomnieć o nuncjuszu apostolskim Cosmos'ie de Torres, który w tutejszej kaplicy podarował polakom poświęcony przez papieża miecz, zachęcając ich tym samym do walki z Turkami. W rezydencji Krasickich wielokrotnie gościli także królowie Rzeczpospolitej: Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan Kazimierz i August II Mocny.
            
     Po bezpotomnej śmierci Marcina Krasickiego, zamek trafił w ręce jego siostrzeńca i imiennika. Ten niestety znany  z hulaszczego trybu życia i awanturniczego usposobienia, mocno zaniedbał majątek. Późniejsze losy Krasiczyńskiego zamku są nieco bardziej zawiłe, kilka krotnie przechodził on z rąk do rąk, aż w XIX wieku zakupiony został przez Leona Sapiehę, i pozostał własnością rodu aż do1944 roku. To właśnie rodzinie Sapiehów zawdzięczamy obecny kształt zamkowego parku, gdzie wśród cienistych alejek i romantycznych zaułków, możemy odnaleźć liczne stare drzewa (dęby i lipy) sadzone niegdyś wraz z narodzinami kolejnych potomków rodu.
            Niestety małżeństwu księcia Leona Sapiehy i Jadwigi z Zamoyskich, Krasiczyński majątek nie przyniósł szczęścia. Za swojego życia pochowali oni siedmioro przedwcześnie zmarłych dzieci. Przyczyną większości. zgonów była szalejąca wówczas epidemia cholery. Jednakże ze śmiercią ich 16 letniej córki, Zosi Sapieżanki wiąże się pewna interesująca legenda.
            Zosia była ukochaną córeczką książęcej pary. Jeszcze, jako dziecko zaprzyjaźniła się ona z niejakim Stasiem, ubogim chłopcem mieszkającym wraz z matką na zamku. Uwielbiali się ze sobą bawić i spędzać razem każdą wolną chwilę. Początkowo rodzice księżniczki nie mieli nic przeciwko niewinnym zabawom, ale czas płynął i kiedy dzieci weszły w wiek młodzieńczy, zrodziła się między nimi wielka i gorąca miłość.

Książę Leon nie mógł tego zaakceptować - Księżniczka, z "byle przybłędą"?! To dopiero byłby mezalians!- rozumował zapewne Sapieha.

            Chcąc zapobiec skandalowi, książę w tajemnicy wydalił z zamku Stanisława wraz z matką. Wkrótce też uradzono, że Zosię należy czym prędzej wydać za mąż. Oczywiście za kawalera odpowiedniego jej stanem i majątkiem. Kiedy nastolatka poznała rekomendowanego jej przez rodziców kandydata, zbladła. Naprzeciw niej stanął bowiem bogaty i szpetny starzec. Rozgoryczona Zosia powiedziała rodzicom, że idzie do kaplicy, aby się przed ślubem pomodlić i poprosić Boga o błogosławieństwo. Matka zgodziła się, jednak nie spuszczała córki z oka. Zosia minęła wejście do kaplicy i szła dalej zamkowym krużgankiem. Gdy dotarła do zegarowej wieży, weszła na sam jej szczyt, i... runęła wprost na zamkowy dziedziniec. Matka, choć podążała za Zosią nie zdążyła jej powstrzymać. Na ratunek było już niestety za późno. Księżniczka Zosia w chwili śmierci miała zaledwie 16 lat.

           








Od tej chwili gdy Krasiczyński zamek spowiją ciemności a głucha noc ciszą zadźwięczy w zamkowych murach, po zdobnych krużgankach przemyka jeszcze, odziana w ślubną, niczym z mgły utkaną, suknie postać nieszczęśliwej Zosi. Czasem też przechadza się ona powoli po zamkowym parku, ze smutkiem wyglądając swego ukochanego Stasia...

Ale, to przecież tylko legenda... a może nie tylko?
Przekonajcie się sami.

 kjz


(opublikowano na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

poniedziałek, 6 października 2014

Tu przecież żyli ludzie...



