wtorek, 17 lutego 2015

„Diabolus de Subcarpathia”,czyli o najmroczniejszej postaci polskiego sarmatyzmu


shutterstock_211648387

Pisaliśmy niedawno o wybrykach awanturniczej szlachty, historycznej ziemi przemyskiej.  Nie da się jednak mówić o wojnach prywatnych i warcholstwie szlacheckiego stanu, bez przedstawienia sylwetki legendarnego, choć okrytego zdecydowanie złą sławą Stanisława Stadnickiego vel Diabła Łańcuckiego. Istnieje kilka książek na jego temat nie tylko historycznych, ale też fabularnych. Od wieków rozpala on wyobraźnie miłośników grozy. Fenomen jego legendy można by porównać do rumuńskiego księcia Draculi. Obydwie postacie mają ze sobą wiele wspólnego: bezwzględni, nieznający sumienia, winni przelewu morza krwi, obydwaj posądzani o paktowanie z szatanem.

Jak pisze Władysław  Łoziński: Stadnicki zwany Diabłem stał się niemal legendarną postacią, a tym się różni od innych figur podaniowych, że groza legendy nie znika pod światłem historycznej prawdy[…]. Nazwano go Diabłem, a przecież czego brak tej postaci, aby była naprawdę fantastyczna to rzeczywistego satanizmu: otwartej negacji praw Boskich i ludzkich, głośnej proklamacji buntu przeciw niebu i ziemi, zuchwałego wyznawstwa złego, demonicznej zgodności czynu ze słowem…
Ale nie, on był gorszy, był bowiem wielkim hipokrytą. Notorycznie łamał prawo, a wciąż się do niego odwoływał. Deptał wszystkie zasady moralności, ale wciąż mówił o cnocie. Zbrukany krwią swych przeciwników i niewinnych ludzi, cięgle uważał siebie z ofiarę, bez przerwy dowodził, że to jemu dzieje się krzywda. Oprócz morza krwi,  przelał też morze atramentu. Akta grodzkie i ziemskie w całej Polsce, pełne są jego skryptów. Prawo w jego rękach było takim samym instrumentem gwałtu, jak jego bandy sabatów i hajduków, pisze Łoziński.
Z jednej strony co chwila prosił króla o wstawiennictwo, z drugiej nieustannie spiskował przeciwko niemu.

Jego zamek w Łańcucie przypominał jaskinie zbójców. Pełno było tam rzezimieszków czekających z utęsknieniem na kolejny najazd, zajazd, aferę. A tymczasem Stadnicki powiadał: Na gościńcu mieszkam, radnie bym zamek mój ze szkła miał, niźli z muru, żeby każdy widział cnotliwe życie moje.
Stadnicki był wszędzie tam, gdzie można było coś dla siebie ugrać. Nie żałował ani wdów,  ani sierot, nie było dla niego rzeczy niestosownych czy niemoralnych. Wszystko było dobre, co służyło jego interesom i odwrotnie, wszystko było złe, co jego interesom mogłoby zagrozić. Z rozlicznych wybryków Diabła Łańcuckiego, chyba najgłośniej było o jego wojnie prywatnej z Łukaszem Opalińskim, starostą leżajskim.
lezajsk klasztorO co właściwie poszło? Niektórzy twierdzą, że o charta  inni, że o postać leżajskiego burmistrza, jednakże obaj panowie mieli ze sobą dużo więcej „nie po drodze”. Opaliński to gorliwy katolik i lojalny rojalista. Stadnicki był zaś wyznającym kalwinizm, doświadczonym rokoszaninem.
Starosta zygwulski bo taki tytuł nosił mości Diabeł,  nie tylko mordował swych wrogów i ich poddanych. Potrafił być także wyjątkowo przy tym okrutny, przejawiał tendencje sadystyczne. Chłopom z Leżajszczyzny potrafił obcinać ręce i nogi, a nawet podpalać ich żywcem.
Krwawa jatka jaka rozpętała się na linii Łańcut –Leżajsk rozeszła się szerokim echem po ówczesnej Rzeczypospolitej. Dziesiątki zrównanych z ziemią wiosek, setki zabitych chłopów, gwałty, grabieże, porwania. Tak przez cztery lata wyglądała codzienna rzeczywistość starostwa Leżajskiego i Łańcuckiego. Szlachta przemyska opowiedziała się za Opalińskim, król nałożył na Stadnickiego wysokie wadium;  podobno nawet w kościołach śpiewano pieśni w których błagano Boga o zmiłowanie i ochronę przed Stadnickim.

