sobota, 6 października 2012

Trzy perły, czyli bardzo luźny w formie reportaż z krótkiej podróży po Ukrainie




   

Burza nad Lwowem
Swoją podróż zaczynam z Przemyśla, ale nie będę pisał o mieście w którym się wychowałem, za dużo by trzeba było powiedzieć, więc nie powiem nic. Do granicy jadę busem kursującym non stop pomiędzy Przemyślem a przejściem granicznym w medyce. Busy te cieszą się niesłychanym powodzeniem, nie jednak z racji atrakcji turystycznych na Ukrainie. Na Ukrainę nikt tu nie patrzy w ten sposób, jest ona po prostu źródłem dochodu dla ogromnej rzeszy ludzi w każdym wieku i  o różnym wykształceniu. Razem, równo, stłoczeni jak sardynki, trudnią się mrówczym przemytem tańszych ukraińskich papierosów i alkoholu.
Kolejka przy wejściu na ukraińską stronę nie jest dziś aż taka duża (zielone świątki), wiec po ok 20/25 minutach dochodzę do odprawy paszportowej gdzie budzę zaciekawienie celniczki faktem, że wybieram się gdzieś dalej a niżeli przygraniczne Szeginie. Prawdziwych turystów oni widzą tu raczej rzadko. Tak więc jestem na Ukrainie -krainie wielu mitów, to co mnie interesuję, to ich weryfikacja twarzą w twarz oraz  prawdziwy obraz Galicji  "po tej drugiej stronie": ślady polskości, dawnych; twierdz, księstw, królestw, stref wpływów, faktyczny kształt tej barwnej mozaiki.
Dwieście metrów od zejścia z pasa podchodzi do mnie dwóch „złoto-zębnych” facetów, pytają się mnie -gdzie się wybieram, mówię, że do Lwowa. Proponują mi taksówkę, odpowiadam, że nie mam tyle pieniędzy, na co jeden z nich mówi "niedużo ,tylko 100zł" z uśmiecham dziękuje, i pytam się gdzie stoją busy do Lwowa, na co słyszę że z busami ciężko...
Hmmm
…Idę zatem dalej, sto metrów od nich jest przystanek, i dwa busy do Lwowa, cena biletu to 14 hrywien czyli w przeliczeniu na polską walutę ok. 7 zł….no tak, ciężko.
Wsiadając pytam kierowcy kiedy odjazd, staram się mówić po ukraińsku, ale szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia o tym języku, mieszam słowa polskie, ukraińskie i rosyjskie, czym wzbudzam pewne zainteresowanie w busie, ruszamy. Bus klekocze wpadając w coraz to nowe dziury. Widok za oknem to na razie zwykła wieś, niczym nieróżniąca się od polskiej, ale w miarę, jak oddalamy się od granicy okolica biednieje. Tu już zaczyna się uwidaczniać kontrast, pomiędzy mały domkami i tymi „nie do końca małymi”, pomiędzy starymi ładami i wołgami a mercedesami i BMW serii siedem, przemykającymi obok "epileptycznego busa".
Po chwili poszerza się horyzont: pola, las, wsie (coraz biedniejsze). Zastanawiam się ile ten las musiał widzieć, przecież tu zawsze się coś działo: AK, UPA, OUN, Niemcy, armia czerwona, Węgrzy, Kozacy, Wołosi, Tatarzy, długo można by wymieniać.

Bus pręży się i wzmaga z każdą następną górką. Na poboczu co kawałek pojawiają się krzyże znicze i kwiaty, obrazek znany też z polski, ale tu mimo wszystko częstszy. Każdy z tych krzyży jest inny i opowiada inną historię. Są krzyże biedne, wyklepane z dwóch kawałków metalowego pręta, są drewniane, są także niemalże nagrobki. Stoją w różnych miejscach: przy ostrych zakrętach, przy wjeździe pod masywny betonowy wiadukt, na brzegu przydrożnego stawu, ale są i takie które stoją na kompletnie prostej drodze. Krzyż który najbardziej zapadł mi w pamięć, stał właśnie przy jej prostym odcinku, w miejscu gdzie nawet niebyło dziur. Srebrny, rzeźbiony krzyż na podstawie z czarnego marmuru na którym wypisane było imię i nazwisko, a powyżej przytwierdzony był połyskujący znaczek mercedesa...
