niedziela, 14 października 2012

Z Przemyśla do Hollywood



Jego imperium rozciąga się od Holywood do Bolywood, od Morza Martwego, aż po Nepal. Jest jednym z najbogatszych ludzi w Polsce. Zaczynał od zera, dziś jest znanym i poważanym wytwórca kolorowych kosmetyków. Wybrany człowiekiem roku 2012 przez Polską Radę Biznesu. Przemyślanin - Wojciech Inglot, prezes firmy Inglot Cosmetics opowiada o swojej firmie, jej niełatwych początkach,  o Przemyślu jego oczami oraz o samym sobie. 

Jak w Przemyślu otwiera się firmę, która tak dobrze radzi sobie na międzynarodowym rynku?

Ona się otworzyła wieki temu, to już prawie 25 lat. Robiliśmy cały czas swoje, staraliśmy się rosnąć sensownie, w sposób niewysilony, bez jakichś tam szaleństw. I zbudowaliśmy przez pierwsze powiedzmy 18 lat naszego istnienia ogromny potencjał:  produkcyjny, badawczy i marketingowy. No i przede wszystkim ten nasz koncept z którym wystartowaliśmy na początku 2000 roku, czyli własne sklepy i własne stoiska. On się wydał na tyle interesujący dla rozmaitych ludzi na całym świecie, że wszyscy go chcieli i co najważniejsze dalej chcą mieć. W sumie nasza obecność poza Polską to jest zaledwie 6 lat. W tej chwili jesteśmy w 25 krajach, na 6 kontynentach i tych rynków nam przybywa. Nie ma nas jeszcze w Chinach

Czy to znaczy, że ma pan już więcej sklepów firmowych za granicą niż w Polsce?

Liczba ta się zrównoważyła. Sklepy za granicą generują zdecydowanie więcej przychodów niż te w Polsce. I myślę, że w ciągu dwóch następnych lat proporcja ilości sklepów będzie w okolicach 70 do 30, a może nawet 80 do 20. W Polsce mamy sytuację dość stabilną, więc otwieramy niewiele nowych sklepów. Jak powstaną jakieś interesujące centra czy inne ciekawe miejsca to tam się pojawiamy. Czasem słabsze miejsca zamykamy, tak że liczba sklepów utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Natomiast, liczba sklepów za granicą przyrasta w bardzo szybkim tempie.

"Nasz człowiek" w świecie mody i urody, w Hollywood i Bollywood. Ciężko jest się wybić, odbić z Przemyśla w świat? Jak pan wspomina  początki swojej działalności? Było ciężko?

Nasze początki to były inne czasy. Wtedy, jak się miało nienajgorszy produkt, to było go łatwiej sprzedać, ale trudniej było go wyprodukować. Na różnych etapach produkcji, np. w zakresie surowców trzeba było sobie radzić, importować, np. przez Pewex itp. Prościej było ze zbytem. Dzisiaj nie ma problemu z surowcami, urządzeniami, maszynami, sprzętem badawczym, jedyny problem jaki może się pojawić to pieniądze. Cała sztuka  polega dziś na tym, żeby się odróżnić od konkurencji jakością, ceną, konceptem i modelem sprzedaży. Nam się to na szczęście udało, głównie jeśli chodzi o pomysł i model sprzedaży. Konkurujemy też ceną, mimo że na Zachodzie jesteśmy dwa razy drożsi niż w Polsce. Myślę, że nasza kombinacja: ceny, jakości, sposobu podania jest na tyle interesująca, że broni się, nawet na najtrudniejszych rynkach. Począwszy od Nowego Jorku przez Sydney, po New Delhi, skończywszy na Nepalu.

Nawet w Nepalu?

Tak, to jest franczyza - coś w rodzaju sklepu w sklepie - ale jesteśmy obecnie także w Nepalu.  

Skąd wziął pan odwagę, na starcie?

Na starcie człowiek nie ma odwagi. Liczy się  pomysł i potrzeba działania. Budowaliśmy tę firmę od zera, od jednej osoby, w dwóch pokojach wynajętego w półsurowym stanie domu. Nigdy nie rzucaliśmy się na szalone rzeczy, o których dziś jest głośno. Nie chcieliśmy być cudotwórcami, magicznymi złotymi dziećmi, które budują wielkie firmy za cudze pieniądze, po czym z głośnym hukiem upadają. Polski tzw. młody kapitalizm wybrukowany jest trupami takich pomysłów i ludzi, którzy zaczynali z wielkim trzaskiem i kończyli z wielkim trzaskiem, albo po cichu. Generalnie, jaki szybki był ich początek, tak szybki był też ich koniec.