Zażarte walki spowodowały znaczne wyludnienie tych obszarów, a niekończące się boje ogołociły poważnie skarbce obydwu rodzin.Stadnicki w swojej taktyce wykazywał się jak zwykle nikczemnością i brakiem skrupułów, uderzał w to, co mogło zaboleć najbardziej, choćby sam miał nic z tego niemieć. Kiedy w jednej z wsi Leżajszczyzny, urodziło się karłowate dziecko, Opalińscy ulitowali się nad jego losem i przygarnęli, zapewniając mu wykształcenie i godne warunki życia. Stadnicki dowiedziawszy się o tym, z rozmysłem porwał chłopca, nakazał swoim ludziom solidnie go obić, po czym wtrącił go do lochów pod swoim zamkiem. Po co? A no tak zwyczajnie, żeby zrobić Opalińskim na złość.

Do największej bitwy między oponentami doszło, kiedy Łukasz Opaliński wybierając się do Przemyśla na rozprawę, wpadł w zasadzkę przygotowaną nań przez Stadnickiego. Diabeł Łańcucki przeliczył jednak swoje siły, oddział Opalińskiego liczniejszy niż zwykle odparł atak Łańcucian. Rzezimieszkowie Stadnickiego po pierwszym starciu zaczęli uciekać w kierunku zamku. Świta Opalińskiego dopadła drużynę Diabła w jego siedzibie, gdzie doszło do brutalnego jej rozbicia.
Opalińszczycy nie pokazali litości, zajścia w zamku Stadnickiego przedstawiano potem jako krwawą egzekucje. Tymczasem nasz „mroczny bohater” uciekł, zostawiając na pastwę Opalińskiego, swoją żonę i dzieci. Starosta leżajski zachował się jednak honorowo i wypuścił Annę Stadnicką wraz z dziećmi z zajętego zamku tak, że „włos im z głowy nie spadł”.
Tymczasem ludzie Opalińskiego rabowali w zamku co się dało, a czego się nie dało zrabować dewastowali i podpalali. Z zamku Stadnickiego ani z jego słynnych, „przeludnionych” lochów pozostały tylko zgliszcza. Ale zwycięzcom było nadal mało, toteż jęli dewastować łańcucki rynek, spalili Zbór Kalwiński, a także okradli i sprofanowali kilka łańcuckich kościołów.
Długo zajęło zanim Łańcut pozbierał się po zniszczeniach dokonanych przez Opalińszczyków, jednakże samego Diabła nieudało im się złapać. Stadnicki przez wydarzenia w Łańcucie nie nabrał bynajmniej pokory. Niedługo później rekrutował nowe hordy do walki ze starostą leżajskim. Ostatecznie, Diabeł Łańcucki zabity został w trakcie bitwy w Tarnawie. Ale „pustkę” w ziemi przemyskiej po jego wybrykach szybko zapełnili jego synowie, zwani powszechnie diablętami… Ale to już część zupełnie innej opowieści.