Bus zjeżdża z głównej drogi na podrzędna "dróżkę" do Sądowej Wiszni, tu dopiero zaczyna się bieda. Małe przydrożne miasteczko złożone z kilku rozsypujących się kamieniczek i zaniedbanego rynku. Niegdyś miejsce sejmików wojewódzkich. Wygląda jakby niedługo miało się zapaść pod ziemie, jest jednak w nim coś pięknego i boleśnie szczerego. Wracamy na główną. Kawałek dalej na drogę wychodzi dwóch pijanych nastolatków ubranych w dresy, starają się zatrzymać busa, kierowca zwalania po czym omija ich szerokim łukiem i przyspieszając jedzie dalej. Na niebieskim dotąd niebie zaczynają się kłębić ciemne chmury -zbliżamy się do Lwowa...
Lwów /Lviv / Lvov/ Leopolis/ Lenberg, warianty są różne, w samym języku Ukraińskim są trzy. Tak jak wiele jest określeń tego miasta tak wiele jest i jego obliczy. Osadzony w trzynastym wieku przez Daniela Halickiego na cześć swojego syna Lwa. Jeden z głównych ośrodków kulturalnych niegdysiejszej Polski, chluba Ukrainy, punkt honoru dla wielu zdobywców, poligon wielu konfliktów.
            …wjeżdżamy powoli w strugach deszczu przy salwach błyskawic, właściwie tu zawsze była burza…
Droga nie przypomina już tej co przed chwilą, są trzy pasy, oświetlenie, ronda, po prawej stronie lotnisko. Wjazd do miasta nie ustępuje w niczym innym europejskim metropoliom. Przeciętne samochody, to już nie łady, coraz więcej widać "krążowników".
...przejeżdżamy przez pasmo blokowisk, przestaje padać.
Dojeżdżamy powoli do dworca- brukowana ulica, kostka brukowa jeszcze z czasów austriackich. Budynek dworca robi naprawdę duże wrażanie, jest wręcz monumentalny, niedawno musiał być odnawiany, bo jeszcze pachnie nowością a do najmłodszych nie należy. Niedaleko od niego pętla tramwajowa i dworzec autobusowy, kompletnie z innej bajki. rozkładające się w oczach tramwaje i autobusy a właściwie marszrutki, niema różnicy pomiędzy komunikacją miejską a między miastową, wszystkie autobusy są takie same.
Wysiadając z busa pytam kierowcy w którą stronę mam iść jeśli chcę dotrzeć do centrum. Nie odwracając się wskazuje mi ręką kierunek. Tak wiec idę "na azymut". Po chwili dochodzę do dużego skrzyżowania, na którym mija mnie tramwaj wymalowany w barwy ukraińskiej flagi, staram się odczytać napis na nim...
" Sześćdziesięciolecie UPA" hmmm...
Idę dalej, kluczę uliczkami, mijam ogromny kościół w trakcie remontu, skręcam w prawo, dochodzę na bazar, wrzawa, przekrzykujący się ludzie, na straganach wszystko, od mandarynek po sprzęt RTV. Idę stąd, po chwili jestem już na drodze, która ma mnie zaprowadzić na rynek (ul. S. Bandery)(!). Coraz piękniejsze kamieniczki, dużo zieleni, widać bogate budynki, skwery. Mijam trzy samochody zaparkowane na samym środku drogi- nie, droga nie jest wyłączona z ruchu. Kupuję w przydrożnym kiosku piwo, tu piwo można kupić wszędzie, i wszędzie można je wypić, niema zakazu picia alkoholu w miejscach publicznych. Wchodzę już w ścisłe centrum miasta, ul. Mickiewicza. Dochodzę do centralnego punktu miasta, pomnika Adama Mickiewicza. Przysiadam w pobliskim parku otwieram piwo i rozkoszuje się atmosferą i piwem, naprawdę mają dobre piwo.
Chwilę później jestem już na rynku, trafiam na dwa koncerty na raz: jeden po wschodniej, drugi po zachodniej stronie ratusza. Po zachodniej ciągle zmieniają się wykonawcy i style: hip hop, pop, rock. Po wschodniej zaś jest koncert uczniów lwowskiej szkoły muzycznej, grają na instrumentach dętych repertuar dość konserwatywny, nawiązujący do ukraińskiej muzyki ludowej. Publiczność i na jednym i na drugim koncercie dość liczna właściwie trudno powiedzieć gdzie większa...