Bez wielkiej polityki, bez zwyczajowego już u nas przeciągania liny „nasze –wasze” i bez wzajemnego obwiniania, w atmosferze wspólnej zadumy i pojednania spotkali się w Borysławskim lesie Ukraińcy, Polacy, potomkowie dawnych mieszkańców tej nieistniejącej już wioski oraz ludzie kompletnie z zewnątrz których połączyło wspólne poczucie że 500 lat historii i kilkadziesiąt pokoleń urodzonych i wychowanych tu ludzi nie powinno tak po prostu zapaść się w mroku gęstego a otaczającego już Borysławkę, lasu ludzkiej niepamięci.


Pierwsze wzmianki o Borysławce –wsi na południe od Rybotycz pochodzą jeszcze z XV wieku, jeszcze w 1921 roku było tu 110 domów, cerkiew i cmentarz, mieszkało tu 630 osób: Ukraińców, Polaków i Żydów. Dziś błotnistą drogą przez las trudno tu dojść nawet na piechotę. A wszystko co zostało z tej wsi to jedna waląca się chata, zmurszały przydrożny krzyż i kilka poprzewracanych nagrobków. Gdzie nie gdzie, kiedy wpatrzymy się w przydrożne krzaki zauważyć jeszcze można ślady podmurówki albo zasypaną studnie.
-To była kiedyś duża ładna wieś -wspomina pani Halina Fajfer, jedna z dwóch żyjących jeszcze mieszkanek Borysławki.- Kiedy nas wysiedlali miałam 14 lat, to było straszne, nagle zabrali nas z domów i wywieźli daleko do obozu w Jaworznie. Moja mama była Ukrainką a ojciec Polakiem i tylko dlatego udało się nam tutaj wrócić, ale co tam przeżyłam to moje, 40 przesłuchań, bicie, …trudno mi o tym mówić.  Kiedy wróciliśmy tutaj wsi już nie było, domy spalono- (spalenia dokonało  OUN przyp. K.Z.)
Wysiedlenia mieszkańców w większości Ukraińskiej Borysławki dokonało w 1945 roku Ludowe Wojsko Polskie. Wysiedlenia stanowiły element walki z Ukraińskimi oddziałami ukrywającymi się na tych terenach. Była to też swoista odpowiedź na zbrodnie dokonywane przez Ukraińskich  Nacjonalistów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Jednakże jak podkreślali obecni, cierpieniem cierpienia odkupić się nie da. I tak wspólnie w zadumie stanęli po latach Polacy z Ukraińcami na cmentarzu w nieistniejącej wsi i wspólną modlitwą i śpiewem stworzyli magiczny krąg, w którym zniknęły gdzieś wzajemnie uprzedzenia i pretensje. Jak powiedział   Taras Kompaniczenko z Chorei Kozackiej z Kijowa –Podzieliła nas trudna historia, wiele złego się stało między nami ale niech to co złego było zawiązane na ziemi niech i tu na ziemi będzie rozwiązane przez wzajemne zrozumienie i dobrą wolę.-
Nad ciszą Borysławskiego lasu wybrzmiały słowa wiersza „Do Lachów” Ukraińskiego wieszcza Tarasa Szewczenki:
„[…]Dajże rękę kozakowi serce czyste razem daj
Będziem w sobie Chrystusowi
Wznowim dawny, cichy raj”   
-Dla Ukrainy nadszedł czas X- ciągnął dalej T. Kompaniczenko- i to, że właśnie teraz w biedzie odnaleźliśmy w was braci i przyjaciół to cudowna rzecz i to nie przeminie, zostanie w naszych sercach na wieki.-
u chodzi o upamiętnienie ludzi, ludzi którzy tu żyli i chyba każdy sposób jest tu dobry.- mówi Antoni Pilch organizator wydarzenia. – będziemy się starali żeby spotkanie to miało charakter cykliczny sądzę, że to ważne dla nas wszystkich, dla naszej tożsamości i świadomości-
Borysławka nie jest jedyną  „nieistniejącą wsią”, w Galicji jest bowiem dziesiątki takich martwych światów, wygaszonych nagle przez takie czy inne wydarzenia, ile jest po obu stronach granicy opuszczonych cerkwi, walących się kościołów, zapomnianych cmentarzy i zdziczałych sadów. Jeśli będziemy potrafili na chwile wzbić się ponad narodowe podziały dostrzeżemy, że niezależnie od tego czy są one związane z Polakami, Ukraińcami, Żydami, czy Niemcami, każde z nich jest krwawiącą raną na naszej chcąc, nie chcąc ale jednak od zawsze 
wielokulturowej i różnobarwnej ziemi.