kjz

(opublikowano na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

O szlachcie z piekła rodem…



szlachta.zdj4c.kjz

Historia naszych podkarpackich ziem, obfituje w wiele barwnych historii, a o burzliwych dziejach naszej małej ojczyzny można by opowiadać w nieskończoność. Tym razem skupię się na czasach Rzeczypospolitej szlacheckiej. Nie każdy wie, że w tamtym okresie Podkarpacie odgrywało bardzo ważną, choć niekiedy niechlubną rolę, która pięknie obrazuje specyfikę tamtych czasów. Kiedy słyszymy ,, szlachta polska”, widzimy barwne obyczaje i klasyczną harmonię rodem z ,,Pana Tadeusza”. Stereotyp polskiego szlachcica opiera się również na Sienkiewiczowskim bohaterze, który jest pełen dumy i honoru, miłuje Boga i Ojczyznę. Przed oczami staje nam ktoś na miarę Michała Jerzego Wołodyjowskiego (jego pierwowzór notabene, był stolnikiem przemyskim). Nieco bliższa prawdzie historycznej wydaje się być jednak postać Andrzeja Kmicica, z którym to jak pamiętamy „różnie bywało”. Jednakże w zestawieniu z prawdziwymi bohaterami złotej, szlacheckiej wolności, Jego mość Kmicic przypomina raczej pobożnego ministranta niż awanturnika.
Województwo ruskie ze stolicą we Lwowie, dzieliło się zasadniczo na pięć ziem: lwowską, halicką, chełmską, sanocką i przemyską. Ziemia- była jednostką administracyjną Królestwa Polskiego, o randze niższej niż województwo, a wyższej od powiatu. W latach 1434 -1772 (na którym to okresie się skupimy), większość terenów dzisiejszego województwa podkarpackiego należało do historycznej ziemi przemyskiej. Sięgała ona w przybliżeniu: od okolic Biłgoraju na północy, do ukraińskich Karpat (Bojkowizny) na południu, oraz od Czudca na zachodzie, do miasta Stryj na wschodzie. Czym charakteryzowały się te tereny, z czego znano je w kraju? Jak pisze Władysław Łoziński w książce pt. ,, Prawem i Lewem. Obyczaje na czerwonej Rusi w pierwszej połowie XVII wieku”:
Z zamiłowania przepychu, z okazałości swego występowania na zjazdach i uroczystościach słynie w całej Polsce […]. Bogactwem kostiumów, liczbą orszaków, wspaniałością rydwanów i koni świetnością dworu biorą prym na uroczystych godach, wynderik i weselach królewskich w Krakowie […]. Ale ta «buczność» szła w parze z porywczym do gwałtowności temperamentem, z namiętną zawziętością, z najzuchwalszą swawolą, z lekceważeniem obcego życia i zdrowia. W pierwszych latach XVII wieku ziemia przemyska osławiona była w całej Polsce, jako widownia szalonych wybryków, tragicznych zajść i najuporczywszych, najkrwawszych wojen prywatnych, a reputacja ta nie była już wtedy nowa, sięgała w daleką przeszłość […]. Między szlachtą ziemi przemyskiej, z przyrodzenia butną i rogatą […], wyrobił się obyczaj krwawej dziedzicznej zemsty, istny rodzaj wendety włoskiej; zabijano się wzajemnie, mścił się brat za brata, krewny za krewnego, przyjaciel za przyjaciela […].
Chyba każdy przyzna, że to mocne słowa, Łoziński nie rzucał ich jednak na wiatr. Swoją pracę opierał w dużej mierze na kronikach sądowych województwa ruskiego. Kronikach, z których jak sam wielokrotnie wspomina, usuwano pro publico bono najpikantniejsze fragmenty, żeby nie szerzyć zgorszenia. Co więc takiego działo się na tych ziemiach? Czym nasi przodkowie zasłużyli sobie na takie awanturnicze miano? Tu literatura jest bogata, a przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Pozwolę sobie, na zaledwie kilka ,,smaczków”, obrazujących charakterystykę epoki na tym terenie.
Kanonada w katedrę. Opowieść o najcięższym „kacu” w 1000 letniej historii Przemyśla
Ród Drohojowskich był jedną z najznamienitszych rodzin, związanych od wieków z ziemią przemyską. Być może najbardziej charakterystyczną w tej rodzinie postacią był Jan Tomasz Drohojowski. Referendarz koronny i starosta przemyski, świetnie wykształcony, władający czterema językami, dworzanin i dostojnik czterech kolejnych królów polskich, dodatkowo jeden z najdzielniejszych towarzyszy broni Jana Zamojskiego. Jednakże jak pisze Łoziński „[…]Nie wahał się on uciekać do szabli, kiedy nie wystarczał statut. Ciężki ludziom, którzy mu się nie podobali, ciężki miastu Przemyślowi, które ciągle występowało przeciw niemu ze skargami […]”.
Przełomowy w jego życiu okazał się konflikt ze Stanisławem Stadnickim z Leska, bo trzeba wiedzieć, że (jakby jednego było mało) ziemia przemyska nosiła w tym samym czasie dwóch Stanisławów Stadnickich. Spór wywiązał się o długi chorążego Tarnawskiego, które Stadnicki przejął wraz z jego majątkiem, jednakże z owych zobowiązań ani myślał się wywiązać. Drohojowski nie zamierzał tak łatwo odpuścić. Toteż obaj jegomoście, odbijali sobie na wzajem majątki ziemskie, nie bacząc na lejącą się strumieniami krew niewinnych chłopów. Ale takich konfliktów było wówczas wiele. Czym zatem zasłynął referendarz kor. Drohojowski?
Podczas alkoholowej libacji, odbywającej się na zamku kazimierzowskim w Przemyślu, zobaczywszy przed zamkiem ludzi Stadnickiego rozkazał otworzyć do nich ogień z armat. Jednakże kanonierzy chybili. Pociski spadły za to na teren katedry i przyległego do niej cmentarza. Zabawa ta, zakończyła się dla Drohojowskiego klątwą kościelną narzuconą przez ówczesnego biskupa diecezji przemyskiej. Zaiste ciekawe, jak następnego dnia poczuł się referendarz koronny, dowiadując się, że na jego rozkaz, z królewskich armat ostrzelano bazylikę katedralną? Za swoje winy musiał się publicznie kajać na kolanach przed biskupem. Niedługo później, Drohojowski ginie w trakcie potyczki ze swoim śmiertelnym wrogiem.
Prywatne oblężenie Lwowa, czyli jak wyglądałby „Ścigany” 4 wieki temu
Jan Szczęsny Herburt był postacią pełną sprzeczności. Z jednej strony obyty, doskonale wykształcony, świetnego pióra, z drugiej zaś zadufany w sobie gwałtownik, dopuszczający się bez mrugnięcia okiem, czynów wybitnie haniebnych. Z powodu niespełnionych prywatnych ambicji, popadł w konflikt ze znaną już nam rodziną Stadnickich. Jedną z przyczyn była zazdrość o tytuł starosty przemyskiego, który dostał Andrzej Stadnicki, a nie on.