…ja siedzę po środku- od południowej strony, dobiegają mnie na zmianę dźwięki z prawej i lewej. Mocny elektroniczny beat wkrada się w wesołe melodie ludowych utworów, nie pasuje, nie wydaje się, żeby pasował a jednak po jakimś czasie można się przyzwyczaić i znaleźć w tym jakąś przedziwną całość ...może taka właśnie jest teraz Ukraina.





Przechadzam się jeszcze odwiedzając kilka knajp, typowo zachodnie, eleganckie, schludne, w jednej z nich mam trudności z dogadaniem się po polsku, ale już po angielsku niema najmniejszego problemu. Trochę mnie to zawsze śmieszyło, jeśli ludzie używający dwóch języków słowiańskich, żeby się porozumieć uciekają się do całkiem obcego, tak jakby musieli szukać wspólnego mianownika, aż tam, w mimo wszystko obcej nam kulturze. Ale cóż czasem widocznie trzeba. Jest już ciemno, wracam w stronę dworca, muszę się jeszcze  dzisiaj dostać do Iwano-Frankowska bądź też, jak kto woli Stanisławowa. Na dworcu mam trochę problem z porozumieniem się, ale napotkani ludzie są bardzo życzliwi i pomagają mi, żebym wsiadł do dobrego busa, niema mowy o jakiejś antypolskości z ich strony. Płace 27 hrywien i odjeżdżam telepiącym się busem po tej samej austriackiej kostce...

Trochę historii i luźnych spostrzeżeń.
Dojeżdżając do Iwano-Frankowska zgadałem się z 73 letnim Polakiem, który pochodzi spod mościsk, mijałem Mościska jadąc do Lwowa. Stanisław, bo tak miał na imię opowiada mi przyciszonym głosem, o tym, jak tu było kiedyś, jakie były relacje pomiędzy Polakami a Ukraińcami.
właściwie nikt nie wchodził sobie w drogę, żyliśmy w zgodzie, choć wielkiej miłości nigdy między nami nie było...
...były wsie polskie i wsie ukraińskie, ale były też mieszane. Zabawy  były  oddzielne dla Ukraińców i oddzielne dla Polaków, ale konfliktów raczej niebyło. Były nawet małżeństwa mieszane, ale wtedy, zwykle kobieta, musiała przyjąć obrządek męża. Problemy zaczęły się dopiero z początkiem II wojny światowej, czasy wcześniejsze Stanisław zna głównie z relacji ojca sam był za mały żeby to pamiętać. Dalsza część naszej rozmowy odbywa się na przystanku, podczas przerwy którą ogłosił kierowca.
... "jak przyszli Niemcy to Ukraińcy upatrywali się w nich wyzwolicieli. Mój stryj był przy tym jak do Sambora wjeżdżały oddziały niemieckie z gubernatorem na czele ...Ukraińcy witali ich chlebem i solą, na "urzędzie " wisiały obok siebie flaga ukraińska i hitlerowska" ...
…gubernator podszedł zerwał i podeptał ukraińską.
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta i Niemcy zaczęli wykorzystywać konflikty polsko-ukraińskie, podburzali nas przeciwko sobie przez co nie można było się skoncentrować na walce z prawdziwym okupantem. AK musiało bronić się przed UPA , UPA przed AK . Ukraińcy atakowali polskie wioski w odwecie nasi robili to samo z ich wioskami.