Kto był dla pana inspiracją? Czy może ktoś z pana rodziny już wcześniej próbował swoich sił w biznesie?

Nie, nikt z rodziny nie prowadził wcześniej swojego biznesu. Podczas studiów udało mi się zwiedzić kilka krajów, udało mi się przeczytać kilka ciekawych historii. Taką największą inspiracją byli ludzie z branży kosmetycznej  i życiorysy ludzi, którzy startowali z niczego i udało im się zbudować multi-miliardowe imperia. Zabrało im to czasem jedno, czasem dwa pokolenia, czasem jeszcze dłużej, ale dokonali swego.

Trudno się wybić z Przemyśla? Czy nie ma to znaczenia gdzie się mieszka, a liczy się pomysł na biznes?

I trudno, i nie trudno. Przemyśl prawdopodobnie nie byłby łatwy, gdyby działalność polegać miała na tym, że tu jesteśmy, tu pracujemy, tu mieszkamy i tu zarabiamy. Przemyśl jest daleko od miejsc, gdzie coś się dzieje, gdzie jest dużo akcji, i stąd też odradzano mi lokalizowanie fabryki kosmetycznej w Przemyślu.
To się miało nigdy nie udać, ale się udało. Przemyśl – małe miasto na końcu Polski, daleko od centrum, od Warszawy, gdzie jest największe zainteresowanie nowościami, jest duża konkurencja, ale i duże szanse. Wydawało się to niemożliwe... Ale Przemyśl ma  też swoje zalety, jest tu spokojniej, czasem trudniej, czasem łatwiej. Jest tu wielu ludzi cennych, którzy nie chcą z różnych względów opuszczać miasta. Pokończyli dobre szkoły, ale nie zawsze mogą się tutaj odnaleźć, więc dajemy im szansę. Na pewno minusem jest dojazd, do każdego wyjazdu służbowego, trzeba sobie doliczyć kilka godzin i to jest uciążliwe, jeśli często się wyjeżdża, tak jak wielu moich pracowników.

Czy czuje się pan związany emocjonalnie z Przemyślem?

Tak,  tu się urodziłem, wychowałem do czasu kiedy poszedłem na studia, tu szczęśliwie mieszkałem. W Przemyślu mieszka większość mojej rodziny: siostra, brat, mama. Więc na pewno jestem związany z tym miastem emocjonalnie. Zresztą myślę, że udało mi się dla niego niemało zrobić - czy to będąc radnym miejskim, czy  przewodniczącym rady miasta. Wspierałem i wspieram rozmaite ciekawe pomysły. W dalszym ciągu  fundujemy najlepszym chemikom z mojego II LO nagrody, i ci ludzie robią potem wartościowe studia.
Ostatnio otrzymałem egzemplarz pracy doktorskiej robionej na Uniwersytecie w Kopenhadze, od pierwszego laureata nagrody mojego imienia.. Nie tak dawno odbierając tytuł człowieka roku od Polskiej Rady Biznesu i telewizji TVN otrzymałem nagrodę w wysokości 100 tyś zł, którą przekazałem na podręczniki dla dzieciaków.
Wspieramy, o czym ja zwykle nie "huczę", i nie robimy z tego wielkiego halo, bo to z potrzeby serca, poza tym uważam, że tak trzeba. Poprzez rzeczy, które robimy i robię, widać, że mój związek emocjonalny z Przemyślem jest, i to bardzo mocny. Przemyski adres ląduje w torebkach pań na całym świecie. Ponad 95% kosmetyków produkujemy w Przemyślu. W tej chwili w przemyskiej firmie pracuje ok. 400 osób.

Zebrał pan już dość pokaźny kapitał,  na co przeznacza pan zarobione pieniądze, w co pan inwestuje?