Po nieudanym rokoszu, w którym bierze udział Jan Szczęsny, zabiera on ze sobą armię i uderza na Stadnickich, porywając w niewolę Stanisława Stadnickiego (z Leska). Więzi go następnie w Małnowie. Stadnicki to jednak zbyt ważna postać, żeby Herburtowi uszło to na sucho. Interwencja króla na niewiele się zdaje, jednak grupa mediatorów złożona z zacnych mężów woj. ruskiego, dogaduje się z Janem i ten wypuszcza więźnia. Stadnicki, choć przy mediatorach zrzeka się zemsty ani myśli by taką potwarz wrogowi podarować. Zaraz po powrocie do Przemyśla zbiera szlachtę i wyprawia się zbrojnie przeciw Herburtowi. Ten jednak nie stając do walki, uchodzi do Lwowa.
Lwów to w owym czasie miasto należące do króla, jedno z najważniejszych w Rzeczypospolitej i jedno z lepiej uzbrojonych, odpierające dziesiątki najazdów tatarskich, kozackich, wołoskich i siedmiogrodzkich. Jednakże szlachta ziemi przemyskiej pod wodzą Adama Stadnickiego (brata Stanisława), w pogoni za znienawidzonym Herburtem, dopuszcza się czegoś, co niema precedensu w historii polski. Żądając wydania Herburta, bierze Lwów w oblężenie i trzyma w takowym przez trzy tygodnie. Przez cały czas trwają rozmowy z władzami miasta. Tymczasem wojska Stadnickiego grabią i pustoszą lwowskie przedmieścia i okoliczne wsie…
„Najechać sobie Rzeszów”
szlachta.zdj1.kjzJak pisze Władysław Łoziński: Do rodzin przemyskiej ziemi, w których łonie przychodziło do namiętnych waśni, a w dalszych następstwach do starć gwałtownych i krwawych, należeli w pierwszym rzędzie Ligęzowie. Równocześnie z wojną Drohojowskiego ze Stadnickim, toczyła się wojna między Andrzejem Ligęzą z Pietraszówki (dziś Boguchwała), a jego stryjem Mikołajem, kasztelanem Czechowskim, Panem na Rzeszowie. Jak zwykle poszło o majątek, którego część miał sobie bezprawnie przywłaszczyć stryj Andrzeja. O bezwzględności i wyrachowaniu Ligęzy najlepiej świadczy opis najazdu na Rzeszów, jakiego dokonał pod nieobecność stryja:
Zwerbowawszy sobie dużą gromadę zbrojną, złożoną przeważnie z swawolnych żywiołów węgierskiego nadgranicza, opatrzywszy się w działa i tarany do rozbijania murów, napadł Andrzej Ligęza w r. 1603, pod nieobecność swego stryja na zamek rzeszowski nocą, wyłupał taranami mury, porozbijał zamki i dostawszy się do skarbca, zabrał kasztelanowi skrzynię z 20 000 talarów w gotówce, kosztowną garderobę i broń, mnóstwo cennych sprzętów, szkatułę z dokumentami i dwa gobeliny niderlandzkiej roboty wysokiej, ceny.                                 
Kasztelan nie pozostawał mu dłużny, bowiem napadł z mieszkańcami przedmieścia Rzeszowa na synowca i jego posiadłości w Zwięczycy i Starej Niwie. Ale zemsta, jaką przygotował za to Ligęza, przerosła najśmielsze oczekiwania Mikołaja.
Tego samego roku w oktawę Bożego Ciała z większym jeszcze zastępem zaciężnego wojska uderzył na Rzeszów, spalił przedmieścia, obiegł i zbombardował zamek, a zdobywszy go po kilku dniach szturmem, złupił, co się tylko złupić dało. Następnie mszcząc się na mieszczanach i przedmieszczanach rzeszowskich, którzy pomagali kasztelanowi w jego wyprawie, pozwolił żołnierzom swoim na rabunek, zrabowane rzeczy złożyć kazał na rynku do podziału, zamknął dokoła miasto czatami, nie wpuścił i nie wypuścił nikogo, i przez kilka dni hulał sobie w zdobytym mieście kosztem kasztelana, a także kosztem cnoty mieszczanek.
Kasztelan po tej klęsce zmuszony był uciekać się po pomoc do króla. Król działał jednak bardzo powściągliwie. Wydał mandat na Ligęzę, jednakże dla ukaranego, nie miało to większego znaczenia. W owym czasie na tych terenach, prawie każdy miał na sobie jakieś mandaty, założone między siebie wadia, ale władza królewska niebyła mocna ani skuteczna. Obie strony miały spotkać się w sądzie w Przeworsku:
Obaj przeciwnicy wybrali się na ten termin jak na wojnę. Andrzej, ubiegając kasztelana, stanął pierwszy w Przeworsku, zajął jedyną, jaka tam istniała, w rynku kamienicę, obsadził ją swoimi żołnierzami, których resztę rozlokował w przyległych domostwach drewnianych, i tak ufortyfikowany i gotowy do walki czy to zaczepnej, czy odpornej liczną kompanie oczekiwał stryja. Kasztelan, który był zwerbował sobie we Lwowie, w okolicach Biecza i Żmigroda […].Miało być tej świty około 900 ludzi kasztelan tedy, stanąwszy pod Przeworskiem, a dowiedziawszy się o zajęciu miasta przez Andrzeja, zatrzymał się na przedmieściach otoczył dokoła strażami miasto, trzymając je niejako w oblężenia. […] Przyszło do krwawej bitwy między stryjem a synowcem. Kasztelan miał przeważające siły i dążył do pojmania Andrzeja, który jednak obwarowany dobrze w swojej gospodzie, bronił się jak lew i wytrzymywał przez cały dzień aż do późnego wieczora szturmy kasztelana z taką walecznością, że kasztelan ustąpić musiał pierwszy z placu, straciwszy sześciu zabitych. Daleko ciężej okupił swój ostateczny sukces Andrzej, bo stracił 21 ludzi zabitych, nie licząc już wcale rannych […]. Nazajutrz długi szereg wozów poruszał się drogą z Przeworska do Przemyśla, a na wozach tych leżały trupy zabitych, wiezione dla prezentowania w grodzie. Ponieważ obu stronom zależało na tym, aby przeciwnik zwłok nie prezentował w grodzie i tym sposobem nie stwierdził urzędowo faktu zabójstwa, więc nie dano nieboszczykom spokoju i po śmierci.
Każdy rewers ma swój awers
W tej beczce dziegciu jest i łyżka miodu. Nie bez przyczyny król pozwalał na tak dużo szlachcie tych terenów, gdyż swoją niespotykaną bitnością i zaprawieniem w bojach, stanowiła najlepszą obronę od najazdów tatarskich, kozackich czy wołoskich. Ci sami niechlubni bohaterowie prywatnych porachunków, wnosili niezmierzony wkład w obronność Rzeczypospolitej. Mimo ich niespotykanego gdzie indziej hultajstwa i niesubordynacji, król zmuszony był przymykać oko na to, co działo się w słynnym województwie ruskim
W następnej części opowieści o awanturniczej szlachcie Podkarpacia, przyjrzymy się bliżej legendarnej postaci Stanisława Stadnickiego zwanego Diabłem Łańcuckim.