                                                                                                      Kamil Jacek Zarański

(Opublikowano na łamach tygodnika Życie Podkarpackie) (foto kjz)
                                                                                                                             

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Kijów - Jarmark Rewolucja

Parafrazując słowa Sokratesa: życie to wielkie igrzyska, jedni przyszli by powalczyć inni by pohandlować jeszcze inni (najlepsi) przyszli jako widzowie. I tak chodząc po Kijowskim Majdanie w Połowie kwietnia(14 roku) doświadczam aktualności tej tezy. Oglądam bowiem 3 różne światy, niemające ze sobą zbyt wiele wspólnego. Chwilowo tolerujące się na tej samej przestrzeni. I choć: polityka, ekonomia, i prawo tłumaczą…to ja jednak dalej nie rozumiem.

Z jednej strony…

ł roku (zimniejsze pół) na odartym z kostki placu, walcząc z każdą siłą która przeciw nim stanie. Cholerna zawziętość, determinacja, wola… Zaczęło się od pokojowych protestów wręcz kolorowych festynów, ale dziś kolorowe są tu już tylko kwiaty i znicze… Potem car wypuścił swoje psy… najpierw pałki, gumowe kule i armatki, później ostra amunicja na końcu granaty i bezwzględni snajperzy na dachach budynków. Tu ludzie wciąż nie mogą uwierzyć żeby Ukrainiec tak do Ukraińca…
Michaiło jest profesorem akademickim, zajmuje się bioenergetyką, ma żonę, dorastające dzieci, mieszkanie niedaleko centrum i swoją daczę pod Tarnopolem. Normalny 45 letni facet, ale dlaczego normalny facet w tym wieku biegał po centrum swojego miasta z w motocyklowym kasku I rzucał kostką brukową w kordony milicji?
-Bo mamy już dość! Wszyscy mamy dość: łapówek, biedy, złodziejstwa, kumoterstwa, bogacenia się naszym kosztem, gwałcenia naszej godności jako narodu i jako ludzi ….. nie chcemy już żyć w takim kraju! To się musi zmienić.- denerwuje się. Podczas zamieszek Michaiło dostał w tył głowy odłamkiem, na szczęście miał kask i gruby kołnierz, później został postrzelony w kolano. -Do szpitala bałem się iść- mówi-tam czekali na takich jak ja, wielu z naszych stamtąd już nie wróciło. Znieczuliłem się wódką i pocisk z kolana wyjąłem sam.- dodaje po chwili Michaiło.
Wśród labiryntu barykad, poprzewracanych, spalonych samochodów, autobusów i tysięcy opon co chwila natykamy się na kopczyki z brukowej kostki, niczym małe stepowe kurhany. Na nich znicza, kwiaty, różańce. –Tu zginął mój kolega, walczyliśmy razem, tu zastrzelił go snajper...- opowiada Michaiło. Nie opodal tego miejsca na ulicznej latarni widać ślady po kulach, w kilku miejscach przeszły na wylot –
Takich miejsc jest tu dziesiątki, gdzie nie spojrzeć zdjęcia, kwiaty, śmierć… Obrazy są tu iście wojenne, nie jak w Europie, nie jak w XXI wieku. Z kostki brukowej ogołocone jest tu całe centrum (ciekaw jestem czy następna władza ją  z powrotem położy, czy „na wszelki wypadek” znajdzie inne rozwiązanie?) Całe pierzeje zabytkowych kamienic okopcone czarnym dymem, spozierają złowrogo na zabarykadowane ulice. W samym centrum pustymi czerupami okien straszy budynek Związków zawodowych spalony przez Berkut w trakcie “zawieszenia broni”. Z jego okien w trakcie pożaru skakali ludzie, nie wszystkim udało się uciec. Co ciekawe z tyłu spalonego budynku zachował się mały sklepik monopolowy, "Produkty na Majdanie" tu walczący przychodzili “radzić sobie ze stresem”.
-Minus 10, minus 15 stopni w okół giną ludzie z którymi jeszcze chwile temu rozmawiałeś… dziwisz się?- Pyta Michaiło. Nie, niedziwię...