Wsiadamy z powrotem do busa i po jakimś czasie jesteśmy już w Iwano-Frankowsku. Ja idę na dworzec zorganizować sobie nocleg a Pan Stanisław w stronę centrum, żegnamy się. Odnajduje w budynku dworca noclegownie mam trochę problemy z dogadaniem się z recepcjonistką, ta po chwili odsyła mnie do wywieszonej  na ścianie kartki z cenami pokoi. (ha ha ha, to mały szczegół że mamy inny alfabet), więc ta kartka mi raczej za dużo nie pomaga, ale w końcu dogaduje się jakoś z recepcjonistką na cenę 62 hrywien, czuje się lekko oszukany bo na owym cenniku wszystkie liczby były mniejsze, w końcu liczby mamy takie same, ale  nie chce mi się już targować, tym bardziej, że jest już późno i jestem zmęczony a nie mam zielonego pojęcia gdzie mogę znaleźć jakiś inny nocleg. Warunki są słabe, przez całą noc słyszę jeżdżące dosłownie pod oknem pociągi, i skrzeczący z megafonu, znajdującego się pod moim oknem, głos spikerki zapowiadającej kolejne połączenia, toaleta jest przeznaczona tylko dla kaskaderów, a prysznic jest dodatkowo płatny, ale .. da się przeżyć. Mam telewizor w pokoju, włączam trafiam akurat na program o unii europejskiej ,mówią o zaletach i wadach akcesji, oraz o wymaganiach jakie musiałaby spełnić Ukraina żeby do niej przystąpić, potem trafiam na ukraińską wersje programu "Jak oni śpiewają" jest identyczna, nawet melodyjka na wstęp i wystrój wnętrza niczym się nie różnią. Potem natrafiam na jakiś koncert, oczywiście muzyki opartej na ludowej. Fascynujące jak ci ludzie są głęboko przywiązani do swojej kultury, tutaj inna muzyka naprawdę należy do rzadkości, wszędzie: w radiu, w telewizji jest muzyka ludowa, albo przynajmniej do niej nawiązująca, co prawda moim gustom muzycznym to raczej nie odpowiada, ale podoba mi się ich szacunek dla własnej kultury i pewne kontynuowanie tradycji, a nie wyrwane z kontekstu adoptowanie wszystkiego z zachodu.
Zauważam początek kultury hip-hopowej na Ukrainie, ciekawy jestem jak to się potoczy dalej może  w niedalekiej przyszłości okazać się to podatny grunt na tą muzykę z racji na strukturę społeczeństwa miejskiego na Ukrainie. Na razie zauważam, że duża część młodzieży przeżywa zafascynowanie mafią i środowiskiem przestępczym. Lwia część samochodów  którymi jeżdżą młodzi, ma przyciemniane wszystkie szyby, malowane są w ciemnych kolorach, co w przypadku rozlatującej się łady może wyglądać zabawnie, ale cóż u nas z "maluchów" staramy się robić "bolidy". Duża część nastolatków chodzi w skórzanych czarnych kurtkach i ciemnych okularach, naśladując tych z "trochę" lepszych "Czarnych Krążowników”. Których także w Ukraińskim Krajobrazie nie brakuje. Widoczne są na Ukrainie jeszcze środowiska punkowe które w Polsce wydaje się że już wyginęły, tam są jeszcze aktywne tak jak u nas powiedzmy pięć lat temu, sporadycznie widzi się także skinheadów ale naprawdę sporadycznie. Zwracam uwagę na ukraińską młodzieży nie przez przypadek uwidacznia ona bowiem wpływy kulturowe oraz pewne zaszłości a że są to ludzie młodzi w pewnym sensie te wpływy mogą nam pomóc sobie wyobrazić przyszłość Ukrainy.


Odgrzebując Stolicę Królestwa

Wstaje wcześnie, o godzinie piątej. O szóstej muszę już oddać klucz do recepcji. Piętnaście po szóstej wsiadam już w busa do Halicza. Przez całą drogę próbuje sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał napis Halicz zapisany cyrylicą, żebym wiedział gdzie mam wysiąść. Halicz jest jednak na tyle charakterystycznym miejscem, że nie mógłbym go pomylić. Już zbliżając się do miasta widać jedyną ocalała basztę na górze zamkowej. A nawet gdybym jej nie widział to podejrzewam że wyczułbym że to tu, historia tu aż kapie z powietrza…
...Wysiadam na przystanku i idę na stację benzynowa po coś do jedzenia, i zapytać się którędy do centrum, moje pytanie okazało się jednak idiotyczne,  ponieważ wyobrażałem sobie Halicz jako trochę większe miasteczko. Centrum jest za rogiem -uzmysławia mi z lekkim zdziwieniem sprzedawca na stacji.