kjz
(opublikowana na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

Galicyjscy Żydzi





Dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam o dawnych mieszkańcach ziem które dziś nazywamy Podkarpaciem czy ściślej województwem Podkarpackim. Tajemnicą poliszynela jest iż tereny te o ogromnie burzliwej i ciekawej historii były od niemal zawsze zamieszkiwane przez ludzi różnych narodowości i wyznań, tworzących razem barwną mozaikę etnograficzną, która stała się żyzną glebą dla rozwoju galicyjskiej kultury. W XIX wieku Galicja była jednym z najgęściej zaludnionych terenów europy środkowo-wschodniej. Na ówczesny tutejszy żywioł składały się głównie trzy odmienne społeczności Polska, Ukraińska (Ruska) i Żydowska. Tym razem skupimy się na tej trzeciej. 
Galicja to dla diaspory żydowskiej miejsce szczególne, w stolicy regionu Lwowie przed wojną znajdowało się trzecie co do wielkości skupisko żydów na świecie. Ale i w innych miastach regionu mieli oni wówczas znaczącą reprezentacje. Z tej społeczności zrodziło się wiele wybitnych osobowości takich jak Elimelech Weissblum, Otto Axer czy Bruno Schulz tu zresztą swój początek wzięło kilka znamienitych rodów i społecznych ruchów. Diaspora Żydowska, wnosząc trudny do przecenienia wkład w kulturę i historię regionu pozostawiła po sobie wiele pamiątek w postaci architektury, przedmiotów sakralnych  a także w sferze kultury niematerialnej. Przenieśmy się zatem na chwilę w tamten magiczny świat.