Zwyciężyli, oni w motocyklowych kaskach i narciarskich goglach przegnali stąd cara. To jednak nie był koniec, a dopiero początek...car bowiem okazał się być zaledwie odbiciem cara. Teraz gra toczy się gdzie indziej ale tu wcale nie stygną emocje.
Na Majdanie wojskowe namioty polowe kuchnie i barykady, oni tu dalej są, zarośnięci, w wojskowych kurtkach z podejrzliwym wzrokiem- ci dla których zabrakło miejsca w niebiańskiej sotni. Jak śpiewał J. Kaczmarski: "Ci co polegli poszli w bohatery, Ci co przeżyli muszą walczyć dalej…" Są i szykują się na najgorsze. W spalonym autobusie urządzili sobie strzelnicę, tu ćwiczą celność, patrole sprawdzają ludzi wysiadających z metra czy nikt nie wnosi broni, na barykadach w nocy wystawiane są warty, każdy wchodzący na majdan jest pod czujnym okiem zamaskowanej samoobrony. Na scenie cały czas ktoś przemawia, zaprawiają się w duchu, dyskutują, ćwiczą, zagrzewają się do przyszłej walki.


M
ichaiło odnosząc się do niektórych "majdańczyków"  mówi o syndromie zwycięstwa, zwycięstwa po którym nie za bardzo wiadomo co robić dalej -Przyjechało tu wielu ludzi z całej Ukrainy, ze Lwowa, Odessy, Czerniowiec, Winnicy. Wielu z nich niema pracy, rodziny, niema do czego wracać. To tu nabrali godności stali się bohaterami.- Ale są tu bardzo różni ludzie, spotykam Jurija, z wykształcenia prawnik, od lat bezrobotny. Teraz szwenda się między namiotami myśli o tym żeby się wyrwać i zacząć normalnie żyć, ale droga nie jest łatwa. –Może zaczepie się tu w jakimś sklepie- fantazjuje czterdziestoletni magister prawa.
Spotykam tu widoki dla nas niepojęte, portrety bandery a obok polskie flagi i hasła „dziękujemy polakom za wsparcie”. Biało czerwona flaga razem z czarno czerwoną powiewają na równi osmolone dymem z płonących opon. Nie, to nie cynizm, to trochę bardziej złożone. Teraz radykalizują się tu postawy, wszyscy gotują się na wojnę domową a nacjonalizm to w takich okolicznościach wygodna siła. Jak ktoś kiedyś zauważył „Skomplikowane hasła trudno się w tłumie skanduje”. Prawicowy populizm trafia zatem na podatny grunt, o Wołyniu nikt nie chce teraz słuchać. Zresztą to po trosze kwestia innej optyki, dla nich UPA to w pierwszej kolejności walka z Moskwą a nie z Warszawą.