Zaczynają się małe kamieniczki i rynek u podnóża góry. Na środku stoi pomnik Króla Daniela Halickiego. Kawałek dalej starsza kobieta słomianą miotełką uparcie odgarnia kurz zalegający grubą warstwą na płycie rynku w tym małym sennym miasteczku. Wygląda to iście jak syzyfowa praca, dawna potęga królestwa pokryła się pyłem wieków, klęsk, chorób, głodu i licznych wojen, które nigdy tego skrawka ziemi nie oszczędzały, niewiele już zostało, ale patrząc na tę staruszkę, na jej uparte ruchy, ma się wrażenie że jeszcze nie wszystko stracone. Sam król Daniel spogląda na nią dumnie z wysokiego postumentu, jakby doglądając pracy swojej ostatniej wiernej poddanej...
Patrząc na to prawie martwe miasteczko aż nie chce się wierzyć, że kiedyś zależały od niego losy ziem od Kijowa po Biecz a w samym Haliczu rezydował król z nadania papieskiego. Królestwo Halicji i Lodomerii zwane też Rusią Halicką lub Rusią Czerwoną było prężnym i walecznym organizmem państwowym jak na owe czasy, papież jednak po jakimś czasie cofa swoje nadanie praw królewskich bo Ruś Halicka nie podporządkowuje się jego zaleceniom, aby nie wdawać się w walkę z mongolską Złotą Ordą. Batu Chan podbija Halicz czyniąc Królestwo Halickie swoim lennikiem. Dopiero Kazimierz wielki odbija ziemię Halicka uniezależniając ją od chanatu.  Nie włącza jej jednak do polski, tylko sam ogłasza się królem Polski i Rusi Halickiej. Halicz był jedną z ważniejszych twierdz na tych terenach, oraz jedną z najtrudniejszych do zdobycia, z racji swojego niezwykłego położenia na górze zamkowej o bardzo stromych zboczach, oplecionej w dodatku od wschodniej strony zakolem Dniestru. Ta "legendarność" niestety przyczyniła się miedzy innymi czynnikami do ostatecznego upadku Halicza, był on bowiem łakomym kąskiem na tej ziemi, która w swojej historii zbyt wiele spokoju nie zaznała. Halicz przeżywał kolejne napady Tatarów, Węgrów powstania bojarów, ataki kozackie, aż w końcu został niemal doszczętnie zniszczony przez Turków osmańskich, oraz tatarów, po której to klęsce już nigdy nie podniósł się do dawnej świetności...
Przemykam przez zaspany rynek i wspinam się stromą drogą prowadzącą na górę zamkową, samo usytuowanie drogi ma walory pułapki, mogła bowiem być idealnie ostrzeliwana z fortecy na górze a będąc z obu stron zamknięta, przez dwa wzgórza utrudniające ucieczkę, stawiała potencjalnego intruza w nieciekawym położeniu. Wchodzę na górę, przechodzę przez głęboką fosę i staje obok jedynej ocalałej baszty która naprawdę nawet jako jedna robi wrażenie. Patrząc się z góry zamkowej trudno mi sobie wyobrazić jak ktoś mógł tę twierdzę podbić, musiał dysponować naprawdę duża przewagą i ogromnym arsenałem. Baszta jak i ocalały fragment muru są obecnie remontowane słyszałem, że jest w planie odbudowa całej twierdzy, w co niestety szczerze wątpię. Siadam koło baszty, przerwa na śniadanie i na piwo, nie żebym zwykle zaczynał dzień od piwa, ale widok wymaga uczczenia. Cała okolica jest stąd dosłownie jak na dłoni, podejrzewam że mogli stad policzyć swoich najeźdźców dwa dni wcześniej niż ci nieszczęśnicy dotarli do miasta. Jak widać niestety i to im nic nie dało. Schodzę  na dół po stoku na którym leży miasto, po drodze przechodzi się parkową alejką, kiedyś tu był zamek. Dochodzę z powrotem do rynku. Pod cerkwią znajduje się makieta twierdzy w dawnej świetności, zamurowało mnie, ta twierdza na górze okazuje się jedynie centralną częścią fortyfikacji, oprócz tego były jeszcze całe pierścienie fortyfikacji wokół miasta i w okolicznych wioskach i przysiółkach. Każda cerkiew i każdy kościół spełniały także rolę obronną. Po drugiej stronie Dniestru także znajdowała się część fortyfikacji. Ciężko mi to sobie wyobrazić, jak ktoś mógł to zdobyć. Patrząc na makietę mam wrażenie że pomyśleli o wszystkim, (brakuje jeszcze tylko Baterii przeciwlotniczej).