Pierwsza odnotowana w piśmie obecność żydów na ziemiach polskich miała miejsce w Przemyślu ok. roku 1030. W miarę jak nasilały się nastroje antysemickie w europie coraz więcej wyznawców judaizmu osiedlało się w Polsce, gdzie stosunkowo tolerancyjna ludność autochtoniczna oraz przychylne izraelitom prawo ustanowione przez króla Kazimierza Wielkiego uważanego za wielkiego protektora narodu żydowskiego, pozwalało żyć, pracować i rozwijać się we względnie dobrych warunkach. To też na nasze tereny przybywali Żydzi z całej Europy: z Niemiec, Francji, Hiszpanii, Portugalii, Czech oraz Rusi (często potomkowie mieszkańców Kaganatu Chazarskiego, a więc jedynego niesemickiego państwa które przyjęło judaizm). Nasze tereny stały się więc miejscem spotkania szerokiej i wewnętrznie zróżnicowanej diaspory żydowskiej z całego kontynentu, swego rodzaju: „Europejską ziemią obiecaną”. Liczba żydowskich mieszkańców Galicji rosła dynamicznie. I tak w 1625 roku w Przemyślu mieszkało już więcej żydów aniżeli chrześcijan. W Rzeszowie Żydzi pojawili się na przełomie XV i XVI wieku, utrzymywali się oni głównie z dzierżawy młynów, oraz handlu, suknem, winem i płótnem. To oni osiedlając się w okolicach dzisiejszego Placu Wolności dali początek dzielnicy Nowe Miasto. Tam też na przełomie XVI i XVII wieku powstała pierwsza synagoga zwana starą. W 1674 w Rzeszowie mieszkało już ok. 1400 osób wyznania mojżeszowego, a zatem więcej aniżeli chrześcijan. Ta przewaga utrzymała się w mieście jeszcze w okresie międzywojennym, kiedy mówiono o Rzeszowie nawet: „Galicyjska Jerozolima”.
W tym samym czasie, stolica Galicji, Lwów był trzecim co do wielkości skupiskiem społeczności  Żydowskiej na świecie. W 1941r. We Lwowie przebywało ok. 150 000 żydów. Żeby poczuć atmosferę tamtego miasta polecam krótki film dokumentalny nagrany w 1938 roku „Jewish Life in Lwow”, który można bez większych problemów odnaleźć w internecie. Ale Lwów to materiał na zupełnie inną juz opowieść, my zaś skoncentrujmy się na tej części Galicji która teraz znajduje się w granicach naszego województwa.

Tu bowiem również nie brakuje miejsc niezwykle ważnych dla międzynarodowej żydowskiej społeczności. Nie da się tu nie wspomnieć o Leżajsku w którym żył i nauczał cadyk Elimelech Weissblum –jedna z bezsprzecznie najważniejszych postaci ruchu chasydzkiego na świecie. Na jego grób który znajduje się na kirkucie w Leżajsku co roku z okazji urodzin cadyka przyjeżdżają chasydzi nawet z najodleglejszych części globu. Ale kim był Elimelech Weissblum? Oprócz tego , że był on guru ruchu religijnego, to był także mędrcem, filozofem, człowiekiem wielkiej wrażliwości i łagodności powtarzającym stale aby „zło zwyciężać dobrem”. Zwykł też mawiać, że w rzeczach pięknych, dobrych czy choćby smacznych zawarta jest boskość i musimy nauczyć się ją tam dostrzegać.
Przypisywano mu wiele cudów, a jego postać już za życia obrosła legendą, w swojej ciepłej i łagodnej mądrości nie zatracił jednak skromności i dystansu do siebie. Wiąże się z tym pewna zabawna anegdota:
Pewien przybyły z Węgier pielgrzym na jednej z ulic Leżajska zaczepił przechodnia pytając: „Czy mógłbyś mi proszę, wskazać drogę do domu wielkiego Rebbe Elimelecha?” Przechodzień wzniósł oczy ku niebu i ze zdziwieniem odrzekł: „Chcesz mi  powiedzieć, że przybyłeś aż z Węgier, żeby zobaczyć tego „Rebbe z Leżajska”? Czyż te przesadzone i upiększone plotki o nim dotarły już tak daleko? Znam Rebe Elimelecha osobiście i mówię ci, że ten człowiek jest absolutnym zerem. Obawiam się, że straciłeś sporo czasu i pieniędzy z powodu głupich plotek.”
Gość był oburzony: „Ty mały nikczemny człowieku!” -zagrzmiał- „Co ty wiesz?!” Zwyczajnie nie masz pojęcia o niczym co duchowe i święte!” Rozwścieczony przybysz odwrócił się na pięcie i poszedł w swoja stronę.
Gdy kilka godzin później udało mu się już odnaleźć dom wielkiego cadyka, o mało nie zesłabł, okazało się bowiem, że człowiek którego wcześniej zbluzgał na ulicy i Wielki Rebe Elimelech to jedna i ta sama osoba.
Pielgrzym począł pośpiesznie przepraszać mędrca i błagać go o wybaczenie.
„Dlaczego się tak gorączkujesz odpowiedział Rebe? Nie ma powodu byś miał mnie przepraszać. Powiedziałem ci prawdę i to co ty mi odpowiedziałeś, też było prawdą.”
Elimelech Weissblum był także znakomitym nauczycielem z którego szkoły wyszło kilku kolejnych rabinów i cadyków stanowiących kamienie milowe w historii chasydyzmu m.in: Jakub Ichaak Horowitz (zwany widzącym z Lublina) oraz Menachem Mendel z Rymanowa (jeden z 3 głównych przywódców chasydyzmu w Polsce.)