Cały czas inwestuje w rozwój firmy - w nowe technologie, nowe maszyny. Nie inwestujemy w giełdę. Nie wspieramy cudzych biznesów, skoro mamy jeszcze tak wiele rozmaitych rzeczy, które możemy zrobić sami u siebie. Jesteśmy w tej chwili jedną z nielicznych firm w Polsce, które posiadają certyfikat GMP (Good Manufacture Practise). Jesteśmy z tego bardzo dumni - lokalny team, lokalna załoga wyśrubowała tak standardy produkcji, na niebotyczny wręcz poziom. Dziś wiele międzynarodowych marek dużo by dało, żebyśmy dla nich produkowali. Zdobycie certyfiktu GMP zajęło nam 2 lata. Musieliśmy spełnić drakońskie normy. Nie musimy się posiłkować kredytami bankowymi. Możemy błyskawicznie reagować, na to co dzieje się na rynku. Nie musimy przedstawiać żadnych business planów. Jesteśmy w stanie działać bardzo szybko, to nam daje szybkość na rynku, która jest dziś bardzo cenna.  

Co pan robi w wolnym czasie? Jakieś hobby?

Mam  nawet kilka. Największym, takim na którego realizacji mogę się skoncentrować jest gotowanie. Właściwie ma ono wiele wspólnego z chemią. Trzeba mieć podobna wyobraźnie - z paru pozornie nie pasujących do siebie rzeczy można zrobić coś ciekawego. Poza tym, moim hobby jest bez wątpienia muzyka, szczególnie Jazz. Staram się co roku zapraszać do Przemyśla jakąś gwiazdę sceny Jazzowej. Lubię też tenis, co prawda rzadziej teraz gram, częściej oglądam, ale znam się osobiście z tenisistkami polskiego pochodzenia w Stanach, np. Karoliną Woźniacki. Co roku organizujemy w Nowym Jorku imprezę z dziewczynami przed otwarciem US Open.

Czy pieniądze dają szczęście?

Na pewno nie same pieniądze, ale sensowne ich wydawanie może dawać szczęście. Zawsze traktowałem pieniądze jako produkt uboczny rozmaitych działań. Może to brzmieć prawdziwie lub nie, ale one się nigdy dla mnie nie liczyły. Liczą się jedynie jako narzędzie do realizacji celów, ale nie jako cel sam w sobie. Zresztą, myślę, że widać to po mnie - jestem człowiekiem „wyluzowanym” i ostatnią rzeczą jest u mnie chęć pokazywania, że je mam (pieniądze).   

Jak ocenia pan perspektywy dla Przemyśla w najbliższej i nieco dalszej przyszłości?

To zależy od tego jaki Przemyśl obierze kurs. Bolączką tego miasta, jest to, że nigdy nieudało mu się, przyciągnąć żadnych poważnych inwestorów. Tak miało być, ale się tak nie stało. Mamy w firmie regularnie gości z całego świata, są to ludzie niebiedni, którzy też kawałek świata widzieli, i są zachwyceni tym miastem. Ale myślę, że sama turystyka to za mało.
 Przemyśl potrzebuje dużo lepszej bazy rekreacyjnej. Turystyka plus rekreacja - to może dać efekty w takim mieście. To jest przecudne miasto i mówię to bez żadnego ściemniania. Ale są pewne rzeczy które aż rażą. Chociażby to, że nie ma żadnej fajnej ścieżki rowerowej wzdłuż Sanu - to jest żenujące. Nie każdy będzie chciał jeździć po lasach czy fortach. Zrobienie jednym ciurkiem ścieżki o długości 3 km to nie jest żadna wielka inwestycja a na jej braku Przemyśl traci. I takich przykładów jest więcej. Szanse na inwestycje przemysłowe w Przemyślu są bardzo słabe. Przemyśl nie ma historii przemysłowej, tego czegoś, co by zachęcało i pokazywało, że tu można i warto zrobić interes. Moim zdaniem nie jest słuszne przedstawianie Przemyśla, jako tylko i wyłącznie miasta dzwonów i fajek. Przy całej mojej sympatii dla fajczarstwa i podziwu dla ludwisarstwa to zawężanie całej charakterystyki miasta, do tych dwóch, jednak trochę, archaicznych dziedzin jest moim zdaniem błędem. Albo przynajmniej niewykorzystaniem okazji.
Dużym plusem Przemyśla jest to, że wiele rzeczy jest tutaj tańszych niż  gdziekolwiek indziej, np. koszty czynszu, wynajmu, dzierżawy, gruntów, koszty życia. Większość osób, które narzeka na mieszkanie w Przemyślu, narzeka na dojazd - pociągi to „lepiej nie mówić”, samochód tak samo. Ja sam raczej jeżdżę nocą, żeby nie stać w korkach.
Ludzie są przyzwyczajeni do dobrego dojazdu i szansa, że będzie można dojechać do lotniska w takim czasie, jaki zajmuje to w większości dużych miast w Europie i na świecie jest dla Przemyśla znacząca. To jest coś, czego niewolno nam przeoczyć, o tym już się powinno mówić. Dziś z Jasionki można polecieć do Frankfurtu, skąd można się dostać w praktycznie każde miejsce. Ja sam mając mieszanie w Warszawie bywam tam 5 razy rzadziej, tylko wtedy, gdy naprawdę musze. Lufthansa lata już z Rzeszowa. Wole dojechać tam w godzinę, niż tłuc się do Warszawy.
O tym miasto już teraz powinno mówić, i to głośniej niż o tym, że Przemyśl to miasto Wojaka Szwejka - to nie jest dobra reklama. Problem polega na tym, że tego nikt nie rozumie na świecie, Przemyśl jest dumny z tego i ja też, to jest fajne a nawet jajcarskie. Natomiast tego na świecie, ani nawet w Europie nikt nie zrozumie, może z wyjątkiem Czechów. Więc wydawanie pieniędzy na taką reklamę to jest kompletny bezsens.