Z drugiej…


-Piatdiesat, hrywni -woła kobieta w grubym białym swetrze, klient nie jest przekonany idzie dalej. Jak tylko zaczęło się uspokajać zjechali tu ze wszystkich stron, kupić można u nich wszystko czapki, szaliki flagi i koszulki –kolorystyka obowiązuje żółto-niebieska lub czerwono-czarna ale i biało-czerwone pamiątki też się znajdą. No właśnie pamiątki ale z czego, z rewolucji, z masakry cywilnej ludności? Tylko tu możesz zjeść hot-doga z widokiem na wojnę. Ale z drugiej (nomen omen) strony, czemu tu się dziwić, jest ciężko a może być jeszcze ciężej, bohaterstwa ani patriotyzmu do garnka przecież nie da się włożyć. Przykład idzie z góry, czemu zatem mieć pretensje do zwykłych ludzi,wszak od wschodu do zachodu możni tego świata kupczą Ukrainą jak swoją własnością, przeliczając ją na ceny gazu, ropy i wartość rozmaitych intratnych kontraktów?

W polskiej polityce też możemy to zauważyć. Wszak Ukraina to wymarzony temat do przedwyborczych licytacji. Jedni straszą, inni uspokajają, jedni wspierają, drudzy zachowują dystans, szkoda, że meritum którym winien być człowiek, gdzieś niepostrzeżenie przemyka im między palcami.
Pod majdanem znajduje się duży podziemny dom handlowy. To tu rewolucjoniści kryli się przed zimnem, m.in. dlatego udało im się przetrwać zimę. Dwa różne światy: przepych, kolory, muzyka, znane marki, błyszczące wystawy i kelnerskie uśmiechy, a kiedy wyjdziemy z tego lukrowanego podziemia na powierzchnie….czerń, szarość i zieleń wojskowych kurtek.


i z ostatniej. Czyli “Sweet focie” i solidarni na plakatach


Młoda dobrze ubrana dziewczyna smartphonem robi sobie zdjęcie na tle panoramy pobojowiska. Inni przyjezdni fotografują się przy barykadach. Nasi politycy także w tym temacie mają się czym „pochwalić”. Obrazki tego typu nieco kontrastują z widokiem zniczy, tam przecież ginęli ludzie…Ale jest niedzielne popołudnie po centrum przechadzają się ludzie, pokazują sobie palcami dziury po kulach na elewacjach budynków. Nieopodal mnie na ulicy gra uliczny zespół (słychać motyw muzyczny z Pulp Fiction) w tle barykady, między dźwiękami słychać płomienne przemówienia z Majdańskiej sceny. –Śmierć okupantom! –krzyczy do mikrofonu Dmytro Jarosz z Prawego Sektora. Jakoś nie pasuje to do siebie, gryzie się, razi. A z drugiej strony zrozumiałe, że nie da się na co dzień żyć wojną ani rewolucją…

Wszędzie kręcą się ciekawscy dziennikarze z rozmaitych mediów, zaglądając wścibsko „pod kieckę rewolucji”. (Wśród nich także wścibski ja). A po drugiej stronie ekranu Wy. Czy mogę zapytać co oglądaliście? Czy dramat ludzki? Czy raczej „dobry film akcji”?
Nie chodzi o to aby przemilczeć, wręcz przeciwnie, ale czy na pewno w dyskursie publicznym pamiętamy o ludzkim obliczu tych wydarzeń, czy zachowujemy odpowiedni szacunek i powagę dla tragedii? Kiedy w lutym cyferki zabitych i rannych zmieniały się z dnia na dzień, czy pamiętaliśmy o tym że to ludzie tacy jak my?
Według Sokratesa ci trzeci (publiczność) to ci najlepsi, ale czy tak jest w istocie…?





Albo i nie…

Ale co nas łączy? Co łączy walczących, handlujących i podziwiających? Chyba właśnie to o czym mówił na początku Michaiło -Wszyscy chcemy normalnie żyć. I chyba oto chodziło na majdanie, nie o wielką politykę, nie o pieniądze czy interesy tylko o prawo do własnej godności… W ferworze medialnej wojny i natłoku politycznej gry wokół wydarzeń na Ukrainie, nie zapominajmy że poszło tam o to co wszyscy niezależnie od narodowości statusu czy opcji politycznej powinniśmy rozumieć i do czego wszyscy mamy prawo. Prawo które nas łączy bez względu na różnice…







                                                                                                            Kamil Jacek Zarański