Z Rymanowem wiąże się także postać laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki- Isidora Isaaca Rabi, który to poświęcił się badaniom nad promieniowaniem jądrowym. W portalu Wirtualny Sztetl, który stanowi nieocenione źródło wiedzy o tamtych czasach odnajdujemy taki oto opis Żydowskiego Rymanowa. „W 1870 r. gmina żydowska liczyła 1183 osoby i posiadała 2 synagogi, 3 rabinów, szkołę religijną z 60 uczniami oraz działały na jej terenie 2 stowarzyszenia. Rabinem kahalnym był Berisch Preger. W 1886 r., miasto miało 3262 mieszkańców, w tym 1391 Żydów. Oskar Kolberg, który w tamtym czasie odwiedził właścicieli dóbr rymanowskich, zanotował: W Rymanowie co krok spotkać się musisz z Żydem najstarszego autoramentu, z wygoloną głową i pejsami, w olbrzymim kapeluszu lub czapce z futrem (damy izraelskie dawny strój zupełnie zarzuciły) i słyszeć żargon żydowski.”

Społeczność galicyjskich żydów wydała na świat wielu znakomitych swoich synów, którzy zasłynęli nie tylko na gruncie lokalnym ale często też międzynarodowym, byli wśród nich artyści, naukowcy, politycy i ludzie biznesu. To w dużej mierze dzięki nim utrwalił się w tamtym czasie pozytywny wizerunek tego regionu.
Przedwojenna Galicja czerpała inspiracje ze swojej różnorodności a w obszarze kultury, dla innych regionów polski stanowiła obiekt do naśladowania. Co można dostrzec w wielu przedwojenny filmach, słuchowiskach radiowych czy literaturze z tamtego okresu.
Świat galicyjskich żydów niestety już się dokonał, dziś pozostały nam tylko pamiątki tego jak barwnym i wielokulturowym miejscem była niegdysiejsza Galicja. Ale wystarczy tylko trochę czasu i wyobraźni aby odnaleźć w otaczającym nas pejzażu ślady minionego: w budowlach, w lokalnych zwyczajach, czy w drobnej ornamentyce, którą tak często mijamy bezwiednie. Wystarczy zatrzymać się chwilę i zastanowić, jak kiedyś musiały wyglądać nasze galicyjskie/podkarpackie miasta i miasteczka, gdzie były jakie dzielnice, gdzie stały synagogi a gdzie cerkwie i kościoły. Miejsca takie potrafią bowiem działać niczym wehikuł czasu, musimy tego tylko chcieć...




kjz

(zdjęcia Robert Jankowiak)
(opublikowano a łamach portalu www.podkarpaccy.pl)

Krasiczyn, czyli podróż w przeszłość.




Dziś wybierzemy się na mały spacer po pałacowym parku, zamkowych basztach i malowniczych krużgankach krasiczyńskiej perły, polskiej, renesansowo-manierystycznej, architektury. Znajdzie się tu coś dla zakochanych, coś dla miłośników historii i coś dla amatorów mrocznych opowieści... Przenieśmy sie zatem jeszcze raz w czasy: zamków, księżniczek i niespokojnych "kawalerów z fantazją".

            Jest połowa XVI w. ziemiami na których dziś znajduje się Krasiczyn włada Jakub z Siecina, protoplasta znakomitego rodu Krasickich. To z jego czasów pochodzą najstarsze elementy budowli, odnalezione wewnątrz dzisiejszych murów. Pierwotnie zamek był siedzibą warowną o charakterze stricte obronnym. Syn Jakuba, Stanisław Krasicki w drugiej połowie XVI wieku poważnie rozbudował ten obiekt nadając mu kształt i charakter zamku. To za jego sprawą budynek otrzymał cztery potężne, owalne baszty rozmieszczone na planie czworoboku, w sercu którego znajduje się obszerny dziedziniec otoczony wysokim murem. Całość wyposażona była w liczne strzelnice oraz zwodzony most nad okalającą zamek fosą.

            Jednak najwięcej z obecnego splendoru zamek zawdzięcza Marcinowi Krasickiemu, wnukowi Jakuba i synowi Stanisława. To on właśnie na przełomie XVI i XVII wieku pod kierunkiem włoskiego architekta Gelazzo Appiani, przekształcił typowo obronny zamek w bogatą i piękną rezydencję pałacową w stylu renesansowo- manierystycznym. Dokonał tego znacznie powiększając cześć mieszkalną obiektu, podwyższając mury i baszty oraz ozdabiając dziedziniec w malownicze krużganki. Ściany zamku ozdobiono sgraffitowymi dekoracjami zajmującymi łącznie powierzchnie  7 000m2 (!). Marcin przeniósł także bramę wjazdową i wzniósł nad nią wysoką, wieżę. Wtedy też każda z czterech baszt zyskała swój indywidualny charakter mający odzwierciedlać, porządek panujący w ówczesnym świecie. I tak:  zwieńczona kopułą zachodnia baszta zyskała miano "Boskiej" (w niej znajduje się bogato zdobiona zamkowa kaplica), północna baszta, wewnątrz której znajdowały się apartamenty dla wysokich dostojników kościelnych,  nazwana została "Papieską" i zwieńczona attyką (stanowiącą kopię papieskiej korony Klemensa VIII), wschodnia baszta z sześcioma małymi narożnymi wieżyczkami otrzymała miano "Królewskiej" ( w jej wnętrzu znalazły się Królewskie apartamenty), ostatnia zaś, południowa baszta zwieńczona kopią korony Zygmunta III Wazy nazwana została "Szlachecką", lub też "Rycerską".
            