Jakie rady miałby pan dla początkujących przedsiębiorców?

Nic nie zastąpi pracy, prawdziwe sukcesy wymagają: czasu, wiedzy i uporu, cholernego uporu. Jeśli siłą napędową, motywacją i celem jest pieniądz to, to nie zadziała, one muszą być traktowane jako produkt uboczny. Jeśli ktoś ma dobry pomysł, to będą z niego pieniądze, ale nie mogą one być celem biznesowym. Najważniejsza jest koncepcja, model i produkt czy usługa, to co chcemy zaoferować komuś. Bardzo ważna jest edukacja, trzeba pamiętać, że każdego dnia na świecie prawdopodobnie paręset tysięcy ludzi zakłada jakiś swój biznes, wierząc, że oni zdobędą jak nie swój kraj, nie swoje miasto to świat. I są w stanie tyrać od dnia do nocy i uczyć się nocami, aby dojść do celu.
Przewagi cywilizacyjne, które mieliśmy za chwilę w ogóle przestaną się liczyć. Dziś wiedzę może zdobywać każdy, nawet w zapadłej wiosce w Nepalu. Dziś odległość od nauki, od największej biblioteki świata jest jak od klawiatury komputera. Więc jeśli ktoś naprawdę chce się uczyć, to nie musi wywalać pieniędzy, mieszkać w Oxfordzie czy w Bostonie żeby chodzić na Harvard. Z wyjątkiem kilku kierunków wymagających badań i laboratoriów, to cała masa różnych dziedzin wiedzy może być opanowana za pośrednictwem Internetu. Wystarczy głowa, chęci i upór.

Jakie są pana dalsze plany w zakresie rozwoju firmy. Będą nowe inwestycje?

Nie próbujemy robić planów dalszych niż na 2 lata. To co się dzieje na świecie, jest wielką niewiadomą. Chcemy być na tyle zróżnicowani, aby być przygotowanym na różne ewentualności, aby nas nic nie zaskoczyło. Nie ma już właściwie miejsc, o których bym marzył - jesteśmy od Holywood po Bolywood, naszych kosmetyków używają gwiazdy typu Britney Spears.
Chcemy mieć najnowocześniejszą fabrykę na świecie, chcemy mieć najlepszy w świecie team. Dla mnie to jest frajda, ja tego nie traktuje, jako pracy - mogę nie mieć urlopu i zwykle nie mam, bo nie odczuwam takiej potrzeby. Tak naprawdę jestem szczęściarzem - robię co lubię i jeszcze na tym zarabiam. Nie mam żadnych specjalnych marzeń, które miałyby zmienić moje życie. Będę szczęśliwy jeśli Opatrzność da mi zdrowie i możliwości, abym się rozwijał dalej w tym kierunku co teraz.

Kamil Zarański

(opublikowane na łamach   Gazety Przemyskiej)