Wracam na przystanek muszę się dostać z powrotem do Iwano-Frankowska. Autobus długo nie przyjeżdża, ale zatrzymuje się jakaś prywatna stara furgonetka ktoś rzuca pytanie do kierowcy "na Frankiwsk?" kierowca kiwa głową, po czym do furgonetki upycha się kto tylko może bez nawet tradycyjnego dzień dobry. Trochę w życiu zrobiłem kilometrów jeżdżąc autostopem ale, tu widocznie wygląda to trochę inaczej. Nie mógłbym jednak przecież nie skorzystać z nowego doświadczenia więc upycham się w furgonetce jako ostatni siadając na podłodze  opierając się  plecami o drzwi a dokładniej rzecz ujmując o klamkę, wiec w każdej chwili mogłem wypaść ale z tego zdaje sobie sprawę dopiero po dojechaniu na miejsce…


Rak Miasta

Idę główną ulicą niegdysiejszego Stanisławowa, od strony bramy Lwowskiej. Niestety miasto jest zaniedbane i wygląda jak  przemysłowa metropolia a nie jak galicyjska perła...
 ... mija mnie autobus wydający z siebie takie dźwięki że odskakuje na bok, po rzucie oka na niego stwierdzam że to chyba coś w stylu przedśmiertnego charczenia...
Stanisławów został założony przez Andrzeja Potockiego na miejscu małej wsi Zabłotów. Miał duże znaczenie strategiczne dla ówczesnej Rzeczypospolitej. Niedługo po zbudowaniu grodu otoczono go najpierw grubą palisadą a później murem i fosą. Były dwie bramy do miasta i jedna furta zwana ormiańską, bramy ubezpieczone były wieżami obronnymi, niestety tak, jak w kilku innych miastach galicyjskich Austriacy zaraz po przejęciu nad nimi kontroli zaczęli rozbierać mury, bramy i zasypywać fosy, przez co owe miasta straciły dużo ze swojego uroku. W przypadku Stanisławowa dzieła dopełnił socrealizm, i w tej chwili możemy sobie tylko wyobrażać jak piękny musiał kiedyś być.
Choć wiele tu jeszcze pozostało zielonych parków i zacienionych alejek, dużo jednopiętrowych klimatycznych kamieniczek, to jednak widać że coś tu się stało…  Idę dalej w stronę rynku, coraz częściej pojawiają się stare kamienice, jednak nadal więcej jest dookoła socrealizmu który gryzie w oczy, nie daję się pogodzić z duchem tego miasta, duchem którego da się jeszcze wyczuć w zacienionych zaułkach, ale jest on wyraźnie w defensywie.  Piękne kamienice giną w natłoku kwadratowo szarej rzeczywistości. Doszedłem do rynku tu jest już całkiem przyjemnie, ogromny rozłożysty plac otoczony starą architekturą, o dziwo wszystkie budynki są tu niskie (jednopiętrowe) ale pasują do siebie i tworzą klimat otwartej przestrzeni , tak jakby wcale nie ograniczały płaszczyzny placu, jakby ona wymykała się gdzieś ponad nimi i łączyła się z płaszczyzną nieba. Obok rynku jest duży zielony park, z zacienionymi alejkami i fontanną. Nie wszystko jednak pasuje bo oto jest coś co stanowi tu kwintesencje złego smaku- ratusz. Ustawiony na środku zabytkowego rynku, socrealistyczny kwadratowy gniot, o ordynarnym kształcie, jest jakby sercem socrealistycznego raka w tym mieście. Powiem szczerze wygląda jakby ktoś go wybudował tutaj złośliwie.
Po chwili schodzę z głównej płyty rynku, zapuszczam się w uliczki starego miasta  i znów zaczynam czuć ten stary Stanisławów wokół mnie. Cieniste skwery, urokliwe parki, alejki, place, w bocznych uliczkach piękne kamienice z obfitymi zdobieniami. Aż chciałoby się cofnąć czas, żeby zobaczyć jak Stanisławów wyglądał wtedy zanim popełniono na nim tą urbanistyczną zbrodnie.
...Przysiadam jeszcze na chwile w  parku po czym ruszam na dworzec żeby dostać się z powrotem do Polski, która wyjechała stąd już dawno, choć jej cień błąka się jeszcze po wschodniej Galicji…
                                                                                                                      kjz 
 (foto Kamil Sagan)