Choć co prawda papież nigdy nie gościł w Krasiczyńskim majątku, to nie można powiedzieć aby baszty nazywane były "na wyrost".  Na zamku podejmowano wielu znakomitych gości, z których nie sposób nie wspomnieć o nuncjuszu apostolskim Cosmos'ie de Torres, który w tutejszej kaplicy podarował polakom poświęcony przez papieża miecz, zachęcając ich tym samym do walki z Turkami. W rezydencji Krasickich wielokrotnie gościli także królowie Rzeczpospolitej: Zygmunt III Waza, Władysław IV, Jan Kazimierz i August II Mocny.
            
     Po bezpotomnej śmierci Marcina Krasickiego, zamek trafił w ręce jego siostrzeńca i imiennika. Ten niestety znany  z hulaszczego trybu życia i awanturniczego usposobienia, mocno zaniedbał majątek. Późniejsze losy Krasiczyńskiego zamku są nieco bardziej zawiłe, kilka krotnie przechodził on z rąk do rąk, aż w XIX wieku zakupiony został przez Leona Sapiehę, i pozostał własnością rodu aż do1944 roku. To właśnie rodzinie Sapiehów zawdzięczamy obecny kształt zamkowego parku, gdzie wśród cienistych alejek i romantycznych zaułków, możemy odnaleźć liczne stare drzewa (dęby i lipy) sadzone niegdyś wraz z narodzinami kolejnych potomków rodu.
            Niestety małżeństwu księcia Leona Sapiehy i Jadwigi z Zamoyskich, Krasiczyński majątek nie przyniósł szczęścia. Za swojego życia pochowali oni siedmioro przedwcześnie zmarłych dzieci. Przyczyną większości. zgonów była szalejąca wówczas epidemia cholery. Jednakże ze śmiercią ich 16 letniej córki, Zosi Sapieżanki wiąże się pewna interesująca legenda.
            Zosia była ukochaną córeczką książęcej pary. Jeszcze, jako dziecko zaprzyjaźniła się ona z niejakim Stasiem, ubogim chłopcem mieszkającym wraz z matką na zamku. Uwielbiali się ze sobą bawić i spędzać razem każdą wolną chwilę. Początkowo rodzice księżniczki nie mieli nic przeciwko niewinnym zabawom, ale czas płynął i kiedy dzieci weszły w wiek młodzieńczy, zrodziła się między nimi wielka i gorąca miłość.

Książę Leon nie mógł tego zaakceptować - Księżniczka, z "byle przybłędą"?! To dopiero byłby mezalians!- rozumował zapewne Sapieha.

            Chcąc zapobiec skandalowi, książę w tajemnicy wydalił z zamku Stanisława wraz z matką. Wkrótce też uradzono, że Zosię należy czym prędzej wydać za mąż. Oczywiście za kawalera odpowiedniego jej stanem i majątkiem. Kiedy nastolatka poznała rekomendowanego jej przez rodziców kandydata, zbladła. Naprzeciw niej stanął bowiem bogaty i szpetny starzec. Rozgoryczona Zosia powiedziała rodzicom, że idzie do kaplicy, aby się przed ślubem pomodlić i poprosić Boga o błogosławieństwo. Matka zgodziła się, jednak nie spuszczała córki z oka. Zosia minęła wejście do kaplicy i szła dalej zamkowym krużgankiem. Gdy dotarła do zegarowej wieży, weszła na sam jej szczyt, i... runęła wprost na zamkowy dziedziniec. Matka, choć podążała za Zosią nie zdążyła jej powstrzymać. Na ratunek było już niestety za późno. Księżniczka Zosia w chwili śmierci miała zaledwie 16 lat.

           








Od tej chwili gdy Krasiczyński zamek spowiją ciemności a głucha noc ciszą zadźwięczy w zamkowych murach, po zdobnych krużgankach przemyka jeszcze, odziana w ślubną, niczym z mgły utkaną, suknie postać nieszczęśliwej Zosi. Czasem też przechadza się ona powoli po zamkowym parku, ze smutkiem wyglądając swego ukochanego Stasia...

Ale, to przecież tylko legenda... a może nie tylko?
Przekonajcie się sami.

 kjz


(opublikowano na łamach portalu www.podkarpaccy.pl)